Ostatni dzień roku szkolnego

Ostatni dzień roku szkolnego. Pora na podsumowanie. 
Rok ten byl rokiem specyficznym. Miały w nim miejsce trzy wydarzenia historyczne, warte zapisania w księdze polskiej oświaty. Zwykle zaś żadne takie wydarzenie nie zdarza się.
Wydarzenia te to
a. powrót po pandemii
b. historyczne dno nauczycielskich pensji (pensja zasadnicza młodego nauczyciela spadła poniżej pensji minimalnej)
c. przyjęcie uczniów z Ukrainy.
Powrót do szkół po pandemii okazał się sukcesem. Sukces ten polegał na tym, że nie było żadnych większych problemów, a mogły być. Cały okres pandemii udowodnił, że polska szkoła jest bardzo odporna na kryzysy i szybko dostosowuje sie do nowych warunków. Zawdzięcza to niewątpliwie silnej decentralizacji i mocnej pozycji dyrektorów, którzy w lokalnych warunkach błyskawicznie dostosowują szkoły do nowych warunków. Ta siła jest jednak przekleństwem i największą słabością jeśli chodzi o jakość i spójność kształcenia. W pandemii zaniknął bowiem niemal całkowicie szczebel centralny, odpowiedzialny za te kwestie. Trafnie zauważyła to kontrola NIK i dopiero po niej ministerstwo rozpoczęło jakieś poważniejsze prace nad ustaleniem modelu nauki zdalnej w polskich szkołach. Ministerstwo podjęło też działania analityczne i naprawcze, ale był to raczej pozór niż działanie. Choćby z tego prostego powodu, że wcześniej podobnych badań nie prowadzono, nie było więc materiału porównawczego.

Sukcesem zakończyło się również przyjęcie do systemu uczniów z Ukrainy - w sytuacji nagłej. Był to jednak sukces jeśli chodzi o samą absorbcję, nie wcielenie uczniów w system edukacyjny. I znowu powtórzyła się sytuacja z pandemii, tam gdzie odpowiedzialność spoczywała na zdecentralizowanej szkole tam były sukcesy (absorbcja). Największym problemem jest działalność szczebla centralnego (sfinansowanie etatów, wybór programu, podręczników i procedury nauczania). Wydawałoby się, że w czasach gdy w wielu państwach są szczegółowe programy włączania obcokrajowców do państwowego systemu edukacji wybór jednego z systemów i dostosowanie go do polskich realiów nie będzie zadaniem trudnym. Póki co jednak żadnej z tych rzeczy ni widu ni słychu. Czy to zmieni się przed wrześniem? IMO nie. Zadanie to zostanie zrzucone na dyrektorów, a ci nie mają szans by mu podołać. Tzn. uczniowie oczywiście będą w szkołach, nie stanie im się krzywda, ale nauka, zwłaszcza na poziomie średnim będzie raczej pozorowana i dla Polaków i dla Ukraińców. Tropem jest tutaj wypowiedź min. Czarnka, o przedłużeniu dotychczasowych zasad nauczania, czyli de facto likwidacji podziału na grupy na lekcjach języków obcych, informatyki i przedmiotów przyrodniczych. W wielu przypadkach decyzja ta będzie oznaczała, że uczniowie będą pod opieką nauczyciela, ale warunków do nauki nie będzie.

Wydarzeniem o randze niewątpliwie najwyższej jest finansowa degradacja zawodu nauczyciela, za którą nieuchronnie iść będzie deprecjacja szkół i spadek poziomu nauczania. Przypomnijmy że po reformie Handtkego od rządu Leszka Millera pensja zasadnicza nauczyciel dyplomowanego była równoległa do średniej krajowej. Jeśli zaś dodamy do tej pensji 20% stażowego, to pensja ta była wyższa od średniej. Pierwszym wyłomem był II rząd Tuska, który zamroził płace i spowodował rozziew o wysokości 1000 zł, miedzy pensją zasadniczą dyplomowanego a średnią krajową. Rządy PiS rozziew ten powiększyły i obecnie wynosi on 2400 zł. ( średnia krajowa za maj 6600, pensja minimalna 3000 - zwykła relacja to pensja minimalna = 50% pensji średniej, aktualna pensja zasadnicza dyplomowanego 4200 brutto) osiągając swoje historyczne dno, wydaje się jednak, że na tym polu aktualny rząd nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Symbolicznym obrazem tej degradacji był spadek pensji młodego nauczyciela poniżej pensji minimalnej, tak, że początkująca woźna miała wyższą pensję zasadniczą od początkującej nauczycielki i utrzymywanie tej sytuacji przez kwartał. Przyznać trzeba, że rząd PiS zainterweniował i podniósł pensje nauczycieli o 3,3% w stosunku rocznym (czyli najniżej w całej budżetówce), dokładnie tyle by podnieść tę pensję nad minimalną i podobny ruch zaplanował na rok przyszły (min. Czarnek w radiu Plus potwierdził, że kwota bazowa wzrośnie o 7,1%, to zaś oznaczałoby najprawdopodobniej wzrost pensji zasadniczej młodego nauczyciela do ok. 3512 zł, przy pensji minimalnej 3500) osiągnięto to jednak poprzez wyraźne spłaszczenie pensji i praktyczne wyrównanie pensji zasadniczej nauczyciela początkującego z mianowanym (różnica to ok. 170 zł brutto). Wydaje się, że podobny manewr wykonany zostanie w roku przyszłym z pensją zasadniczą nauczyciela dyplomowanego. Prezes Kaczyński zapowiedział bowiem na rok 2024 pensję minimalną 4000 - tyle ile do maja br wynosiła zasadnicza dyplomowanego. Wkrótce więc w szkołach może dojść do idealnej równości: nauczycielki, sprzątaczki, sekretarki, woźni zarabiać będą tę samą pensję zasadniczą, a wypłaty różnić będą się jedynie stażem i liczbą godzin nadliczbowych. Etapem kolejnym powinna być naturalna wymiana funkcji i pełnionych obowiązków między wszystkimi pracownikami oświaty :-), co też skutecznie zapobiegłoby wieszczonemu kryzysowi kadrowemu.

Wydaje się, że opisana zapaść finansowa w oświacie jest zdarzeniem trwałym, z którego wyjście - w dającej się przewidzieć przyszłości - jest niemożliwe. Po pierwsze możliwie wysokie mrożenie płac budżetówki jest jedną z podstawowych metod zwalczania przez rząd inflacji. Po drugie rządy PiS utrwaliły drabinę płac w budżetówce. Nauczyciele i urzędnicy państwowi znajdują się na dole tej tabeli. Jakakolwiek trwała podwyżka dla nich oznaczać musi proporcjonalnie wyższe podwyżki dla grup wyższych w hierarchii i jeśli rząd będzie się od tego migał, to grupy te potrafią postawić go do pionu, jak niegdyś policjanci ministra Brudzińskiego. A jak wygląda ta hierarchia? Spójrzmy, poniżej pensje zasadnicze:
pielęgniarka po szkole średniej od lipca: 5300 brutto,
szeregowy WP: 4560 zł brutto (żołnierze nie płacą ZUS)
policjant rozpoczynający pracę 4509 zł netto
nauczyciel dyplomowany u szczytu kariery: tymczasowo, do grudnia 4224 zł brutto. 
Wszystkie te zawody mają trzynastki, godziny nadliczbowe dodatki (za wykształcenie, rangi, warunki itp.) tak że stosowany przez MEiN wybieg z pensjami średnimi nie ma tutaj racji bytu.
W tej sytuacji wydaje się, że jedynym nominalnym. bo nie realnym podniesieniem pensji w oświacie jest zaproponowany przez min. Czarnka kanibalizm, czyli włączenie godzin nadliczbowych - których ostatnio przybyło - do pensum oraz zwolnienie części nauczycieli i przejęcie ich godzin przez koleżanki i kolegów. Rząd miałby wtedy mniej wstydu, ale problem pozostałby nierozwiązany. Póki co rząd PiS nie czuje się wystarczająco silny, by - wbrew nauczycielom - zmiany takie przeforsować, ale nie miejmy złudzeń, po wyborach, niezależnie od tego kto sformuje rząd, taki manewr zostanie przeprowadzony, choć będzie on bardzo trudny, jeśli bowiem zwalniać będą dyrektorzy to zwolnią najmłodszych - a tych i tak jest mało. Jeśli rząd, to wyrzuci najstarszych, co może skończyć się lokalnymi dramatami, zwłaszcza na prowincji. Jeśli jednak państwo będzie utrzymywało zarobki nauczycieli na poziomie robotników niewykwalifikowanych to cudów nie ma. Musi to oznaczać spadek poziomu nauczania, który już następuje, bo w szkołach zaczyna brakować kompetentnych nauczycieli matematyki, informatyki, języków, fizyki, chemii, biologii, a to przedmioty decydujące o sile i jakości gospodarki. Współczesna gospodarka idzie albo w taniość - co w UE jest niemożliwe - albo w wysokie technologie, a to wymaga kompetentnych szkół. Bez silnej, wymagającej od ucznia szkoły średniej, przynajmniej kilku mocnych uniwersytetów jedyną drogą rozwojową dla PL jest Mitteleuropa  - czyli rola dostawcy części, podzespołów, zdrowej żywności, prostych robotników i kobiet dla Niemiec. I przyznać trzeba, że aktualny rząd - pod hasłami suwerenności, niepodległości i silnego państwa - wytrwale w tym kierunku zmierza. Urzędnicy decydują bowiem o sile państwa w codziennych czynnościach. Szkoły i system edukacyjny o jakości kadr i tzw. duchu narodowym, czyli przywiązaniu do własnego państwa, narodu innymi słowy o tożsamości obywateli. Utrzymywanie w tych kluczowych sektorach kadr na poziomie płacy niewykwalifikowanego robotnika, nawet jeśli dojdą do tego 13-tki, godziny nadliczbowe, fundusze nagród oznaczać będzie nic innego jak stopniowy uwiąd i rozkład państwa polskiego.
Rządowi PiS przyznać trzeba, że zdaje się ten problem dostrzegać, rozwiązanie jednak jakie, wydaje się, próbuje wcielić w życie jest mocno kontrowersyjne. IMO jego istotę wyłuszczył prof. Nalaskowski w jednym z radiowych felietonów:  dzisiejsza szkoła jest niereformowalna, należy ją zniszczyć, zaorać i na surowym korzeniu zbudować nową strukturę. I zdaje się, że taką misję powierzono prof. Czarnkowi, którego działania - wsparte pomocą całego rządu - zmierzają do rozwalenia nauczycielskich związków zawodowych, jeszcze większego skłócenia i rozbicia środowisk edukacyjnych a przede wszystkim zniszczenia resztek prestiżu nauczyciela w społeczeństwie.  Czy to powiedzie się? Biorąc pod uwagę wszystkie ostatnie wielkie projekty PiS: Nowy Polski Ład, olbrzymie pieniądze z UE w ramach KPO, Mieszkanie Plus, domy bez zezwolenia, reformy sprawiedliwości, słowem każdy wielki program gdzie próbował zbudować coś pozytywnego, to szanse są mizerne. Ale na zbudowanie sensownej struktury. A jeśli chodzi o rozwalenie czegoś co istnieje? Kto wie? Pewnie w perspektywie 3-4 lat przekonamy się o tym. Gdybym miał przewidywać jak zakończy się trwająca właśnie krucjata PiS przeciw szkole to stawiałbym, że zakończy się to znaczącym osłabieniem szkoły publicznej na rzecz szkół prywatnych, w których uczyć będą się dzieci zamożnych rodziców. Oznaczać to będzie, że w trwającej ponoć walce III pokolenia AK z III pokoleniem UB, Prawo i Sprawiedliwość zapewni zwycięstwo IV pokolenia UB. Bo IV pokolenie AK wygrać może jedynie gdy zaistnieje silna, niezależna, wymagająca średnia szkoła publiczna.