Na wysokości ulicy 70-tej znajduje się miejsce potkań weteranów wojennych: Veterans of foreign wars of the United States. Jest nim mały punkt pocztowy. Ożywał on w niezwykły sposób w niektóre dni. Wielkie chłopiska wpadały sobie w objęcia a ich łamiące się ze wzruszenia głosy dawały wyobrażenie o żołnierskim trudzie. Tkliwość i żal przywoływały czas ich dramatycznej młodości i pamięć o nieżyjących towarzyszach broni.
Łaziłem często tą ulicą i nie przestawałem się zastanawiać nad siłą oddziaływania, nie militarnego a kulturowego, amerykańskiego fenomenu na świat. Sam bieg moich myśli był dla mnie zaskakujący - w otoczeniu zupełnie obcym, jakby z filmu, czułem się odpowiedzialny za bieg rzeczy. To poczucie bycia świadkiem przybrało konkretny kształt o kilkanaście ulic dalej, w odniesieniu do klasztoru znajdującego się poniżej ulicy 60-tej.
Mieści się tam zgromadzenie Służebnic Pana i Dziewicy z Matará. Modlą się one przede wszystkim za naród żydowski – tak formalnie został określony ich apostolat. Kilkanaście lat temu Kościół Powszechny modlił się o nawrócenie Żydów, teraz intencja brzmi zdecydowanie ostrożniej. Klasztor nosi imię Edyty Stein, wrocławianki, niemieckiej patriotki, która została katoliczką i jako Żydówka została przez Niemców wyciągnięta z holenderskiego, klauzurowego zakonu i zgładzona w oświęcimskim obozie.
W roku 2007 sfotografowałem wejście do kościoła z umieszczonymi na drzwiach połączonymi krzyżem i tabliczką z napisem. W 2014 znalazłem się tam ponownie. Imię i krzyż zniknęły. W 2017 za moją sprawą, gdy niespodziewanie z roli zadającego pytania, stałem się wykonawcą, na drzwiach klasztoru znowu pojawił się krzyż z Matará złączony z szyldem, na którym niemieckim gotykiem po angielsku zostało napisane: Klasztor św. Edyty Stein. Na moje zamówienie wyrzeźbił to w drewnie polski artysta Stanisław Lipa ze Stryjna.
W amerykańskiej przestrzeni wolności na drzwiach monumentalnego klasztoru w środku miasta błyszczy imię współczesnej chrześcijańskiej, żydowskiej męczennicy. Żółte autobusy z hebrajskimi napisami cisną się przed żydowską szkołą, znajdującą się naprzeciwko. Nie da się uciec od klimatu konfrontacji idei i częstować się w jakimś mdłym multi-kulti. Nie mamy tu do czynienia z drobnym aktem wandalizmu. Ci, którzy nie tolerują Edyty Stein, patronki Europy, obnażają pozór poprawności politycznej i złowieszczy upór w realizowaniu swych skrytych, niecnych celów. Kościół Powszechny jest im pierwszą zawadą. Katolicy to jednocześnie szaleńcy i marzyciele, ludzie konkretu i naiwni politycy. Doraźność i jakieś incydenty mieszają z filozofią ostateczną. W Nagasaki, które za chwilę przestanie istnieć znajdują Pawła Nagai, we Wrocławiu, który za chwilę przestanie istnieć wynajdują Edytę Stein. Wiejskie dzieciaki pośredniczą w przekazaniu zadziwiającego orędzia z Fatimy, w tym ostrzeżenie o błędzie idącym z Rosji. Czy taką wiarę ujarzmić można ujarzmić i zdusić?.
Na brooklyńskiej ulicy w starły się postaci symbolicznej sprawy wielkie.
Krzyż z obrazkową Ewangelią, pochodzący z argentyńskich równin oznacza ofiarę samego Chrystusa, potem bezradność Indian szukających ratunku w jezuickiej misji. Imię Edyty Stein oznacza zbiorczy reżim, gotowy zestrzelić najwznioślejszą myśl, jeśli ta miałaby unieść się nad światem poza jego kontrolą. Mała walka o umieszczenie tych katolickich wotów na drzwiach kościoła odbywa się w klimacie zamieszania w świecie, gdy Kościół próbuje wpasować się w jakieś bezbożne, neokomunistyczne formuły a państwo niemieckie ze swoimi wasalami jawnie restytuuje potwora Trzeciej Rzeszy.