GOLGOTA ZSYŁKI

Fakty historyczne o Polakach na Syberii są niby znane, ale sędziwy autor spod Żywca udostępnił czytelnikom książkę-dokument oparty na konkretach, dziennik katorgi – niezbędny w każdym bibliofilskim zbiorze gromadzącym niepodważalne fakty na temat dziejów nie tak dawnych, dotyczących zadekretowanej eksterminacji Polaków przez Rosjan.
Waldemar Warnicki (autor wspomnień pt. "Sybir") to dziś ponad dziewięćdziesięcioletni członek rodziny Sybiraków, który jako chłopiec został doświadczony tragedią sowieckich zsyłek. Po latach udostępnił niezwykłe, osobiste dokumenty z tamtego okrutnego czasu. Podtytuł "Sybiru" dookreśla miejsce katorgi i część familii autora: "Przeklęty Wierch Birgamag. Sybirska golgota rodziny Franklów." Książka zawiera ilustracje z prywatnego albumu biografa. To treściowy unikat na półce księgarskiej i w domowej biblioteczce. Obecnie wchodzi do sprzedaży jego kolejny nakład.

Waldemar Warnicki przedstawił dramatyczne losy swoich powinowatych z okresu II Wojny Światowej (po napaści na Polskę 17 września 1939 roku przez Stalina), dzieląc swą, wybiórczo potraktowaną autobiografię, na trzy rozdziały. Pierwszy jest rodzajem pamiętnika, który ukazuje gehennę rodziny ciotki autora, Stanisławy Sołtysik z domu Warnickiej, jej męża Alfreda, leśniczego, oraz trzech synów (Zbigniewa, Tadeusza i Bolesława). Skazanych na wywózkę tylko za to, że byli Polakami, a głowa domu została zaliczona do tzw. uzbrojonej inteligencji, bo Sołtysik miał dubeltówkę, zarządzał kilkoma gajowymi ze strzelbami, kwartałem niebezpiecznego dla wroga górskiego lasu i posiadał pokaźną leśniczówkę w osadzie Borynia przy miasteczku Turka nieopodal Przełęczy Użockiej w Bieszczadach Południowych pod granicą z Węgrami na Łemkowszczyźnie. Ciekawym epizodem z początku pamiętnika jest opis młodych Ukrainców z UPA gotujących się do mordów na Polakach i Żydach tuż przed nadejściem Rosjan.

Sam moment aresztowania Sołtysików o 2. w nocy z 9. na 10. lutego 1940 roku jest wstrząsający: bezwzględni napastnicy z NKWD, wykonujący "ukaz" z Kremla, mordują w obejściu, przebijając bagnetem i strzelając w głowę, przygarniętego przez gospodarzy przybłędę, ułomnego stajennego Wasyla, dopominającego się o zabranie go na podwodę z odjeżdżającymi opiekunami, których trzeba dostarczyć na stację i załadować do wagonu-krowiarki; traktują niedorozwiniętego jak ludzką mierzwę ("Won, mierzawiec!") nie nadającą się do przewidzianej eksploatacji; nie chcąc zawracać sobie kuternogą głowy (skoro nie istnieje na liście proskrypcyjnej rodu przewidzianego do "przesiedlenia"), ot tak po prostu pozbawiają go życia.

Następny rozdział to spisana przez biografa, na podstawie wspomnień drugiej ciotki, rzetelna relacja z wywózki rodziny Marii Frankl z domu Warnickiej. Artylerzysta w stanie spoczynku, chorąży Julian Frankl, zwany potocznie "generałem", kojarzony przez Rosjan z klęską Sowietów pod Warszawą w 1920 roku... – tego mściwe kacapy nie mogły przecież całemu jego patriotycznemu gniazdu familijnemu darować! Frankl miał takie oto zdanie o ZSSR: "Bolszewik to rosyjski chamski chłop, którego rewolucja zdegenerowała wolnością mordowania burżujów, panów i siebie nawzajem."

9 lutego 1940 roku o 5. rano NKWD-ziści wpadli do folwarku Łazy (położonego nieopodal miasteczka Niemirów Zdrój za Lwowem) i zabrali wraz z parą gospodarzy "przypadkowych" rezydentów: przygarniętego chłopca-sierotę, siostrzeńca Marii, Mieczysława Petri, oraz jej brata, Stanisława Warnickiego, ukrywającego się tam ojca autora, który w listopadzie 1939 roku uciekł z aresztu NKWD – nadając im nakazowo "wywózkowe" nazwiska Franklów. Pech chciał, bo w tym czasie, gdy złapanych przeładowywano z podwodów do bydlęcych wagonów, inni uciekający przed aresztowaniem, żona, pani Warnicka, z chłopcem Witoldem, czekali we Lwowie na umówionym spotkaniu z ojcem. Zdeterminowany Stanisław brawurowo, omal cudem, zdoła jednak uciec z pociągu i dociera do rodziny i swojego ukochanego syna.

A pozostali? Godność i wola przetrwania jednonogiego inwalidy (krzątającego się na prymitywnej protezie w tamtejszych warunkach), dumnego i zapobiegliwego wojskowego, stanowi wątek zapadający w pamięć czytającego. Frankl nie dostaje przydziałowego chleba, bo nie jest zdolny do pracy – musi więc liczyć na ofiarność bliskich, dla których nie chce być ciężarem; jest cukrzykiem, ale przez przypadek pije wodę z leśnego żródełka, która okazuje się dla niego lecznicza, bo zawiera sole cynku i siarki. Miejscowi traktują go jako uczonego "gienierała-cudotwórcę".

Niezwykłe także są zapiski dotyczące wzajemnych stosunków zesłańców z autochtonami (kołchoźnikami, zapewne wcześniejszymi skazanymi "przesiedleńcami" carskimi), a nawet strażnikami, którzy w tych straszliwych warunkach w jakimś sensie wspólnie trzymają się kurczowo pajęczych nici życia, by trwać. "Wprawdzie tubylcy byli w lepszej sytuacji od Polaków, ale biedę klepali i przydział chleba też ich obowiązywał. W lecie, w dni wolne od pracy, wszyscy bez wyjątku szli do lasu do zbioru grzybów, jagód i orzechów i, co najważniejsze, najeść się do syta jagód". (str. 110) Symbolem wzorowania się zesłańców na zapobiegliwości miejscowych były uprawiane ogródki pokrzyw, które po ugotowaniu dają witaminy.

Autor, który w pewnym momencie jako polski żołnierz wraz z Rosjanami zwalcza bandy UPA, powiada: "Jak można określić przeciętnego Rosjanina-Sybiraka? Jest to człowiek bardzo dobry, mimo tego, że ukradnie wszystko, co znajduje się pod jego ręką. W czasie głodu podzieli się każdą odrobiną chleba. W ciężkich sytuacjach walk nie odstąpi, nie stchórzy, nie ucieknie. Umie wybrnąć z każdej trudnej sytuacji. Jest wytrzymały na trudy pracy, zimna i warunków bytu. Wadą jego jest to, że gdy otrzyma rozkaz, potrafi zastrzelić swego towarzysza." (str. 135)

W dzienniku z wyrębu tajgi i spławu kloców przewija się także, dyskretnie opisany, uduchowiony, katorżniczy, tragiczny wątek miłosny, ale także przytaczane są zdarzenia oraz imiona polskich panienek harcujących z władzą łagru.

Przykuwa uwagę także wzniosły i nostalgiczny nastrój skromnych wigilii po polsku obchodzonych przez katolickich zesłańców w "zonie bez Boga".

Dowiadujemy się również sporo szczegółów z pierwszej ręki na temat sposobów przedostawania się zdeterminowanych Sybiraków do tworzonej armii polskiej po podpisaniu układu Sikorski-Majski 30 lipca 1941 roku.

Ostatni rozdział ("To, co wraca, prześladuje i trudne do zapomnienia") dotyczy burzliwych wojennych i powojennych perypetii samego autora, który całe swoje paraliterackie przedsięwzięcie opatruje własnym historycznym, skromnym komentarzem.

"Wiele relacji jest zbieżnych ze sobą, bo w okresie rządów Stalina wywozy na Sybir, przez Sowietów określane mianem przesiedleń, były jednym ze sposobów pozbywania się przeciwników ustroju, a z drugiej strony zasiedlaniem terenów Syberii. Gdyby nie wybuchła wojna niemiecko-sowiecka, to w ciągu 4-5 lat na terenach Polski zajętej przez Sowietów nie byłoby ani jednego Polaka, tak jak się stało z Tatarami krymskimi." (str. 98).

Polecając swą pracę Warnicki tak pisze na okładce:

„Przedstawione losy mojej rodziny nie są zmyślone. [,,,]
Do zgnębienia człowieka wcale nie są potrzebne obozy typu niemieckiego. Nie są potrzebne straże ani piece krematoryjne, ani więzienia. Są miejsca na ziemi, gdzie mówi się „żyć budziesz nu lubwi nie zachoczesz", co w tłumaczeniu brzmi „żyć będziesz, ale nawet miłować nie zechcesz".
Dzięki notatkom, dzienniczkom spisywanym prawie dzień po dniu przez ojca, matkę i synów, można opisać historię tragizmu rodzin w nieludzkim ustroju komunistycznym i na nieludzkiej ziemi. W tym opracowaniu więcej jest zdań tych, co cierpieli głód, chłód, poniewierkę, aniżeli moich.
To opracowanie poświęcam tym, którzy tam stracili życie, których groby zarosły trawą i którym już nikt nawet znicza nie zapali, ani nie powie naszych polskich katolickich słów „wieczne odpoczywanie racz im dać Panie”.”

Perypetie rodzinne własne, ciotek i wujostwa autora, od eksterminacyjnej katorgi za Uralem poprzez późniejsze losy wojenne najmłodszych mężczyzn, posyberyjskich żołnierzy w walce z Niemcami, a także nieprawdopodobnie zawikłane losy oraz historie "odnajdywania się" familii po powrocie zesłańców do kraju – wszystko to czyni lekturę pasjonującą i pouczającą.

Waldemar Warnicki, Sybir, KOS, Katowice 2013.
Do nabycia:
http://allegro.pl/golgota-zsyl...
 

Forum jest miejscem wymiany opinii użytkowników, myśli, informacji, komentarzy, nawiązywania kontaktów i rodzenia się inicjatyw. Dlatego eliminowane będą wszelkie wpisy wielokrotne, zawierające wulgarne słowa i wyrażenia, groźby karalne, obrzucanie się obelgami, obrażanie forumowiczów, członków redakcji i innych osób. Bezwzględnie będziemy zwalczali trollowanie, wszczynanie awantur i prowokowanie. Jeśli czyjaś opinia nie została dopuszczona, to znaczy, że zaliczona została do jednej z wymienionych kategorii. Jednocześnie podkreślamy, iż rozumiemy, że nasze środowisko chce mieć miejsce odreagowywania wielu lat poniżania i ciągłej nagonki na nas przez obóz "miłości", ale nie upoważnia to do stosowania wulgarnego języka. Dopuszczalna jest natomiast nawet najostrzejsza krytyka, ale bez wycieczek osobistych.

Komentarze

Obrazek użytkownika maks jamnicki

04-02-2015 [20:50] - maks jamnicki | Link:

Hm, dobrze, że jest ten wpis, bo temat mnie np. od zawsze interesował, czytam, poznałem niektóre ofiary, a w zalewie książek, jak się nie trafi na sygnał o takim tytule, to gdzieś ucieknie, nie wie się. Zrobił Pan wszystko i wyczerpująco by tą książkę zarekomendować. Pozdrawiam.

Obrazek użytkownika Zygmunt Korus

05-02-2015 [23:57] - Zygmunt Korus | Link:

POLSKOŚĆ ZESŁAŃCÓW
A z taką pozycją się Pan zetknął? "Pocztówki z Workuty" (Profil, Wrocław 2008) śp. Krzysztofa Gulbinowicza. Recenzowałem te dokumentalne opowiadania na tym forum przed paroma laty:  
http://naszeblogi.pl/2100-pols...
Książeczka jest chyba już nie do dostania, ale bardzo ją polecam; może się pojawi w jakimś antykwariacie w sieci...?