TEGO NIE ZOBACZYSZ... [30] Nauka włoskiego


[Książka na przedpłaty]
Uprzednio: https://naszeblogi.pl/57951-te...

Część II Tam [Część I Do; Część III Z powrotem]

Rozdz. 30 Nauka włoskiego

[Początek nauki włoskiego był bezwiedny, chociaż w pewien sposób wymuszony. Kiedy został rezydentem na kempingu pod Ravenną obsługa ośrodka zaprosiła go do wspólnego posiłku podczas sjesty. Zestawiono stoły pod piniami, także pożyczając jeden spod jego przyczepy (być może dlatego go zaproszono...). Żeby nie przyjść z gołymi rękami Salvin przyniósł butelkę ”Wyborowej”. Gdy po licznych daniach (w Italii obowiązuje kuchnia celebracji) biesiadnicy przeszli do picia kawy z kieliszeczkiem polskiej wódki w miejsce zwyczajowej grappy (czyli po naszemu bimbru wydestylowanego z winogronowych wytłoczek), polski alkohol okazał się lepszy od miejscowej konkurencji. Dawał podobnego kopa trawieniu, a mniej cuchnął. Ustalono zatem, że Salvin będzie wnosił nadwiślański wsad „procentowy” do obiadów, a oni biorą koszty jego jedzenia na siebie. By zapasy, których kilka butelek miał w przyczepie, wkrótce się nie wyczerpały, poprosił kierowców, którzy przyjeżdżali z nowymi wczasowiczami, o uzupełnianie mu magazynku w polskie trunki.

Z nowym towarzystwem porozumiewał się po francusku. To znaczy próbował (myśląc, jak się okazało błędnie, że języki romańskie są na tyle bliskie, że komunikacja będzie możliwa), ale obsługa ośrodka – stolarz, ogrodnik, recepcjonistki, ratownicy (z basenu i plaży), bramkarze-szlabanowi, mechanik, traktorzysta czy hydraulik etc – nie znała tego języka, więc wyraźnie widać było ich irytację, gdy rozmowy z Salvinem szły jak po grudzie. W końcu mu oznajmiono ostentacyjnie i definitywnie, że jak chce dalej uczestniczyć we wspólnych sjestach, musi się zabrać za naukę włoskiego. Cóż było robić...? Zaczął od poszukiwania księgarni i zakupu słownika. Miał tytuł „Polsko-Włoski” i transkrypcję fonetyczną naszych wyrazów dla cudzoziemców. Dla nowego ucznia był przez to mało przydatny. Prosił więc miejscowych, kogo miał pod ręką, by mu pomagali w wymowie podczas opanowywania słów. Najlepiej było to robić na plaży, bo ludzie tam mają czas i więcej cierpliwości.

Wybierał samotne panie, otwierał słownik na kolejną literę i „prosił mimicznie”, dukając i gestykulując (patrząc z boku, musiało to wyglądać komicznie) o korygowanie wymowy. Włoszki, w odróżnieniu od Polek, nie widzą w nagabywaniach mężczyzn niczego złego, żadnych podejrzeń o zdrożną zaczepkę w celu podrywania.]

Do Wszechwiedzącego Narratora: – Odnośnie Polek, które, jak wiemy, nieustannie chcą zdobywać napaleńcy z Italii, to zauważyłem u tych donżuanów nadzwyczajną kindersztubę. Jakikolwiek grymas niechęci, nie mówiąc o geście odtrącenia ze strony naszych dziewczyn, natychmiast powodowały reakcję „stop!” u startującego kawalera. Na dyskotece, dokąd moje wczasowiczki zapraszano (a nawet przywożono i odwożono firmowymi autobusami) by się bawiły bezpłatnie, jako przyciągającą okoliczną klientelę atrakcję, Policja i służby porządkowe obserwowały zachowania swoich ziomków pod tym kątem właśnie. Gdy zauważano, że jakaś panna nie chce wdawać się w jakiekolwiek relacje z nagabującym ją Włochem, a ten nie odpuszcza, błyskawicznie interweniowano, i to dość obcesowo i zdecydowanie, grożąc delikwentowi wywaleniem z zabawy. Widać że takie dyscyplinujące podejście funkcjonariuszy do gorącokrwistych młodzieńców odnosiło skutek, bo podrywacze zachowywali się na tych imprezach bardzo kulturalnie.
I jeszcze jedna uwaga: szybko wymusiłem na organizatorach tych tańców gratisy i zabieranie także na dyskotekę moich wczasowiczów, bo w te wieczory, gdy nie było płci pięknej, "samce" zapijały się z nudów (i być może, podświadomie, z zazdrości).

[Zbliżał się do wybranej plażowiczki grzecznie, nieśmiało, wyjaśniał o co mu chodzi, pytał o zgodę, jeśli padało si, czytał kilkanaście słów pod okiem owej przygodnej nauczycielki, i jak najprędzej zwijał się mówiąc grazie, by kawałek dalej podejść do kolejnej, zażywającej kąpieli słonecznej, autochtonki. Za którymś razem, po angielsku, wyjaśniono mu reguły fonetyki włoskiej. Zauważył, że język polski ma mnóstwo makaronizmów, a lektorat z łaciny, jaki zaliczył na historii sztuki, okazał się teraz bardzo przydatny.

Z nauką liczebników miał osobną przygodę. Co wieczór o dość późnej porze na głównym deptaku nadmorskiego kurortu odbywały się licytacje dzieł sztuki. Prowadził je marszand posiadający galerię w „stylu florenckim”, to znaczy taką, gdzie nie robi się wystaw i wernisaży, lecz sprzedaje rozmaite wyroby rękodzielnicze i artystyczne z myślą o licznych turystach, przez co taki (rzekomo) intratny handel jest opodatkowany taksą specjalną, wyższą. Gospodarz, wysoki starszy pan z worami pod oczyma, wyglądał na strasznie zmęczonego i często, gdy aukcje przebiegały bezowocnie, oznajmiał z rozgoryczeniem, że jest ostatnim mohikaninem, posiadaczem galerii w „stylu florenckim”, bo inni już dawno poplajtowali.

Prowadzący najpierw rozstawiał amfiteatralnie krzesła przed lokalem, potem rozsuwał żaluzje zasłaniające ogromną witrynę, by ukazać przechodzącym mocno oświetlone wnętrze z obrazami na ścianach i rozmaitymi unikatowymi przedmiotami na postumentach i sztalugach; do tego puszczał głośno muzykę, żeby zwrócić uwagę na event, jaki za chwilę się w tym miejscu odbędzie. Zazwyczaj to skutkowało: ludzie na spacerniaku mają czas, wczasowicze gromadzili się w oczekiwaniu co się zdarzy dalej, powoli krzesła zapełniały się widzami. Gospodarz kierował reflektor na proscenium, swój stolik ustawiony przed drzwiami do lokalu, owijał główkę mikrofonu w papierowy ręczniczek (wielokrotnie sięgając potem do rolki stojącej u stóp, bo gadając jak terkotka dużo, zapluwał się bardzo szybko, więc trzeba było tę chłonną osłonkę często zmieniać) i zaczynał licytację na zachętę, od rzeczy taniej, najlepiej pamiątki, jakiegoś przydatnego w mieszkaniu bibelota, łatwego do przewiezienia z wakacji. Najczęściej były to wyroby tkackie lub coś z ceramiki bądź szkła.

Wytrawnemu aukcjonerowi (o czym za chwilę) zawsze towarzyszyła jakaś piękna asystentka, podkasana i wydekoltowana, która przynosiła obiekty do licytacji z zaplecza, najpierw je prezentując z bliska, głównie płci męskiej, obchodząc między rzędami zasiadających, ocierając się o kolana przypadkowych gapiów, którym w większości ani przyszło do głowy, by coś zakupić. Patrzyli za to na jej wdzięki z nieukrywanym zainteresowaniem i podziwem.

Wśród tych turystów od jakiegoś czasu znajdował się codziennie Salvin. Naturalnie wciągały go dzieła sztuki, które oglądał. Prowadzący gorąco zachęcał do nabycia eksponatów bardzo drogich, a gdy nie było chętnych, zero zainteresowania podjęciem licytacji, szeptał do pomagającej mu piękności o zaprezentowanie czegoś w cenie przystępnej. Salvin zwracał uwagę na drogie obrazy malarzy z nazwiskami. Były to przeważnie nadmorskie pejzaże, trochę marynistyki jachtowej, weduty portowe, bukiety, martwe natury (najciekawsze z rekwizytami w plenerze, jak płótno z damską chustą rzuconą niedbale na polny głaz na łące, świadczące, że coś się działo poza kadrem /1), niekiedy jakiś portret ładnej dziewczyny, sporo kameralnych rzeźb – posążki z gipsu i marmuru czy też odlewy z brązu. Czasem figurki z ciemnego drewna pochodzące z Afryki. Wszystko to Salvin, jako zawodowiec, zauważał i rejestrował bezwiednie, nie zagłębiając się zbytnio w rozważania estetyczno-formalne połączone z oceną ich wartości.

Był skupiony na czym innym, bo dla tego celu tu codziennie przychodził. Aukcjoner bowiem – jak katarynka – wyrzucał z siebie liczebniki. – Kto da więcej? Padały cyfry wszelakie, przeliczenia małe i sumy ogromne. Pan z białym mikrofonem zawsze zaczynał licytację od słów „baza zero”. – Oczekuję propozycji...? Gdy zainteresowani podejmowali "grę o nabycie" i zatrzymywali się na jakiejś niskiej kwocie, którą właściciel uznawał za mniej niż minimalną do sfinalizowania transakcji, przelicytowywał ofertę sam dla siebie, oznajmiając, że woli coś nabyć od plastyka, dostawcy komisowego, do własnych zbiorów niż sprzedać poniżej nominalnej wartości.]
– Jest to sposób na cwaniaków, co podczas aukcji charytatywnych szukają okazji, by coś kupić za bezcen, po cenie materiału (bez naddatku za talent i coś od siebie na ów zbożny cel), a przy tym szczycąc się, że mają serce. Gdy tak naprawdę to artyści, przekazując swoje dzieła na cele dobroczynne, łożą za/na owych kolekcjonerów-faryzeuszy.
[Salvin nauczył się podczas tych seansów wielu słów z dziedziny sztuki, ale przede wszystkim włoskich liczebników.

Jego znajomość z właścicielem galerii, która potem przeszła we współpracę, gdy zaczął na kempingu organizować plenery dla artystów z Polski, miała początek zaskakujący. Któregoś wieczoru, kiedy tuż przed północą na krzesełkach zasiadało zaledwie kilka osób, prowadzący zakończył aukcje, tym razem handel wyjątkowo nieudany, ponieważ bez sprzedaży choćby jednej rzeczy, i ruszył krokiem zdecydowanym ku Salvinowi, będącemu w oddaleniu na obrzeżu owego amfiteatru, zaczynając stamtąd składanie krzesełek. Salvin wstał, by mu nie przeszkadzać, i w tym momencie marszand zapytał bez ogródek: – Jesteś tajniakiem ze skarbówki? Twarz miał ściągniętą jakimś grymasem świadczącym o rozgoryczeniu sytuacją biznesową, w jakiej się znajduje. – Że tak tu przesiadujesz od kilkunastu dni... Salvin wybuchnął śmiechem. Wyjaśniał nieporadnie, że się uczy włoskiego, a tutaj ma żywy język omawiający różnorakie przedmioty, a najbardziej jest zadowolony z możliwości opanowania liczebników.

Odtąd mieli do siebie zaufanie. Wstawiał poplenerowe dzieła do sprzedaży komisowej, a pieniądze za nie były deponowane na włoskim rachunku Salvina, do odbioru osobistego; właściciel galerii wciągnął go bowiem do stowarzyszenia malarzy znad Północnego Adtriatyku, co pozwoliło Polakowi otworzyć konto bankowe w Italii, czego bez jakiegoś pretekstu-uzasadnienia nie wolno było wtedy robić rodakom bez zgody władz Rzeczpospolitej.]

Przypisy:
1/ Znakomitego malarza z Codigoro, Renzo Crociary – przyp. aut.

Ciąg dalszy nastąpi

[By skosztować kawy włoskiej z pierwszej ręki zerknij na Allegro/italiAmo_caffe; po zakupie upomnij się – dorzucam moim Szanownym Klientom/Czytelnikom, z własnych zasobów bibliotecznych, wybraną losowo jakąś książkę gratis.]

Tekst, na prawach pierwodruku prasowego, ukazał się na łamach kanadyjsko-amerykańskiego tygodnika polonijnego "Głos" nr 3/2021 (20-26.01), s.16.

Możliwość nabycia ukończonej powieści w formie książkowej poprzez przedpłaty ratalne – patrz tutaj: https://allegro.pl/oferta/prze...