TEGO NIE ZOBACZYSZ W FILIŻANCE KAWY [17]


[Książka na przedpłaty]
Uprzednio: https://naszeblogi.pl/57214-te...

Część I Do [Część II Tam; Część III Z powrotem]

Rozdz. 17 Wiele "po pierwsze"

CZAS NA ŚWIEŻO

Ocean Wielki – takie oddalenie
a wciąż mam wrażenie
że razem ścielimy łóżko
doprawiam ulubioną sałatkę
przekręcam klucz w zamku
o tej samej godzinie

[Salvin, na zaproszenie przyjaciela, wylądował w Kanadzie. Po przybyciu ów bliski kumpel ze studiów natychmiast wciągnął go w wir tamtejszych literackich przedsięwzięć klubowych, wieczorów poetyckich, konsultacji podczas prób teatralnych polskich zespołów amatorskich na emigracji. Kolega prowadził małą rozgłośnię polonijną w Vancouver. – Przeczytałbyś coś – zachęcał Salvina.

Dla mnie to jeszcze jedność
Wspólne perfumy
Pory dnia i nocy
jak przytaknięcia zza uchylonych drzwi
gdy upinasz lub rozczesujesz włosy

Dużo zwiedzali. Vancouver – miasto na wodzie, niemal porównywalne do Wenecji czy Sztokholmu. Podziwiali miejski park, jeden z największych tego rodzaju na świecie. Pojechali w góry do Whistler, słynnego kompleksu narciarskiego z mnóstwem poloników /1; zaczęli od cmentarza na wyniesieniu, z płaskimi nagrobkami w gruncie (wygodnymi do utrzymywania porządku przy pomocy kosiarek), na których po zimie leżały niedźwiedzie kupy-boby, spod których przebijały się charakterystyczne dwuczłonowe nazwy naszych rodów góralskich, złożone z przezwisk przy nazwiskach, by potem zapuścić się w starówkę miasteczka w„zakopiańskim stylu”, do której wprost z dookolnych stoków wpadają trasy narciarskie.

Popłynęli przez cieśninę promem do naprzeciwległego miasta Victoria na wyspie także o nazwie Vancouver, po której odbyli kilkudniowy tramping korzystając z dobrze zagospodarowanych biwaków w dzikiej puszczańskiej głuszy, będącej ostoją niebezpiecznych niedźwiedzi. Były tam kabiny prysznicowe z ciepłą wodą a kubły na śmieci wisiały na szubienicowych podciągach, żeby zwierząt nie kusić i żeby w nich nie buszowały. Co jakiś czas zbliżali się do opustoszałych plaż Pacyfiku. Pozyskiwane w szczytowych partiach potężne mygły, powiązane w wiązki, zrzucano z niebos do górskiego jeziora z potężnych helikopterów, by je potem spławiać do tartaków.

Salvin wszystko to chłonął, ale jakby „z głuchym szumem w uszach”. Robił zdjęcia, machinalnie, nie dbając o kadry, bowiem myślami był nieustannie przy Laurze. Rozmawiał z nią w duchu – w tym wewnętrznym monologu zdania miały charakter prozy poetyckiej, której jakość i smak potęgowały uczucie oraz dookolna przyroda. Wieczorami, przed snem, robił notatki z tych sekretnych myśli – zapiski miały formę wierszowaną, ubierały w słowa chwile ulotne, które wypełniały mu miniony dzień – bez Niej fizycznie, ale obecnej w stale ożywianej pamięci.

Rozłąka
to policzek
gdy masz w perspektywie
zakole
– pół świata
a po horyzont
łza ocean mroczy

Kompan nalegał, by przeczytał na antenie jakiś wiersz napisany tutaj, na wyjeździe... Na biurku stała stara maszyna do pisania marki Remington, bez polskich znaków diaktrycznych – Salvin wkręcił w nią papier i wystukał wiersz „onomatopeiczny”, który od jakiegoś czasu obrabiał w głowie. Nosił tytuł „Hałasy, Dźwięki, Głosy, Szepty” i był zapisem sytuacji, które dało się usłyszeć, a całość kończyła się dwuwersem: „Tajemna schadzka – sza! Hej! – wrogie normalne życie.” Naniósł długopisem na tekst „antenki i ogonki” i podał kartkę gospodarzowi, a ten przeczytał ją z uznaniem.

Rano obaj pojechali do rozgłośni, gdzie Salvin, nim przeszedł do deklamacji, zastrzegł się najpierw, że poezji już nie uprawia od kilkunastu lat, więc z góry przeprasza słuchaczy, jeśli z tych emocji, jakich tutaj w Kanadzie doświadcza, wychodzi mu spod pióra grafomania...

gdy samolot kołował nad zatoką
mój ster był bez busoli
a błędnik zachwiany
żyrokompas oszalał
turbulencja serca

Była to poranna audycja przed wyjściem do pracy, ale odezwały się telefony od kobiet, które pozostawały w domach. Że im się wiersze podobają i czekają na dalsze...

Chodził regularnie do kawiarenki internetowej, gdzie zaglądał do skrzynki mejlowej, odczytując wieści z Francji, ubogie w fakty, ale za to pełne wyznań miłosnych.

KOS ZZA LĄDÓW I OCEANÓW

Schodzę do cyber-café
Otwieram list na ekranie
i patrzę na zdjęcie migocące
ciarki rozgwiazda iskier szpilujących jaźń

"Ścięłam włosy, ponoć wyglądam jak Kleopatra
ale ona chyba była piękna...?"

Na monitor przyfrunął kos
Co za ulga
– ten niepokój
to internetowy sygnał miłości

Pod koniec pobytu już miał na tyle dużo tekstów, że postanowił wydać je w formie tomiku wierszy, jak najszybciej gdy tylko wróci do kraju. Książka miała obrazować jego aktualne preferencje... Zaczął nawet pisać do niej słowo wstępne.]

PRZEDMOWA

Tytuł Wiele „po pierwsze” wydaje mi się odpowiedni do stanu duchowego, w jakim się niedawno znalazłem. Wiersze przestałem pisać dwadzieścia lat temu, ponieważ zdawało mi się, że dorosły mężczyzna, odpowiedzialny za rodzinę i dbający o materialny wymiar egzystencji, nie może być pięknoduchem bujającym w obłokach, życiowo niezaradnym (z czym się kojarzą „prawdziwi poeci”).

I teraz, po latach, stało się! Pofrunąłem ponad oceanem i kontynentem na drugi kraniec Kanady, zetknąłem się najpierw nieświadomie, choć namacalnie, z paralaksą czasoprzestrzeni, której skutki natychmiast po wylądowaniu objawiły mi się w postaci rozmaitych lęków, bezsenności, z dojmującą nostalgią włącznie. Tego stanu psychiki, w którym przez jakiś czas tkwiłem, nie potrafię do teraz precyzyjnie i jednoznacznie nazwać. Wiem tylko tyle, że nagle zespół tych przeżyć odblokował głęboko schowaną, niemal zapomnianą wenę liryczną.

A przecież przez ostatnie dziesięć lat nie byłem domatorem: nieustannie podróżowałem jako pilot wycieczek zagranicznych – było więc dla mnie zupełnie niezrozumiałe i zaskakujące, skąd nagle poniekąd szczeniacka potrzeba przelewania na papier wstydliwych wzruszeń oraz intymnych egzaltacji? Najprawdopodobniej zadziałali tu ludzie – mój wrażliwy, zauroczony poezją w ogóle, Przyjaciel i jego bliscy znajomi z tamtejszej Polonii – działacze spragnieni kontaktów z kulturą polską, twórczy i altruistycznie oddani wszelkim przedsięwzięciom animatorskim czy wręcz artystycznym. To oni, wiedząc, że kiedyś pisałem wiersze, sami zaczęli mi swoje próby przedstawiać: to z nimi właśnie, ośmielony i zachęcany, brałem udział w spotkaniach radiowych i klubowych na temat poezji i teatru oraz dysputach o borykaniu się artystów diaspory na obczyźnie.

Wielkie dzięki Wam za to, moi Kanadyjscy Przyjaciele! – żeście przywrócili mi wiarę w sensowność sporządzania notatek mową wiązaną.

Ciąg dalszy nastąpi

Przypis:

1/ Dzisiejszy słynny ośrodek narciarski zawdzięcza swój naturalny urok i górski charakter osiadłym tam Polakom, którzy nie wyrazili zgody by przez miasteczko szły linie wysokiego napięcia od transformatora wybudowanego nad pobliską zaporą wodną. Wirujące pole elektromagnetyczne oraz brzęczenie linii przesyłowych byłoby nie do zniesienia zarówno dla mieszkańców jak i przybyszów-narciarzy – przyp. aut.

[By skosztować kawy włoskiej z pierwszej ręki zerknij na Allegro/italiAmo_caffe; po zakupie upomnij się – dorzucam moim Szanownym Klientom/Czytelnikom, z własnych zasobów bibliotecznych, wybraną losowo jakąś książkę gratis.]

Tekst, na prawach pierwodruku prasowego, ukazał się na łamach kanadyjsko-amerykańskiego tygodnika polonijnego "Głos" nr 41/2020 (07-13.10), s.16.

Możliwość nabycia ukończonej powieści w formie książkowej poprzez przedpłaty ratalne – patrz tutaj: https://allegro.pl/oferta/prze...