TEGO NIE ZOBACZYSZ W FILIŻANCE KAWY [14]

[Książka na przedpłaty]
Uprzednio: https://naszeblogi.pl/57029-te...

Część I Do [Część II Tam; Część III Z powrotem]

Rozdz. 14 Wyjazd po przyczepę

"Koteczku Mój Kochany!
Jak było...? Proszę bardzo... Otóż odbyliśmy tę eskapadę na Mazury. Wróciłem wczoraj do domu późno, około 24,30 – tak zmęczony, że padłem jak kłoda i dopiero dzisiaj mogę zebrać myśli i przeanalizować to wszystko. Wyruszyliśmy w piątek o pierwszej w nocy w czwórkę. Instruktor zabrał żonę, dlatego, że stamtąd oboje pochodzą – mieli okazję odwiedzić rodziny, a Mariusz chciał sprawdzić, czy jego łódź jest dobrze zabezpieczona w przystani, bo ostatni jesienią pływał jego syn i miał jacht wyciągnąć z wody na nabrzeże przed zimą. Acha, ta żona Instruktora to bardzo piękna kobieta, a Ty mówiłaś onegdaj, że to maszkaron – więc chyba zaszła jakaś pomyłka... zdaje się inną osóbkę koło niego widziałaś...

Najpierw prowadziłem busa ja, Instruktora oszczędzałem na drogę powrotną, gdyż z uwagi na odpowiednie papiery całą długą trasę z Mazur aż pod Zakopane mógł kierować tylko on. Niemniej o brzasku za Warszawą zmienił mnie, ponieważ chciał wprawić się w moje ducato i lepiej znał drogę dojazdową do swojej rodziny mieszkającej w jakiejś pipidówce na Kurpiach.

Wysadziliśmy ich o ósmej rano. Stamtąd o poranku skok w bok – dwadzieścia kilometrów opodal Mariusz garażował swoją łódkę. Jadąc do tej przystani kątem oka zobaczyłem, że odczytał jakiegoś radosnego esemesa. "– Zostałem dziadkiem – wyjaśnił – synowi urodziła się córka". – Trzeba to będzie oblać – oznajmiłem.

Jezioro było piękne – skute, ale już rozmarzającym lodem. Na nim przy przeręblach kucali wędkarze, gdzieś w głębi Zamordajów (to jego nazwa) rowerzysta – ktoś miejscowy, bo dobrze znał wytrzymałościową topografię tafli – rozbryzgując wodę, przejechał w poprzek akwenu. Stałem na falistym pagórku i chłonąłem wszystkimi zmysłami urok tej zdumiewającej chwili: ni to zima, ni to wiosna – zimno, szaro, luty, ja na Mazurach, Ty we Francji – kalejdoskop wydarzeń, ludzi, pragnień, przedsięwzięć i przypadków w aurze uczucia, jeszcze nie tak dawno mi nieznanego, które mnie teraz otacza, od kiedy dałaś mi tę Twoją Wielką Miłość. "To cud – pomyślałem – jeśli wziąć to wszystko na rozum".

Spojrzałem na koniec pomostu w oddali. O tym zdarzeniu, dla mnie niezapomnianym do końca życia, jeszcze ci nie wspominałem. Przycumowaliśmy tu kiedyś "na drugiego", za inną łódką, bo było ciasno przy kei. Wybraliśmy się z Mariuszem na piwo, skończyło się na kilku kuflach, powiedzmy – bliżej dwucyfrowej granicy. Oczywiście już na rauszu, wracamy ścieżką na skróty przez las, ja rozglądam się za grzybami, kopię psiaki, Mariusz sporo przede mną...

Po stromiźnie zjeżdżam ku brzegowi na czterech literach i z uśmiechem, radośnie (jakżeby inaczej ...? – po tak pięknie spędzonym popołudniu w tawernie przy szantach...) wkraczam na nasz pokład. To znaczy usiłuję, chociaż tego nie zauważam. Zwyczajny krok, ale bezwiednie wychodzi mi to jako rozkrok. Jedna noga na burcie pierwszej, sąsiedzkiej, a druga na naszej... – szpagat, jeszcze próbuję się czegoś uchwycić, ale bez skutku, i wpadam do wody, a gdy się wynurzam walę głową o dno którejś z łodzi, bo się po rozjechaniu na boki połączyły i mnie pod wodą domknęły. Próbuję je rozsunąć dłonią, kilkakrotnie, ale tracę oddech i zachłystuję się wodą – "to mój koniec!!!" uświadamiam sobie z przerażeniem machając rozpaczliwie rękami, żeby gdzieś na resztce powietrza w płucach wypłynąć poza ciężką pokrywę nade mną, która mnie skutecznie przynurza.

I w tym momencie czuję jak jestem ciągniony za włosy, jakoś tak bezboleśnie, płynnie i delikatnie ku górze, aż nagle rozwiera się ciemność i ogarnia mnie jakieś wszechobecne anielskie światło, a potem czyjeś mocne ręce chwytają mnie pod pachy i przerzucają przez burtę do jachtu. Dobieram teraz słowa, żeby Ci opisać to tragicznie niebezpieczne zdarzenie, ale tworzą one zdanie statyczne, kiedy wszystko to dzieje się w mgnieniu oka. Ponieważ tak naprawdę odzyskuję dopiero zracjonalizowaną samoświadomość, gdy kojarzę, że jestem przewieszony przez czyjeś kolana twarzą w dół, ktoś pompuje moje ciało od tyłu obejmując i uciskając mi brzuch, i słyszę "Wypluj wodę!, wykrztuś wodę!". Gdy dochodzę całkiem do siebie, widzę obok na pokładzie naszego jachtu Mariusza i kilku gapiów na kei. Gdyby nie on i jego szybka pomoc, byłoby po mnie. Niby pełno ludzi, ale wszyscy zajęci sobą... Jeden moment nieuwagi..., a właściwie NIEROZWAGI – i nigdy by ktoś taki jak Salvin nie stanął na Twojej drodze, Kochanie. Kończąc to "pamiętne" wspomnienie: Mariusz wtedy, na bank!, uratował mi życie – wydaje mi się, że już czas, byś o tym się dowiedziała.

Szkutnik zamknął psy, Mariusz rozplątywał plandekę... Należało zejść z obłoków na ziemię. Wdrapaliśmy się do wnętrza jachtu. Czułem się jak u siebie: znajome przedmioty, zapach nie do podrobienia... najlepszy sygnalizator przywoływania wspomnień (sama wiesz jak działa NASZA woń Twoich poperfumowanych kopert – co Ci więcej będę mówił...!). I tu niespodzianka: syn Mariusza zostawił na stole prawie całą butelkę znakomitej wiśniowej nalewki. – Za zdrowie młodego dziadka – wzniosłem pierwszy toast, jako kierowca zamaczając zaledwie usta, by poznać smak tego domowego napoju, gdy tymczasem Mariusz ze stróżem obiektu (choć padło "Panowie, dziękuję, jestem w pracy..."), by nie kuleć, wypili na obie nogi. Ten drugi pretekst do trącenia się kieliszkami oznajmił mój towarzysz, wychylając się, by nalać gospodarzowi, przez burtę. >>– "Co kuleje – idzie." – dorzuciłem optymistycznie znany aforyzm Leca. – Inaczej tego nie zobaczysz... Że jednak świat się kręci....<< – dodałem. Wkrótce okazało się, że bezwiednie wyszła z tego gafa: bo szarpiąc się z psami, by je zamknąć w kojcu, nie dało się jakoś zauważyć, że ich opiekun utyka. Spostrzegliśmy to dopiero, gdy teraz ruszył ku bramie i stróżówce.

Na plac z przyczepami dotarliśmy w porze obiadowej. Ten Strykowski, właściciel, to zabawny gość. Abnegat. Już drugi raz zastaliśmy go, jak golił się na środku posesji na sucho. Poprzednim razem, gdy jechaliśmy żeglować i odkryliśmy ten jego handel, na pytanie, dlaczego to robi bez pianki, odpowiedział "Co za różnica...!?" i zaczął wyklinać na żonę, nauczycielkę, która wypędziła go z domu. To moja rodzinna łąka, tutaj się pobuduję, a teraz muszę sobie radzić..." i wskazał na paczkę golarek-jednorazówek, leżących na odwróconej do góry dnem skrzynce po warzywach w trawie pod jego locum. Mieszka w kempingu, o tej porze ogrzewanym butlą gazową.

Dogadaliśmy wtedy, że po rejsie weźmiemy tanią, lekką przyczepkę dla Mariusza w góry, by miał własny kąt podczas szykowania mojego domku. Kupiliśmy fajnego czteroosobowego "Corsara", z dwoma sypialniami, kuchnią i umywalką. Tak nawiasem – Iwona czuje się w niej już jak gospodyni. Przywlekliśmy kemping po rejsie na zwykłe prawo jazdy, na zagranicznych papierach, z tymczasowym ubezpieczeniem (zapewniał, że nie lipnym). Strykowski mi zaufał, bo miałem tylko część pieniędzy, a resztę – obiecałem (dałem słowo!), że doślę później. Podał mi adres kolegi, w obawie przed żoną, żeby nie dawać jej argumentów o lewych zarobkach przy sprawie rozwodowej.

Teraz czekał na nas z bimbrem. Spośród kilku przyczep wybrał dla nas do spania komfortową, z łazienką i kominkiem, ogrzewaną na gaz z butli. Mówię ci – w środku apartament jak w hotelu co najmniej czterogwiazdkowym. Pochwalił się, że uwarzył czerwony barszcz, podał go z ugotowanymi na twardo jajkami, i że od kolegi dostał sznycle z ziemniakami. Było przytulnie, swojsko, skakaliśmy z tematu na temat (Strykowski co i rusz wieszał psy na swojej jeszcze ślubnej, Mariusz mu skwapliwie przytakiwał, no a o moim udziale w tej męskiej dyspucie, pozwolisz, że zmilczę...); snuliśmy plany ewentualnej współpracy z myślą o przyczepach przeznaczonych na Włochy. Popijaliśmy kurpiowski bimber, bardzo mocny, pędzony na cukrze, nawet smaczny, bo nie waniał i jakoś "nie otrząsał" – zaoferował mi litr po 4 zł. Miał kanisterek pięciolitrowy, więc wziąłem, "na zaś" – za taką cenę...! Położyliśmy się spać dość późno.

Oczywiście oglądnęliśmy uważnie naszego kolosa, którego mieliśmy zawlec. Prawie dziesięciometrowy gigant. W pięknym stanie. Wagon na dwóch osiach z łazienką i trzema sypialniami. "Tabert". Marka klasy mercedesa w karawaningowej branży. Kiedy rano Mariusz przywiózł Państwo Instruktorstwo, ja byłem już po sfinalizowanej transakcji; Strykowski trochę zszedł z ceną, bo dał mi umowę i polski dowód rejestracyjny wraz z ubezpieczeniem wystawione przez jego kumpla, przy tym, jako bonus, gwarantując, że pojazd na tych papierach może stać we Włoszech "skolka ugodna". OK.

Podpięliśmy taberta za ducato. Światła, co do jednego, także "obrysówki", bez zarzutu – wiadomo, niemiecka robota! (Gdyby co, na wszelki wypadek mieliśmy wypożyczony kabel z wtyczką i rozsuwaną listwę z lampami do umocowania z tyłu.) Instruktor chciał sprawdzić hamulec najazdowy, więc dziarsko ruszył po placu i gwałtownie zahamował, ale cały zestaw powiozło... "– Proszę wyjechać na drogę, tu jest łąka, koła się ślizgają, bo opony nie mają przyczepności, to bardzo prosty mechanizm – musi zadziałać!" – odezwał się Strykowski. Przyglądaliśmy się, jak Instruktor, bez niczyjej pomocy (widać nakazując Mariuszowi siedzieć w kabinie) najpierw próbuje przez wąską bramę i mostek na rowie, z taką dłużycą, łamiąc odpowiednio zestaw pojazdów, włączyć się do ruchu. Nie obyło się bez kilku klaksonów ostrzegawczych ze strony nadjeżdżających. W końcu bus rusza, rozpędza się i tabert znika nam za drzewami... Czekamy. Ja w napięciu. Trwa to dość długo. "– Tam nie ma gdzie zawrócić, trzeba ujechać kilka kilometrów do najbliższej stacji benzynowej" – wyjaśnia Strykowski.

Są! Śmiało, bezbłędnie zajeżdżają na plac i kołują, żeby ustawić się przodem do ponownego wyjazdu, obok nas. "– Hamulec OK" – oznajmia Instruktor z szoferki. – Cholera, spory tu ruch na tej drodze, w dodatku wąsko, nie było gdzie zawrócić...". "– To mazurska tranzytówka..." – wyjaśnia gospodarz. "– Fakt. Inaczej byśmy cię [w nocy przeszliśmy byli na ty] nie odkryli..." – dodaję, podając mu rękę, jako znak, że będziemy już ruszać... "– Chwila, a bańka...?" – biegnie w kierunku swojej przyczepki i przynosi mi triumfalnie mój nabytek.

Pani Instruktorowa śpi na ławce w trzecim rzędzie, Mariusz w drugim, chrapie za naszymi plecami, ja obok kierowcy, staram się nawijać, różne historyjki, taka rola pilota... "– Jak było? – zagaduję. "– Balowaliśmy. Ja wieczorem wyhamowałem, ale ona do rana..." – wskazuje kciukiem za siebie. "– Rzadko się widujemy z rodziną, więc wszyscy się teraz zgromadzili, i poszło...!" – śmieje się, zerkając ku mnie. Jedziemy przez jakieś zadupia, strasznie tu wąsko i wyboiście.

Ducato idzie pięknie, ta przyczepa to niemal pullman kolejowy – możesz sobie wyobrazić zaskoczenie i szok, kiedy taki zestaw, przy prędkości niemal setka na godzinę, wyprzedza na wyboistej drodze, pośród pól i łąk, miejscowego chłopka w maluchu, nakrytego kapeluszem tuż nad kierownicą, ze wzrokiem wbitym w jezdnię!!! Co i rusz pękaliśmy ze śmiechu. Wszak to przedpołudnie niedzielne – wyjazdy miejscowych na msze.

Po drodze wpadliśmy na kawę do mojego Taty. Macochy nie było, pojechała odwiedzić chorego brata. Trzyma się Stary Partyzant. Nogi ma czarne po odmrożeniach z czasów wojny, ale nie da się namówić na żadne leczenia, wizyty u lekarzy. "– Moi koledzy z lasu, gdy zaczęli słuchać doktorów, dawno są tam, bez nóg, na górce" – robi ruch ręką w stronę, gdzie znajduje się miejscowy cmentarz. Okłada łydki i stopy kapustą i zsiadłym mlekiem, na stole stoi zawsze butelka z wodą źródlaną z własnej studni... "– Oglądasz czary-mary Kaszpirowskiego...? – domyślam się pewnego razu. "– Mnie pomaga" – odpowiada z przekonaniem. Fakt, Stary Partyzant z Brygady Świętokrzyskiej trzyma się... Uradowany, że zawitałem, wychylił nawet z nami kielicha, z kryształowej karafki napełnionej z kanistra, którą po toaście uzupełniłem mu do pełna na potem.

Wszystko odbywało się w pośpiechu. Państwo Instruktorstwo bardzo chętnie pojechali zawrócić zestaw pod Dębem Bartkiem (bo nie znali tego drzewa!), gdzie znajduje się duży parking, nadający się do wykonania takiego manewru. Praktycznie rzecz biorąc byliśmy dopiero w połowie drogi, jeśli wziąć pod uwagę dojazd aż w góry i stamtąd powrót na Śląsk do domu. Jednym słowem postój w Zagnańsku to taka wizyta-błysk. Najazd i wypad. Chociaż dla mnie, co by nie powiedzieć, była to przerwa sentymentalna... Żal tylko, że nie było czasu zapalić świeczki na grobie Mamy.

Kiedyś Cię tam zawiozę... W każdym bądź razie zapraszam w moje rodzinne strony. Piękne okolice. Porywająca historia Polski.

Twój Salvin"

Ciąg dalszy nastąpi

[By skosztować kawy włoskiej z pierwszej ręki zerknij na Allegro/italiAmo_caffe; po zakupie upomnij się – dorzucam moim Szanownym Klientom/Czytelnikom, z własnych zasobów bibliotecznych, wybraną losowo jakąś książkę gratis.]

Tekst, na prawach pierwodruku prasowego, ukazał się na łamach kanadyjsko-amerykańskiego tygodnika polonijnego "Głos" nr 38/2020 (16-22.09), s.16.

Możliwość nabycia ukończonej powieści w formie książkowej poprzez przedpłaty ratalne – patrz tutaj: https://allegro.pl/oferta/prze...