TEGO NIE ZOBACZYSZ W FILIŻANCE KAWY [13]

[Książka na przedpłaty]
Uprzednio: https://naszeblogi.pl/56916-te...

Część I Do [Część II Tam; Część III Z powrotem]

Rozdz. 13 "Wikiński grot" i popas pod zamtuzem

Zbliżając się do granicy austriackiej miałem zwyczaj popasać jeszcze po stronie czeskiej. Po prostu było taniej i bardziej swojsko. Jeżdżąc często z Polski do Włoch mogłem zaobserwować kierunek, który nazwałem sobie "grotem wikińskim /1", rozumianym jako nordyckie parcie na południe. Wyruszając z domu i przemieszczając się z kraju do kraju widziało się inwestycje drogowe przedgraniczne, a tuż za przejściami wkraczało się w strefy zapuszczonego zadupia. Pribałtyka spoglądała ku Polsce, my ku Czechom i Słowakom, ci ku Austrii, a inni północni sąsiedzi Italii w jej stronę (choćby przykład przebicia kilku tuneli pod Klagenfurtem, mających udrożnić ten szlak europejskiego tranzytu). Pomiędzy granicą czeską a Wiedniem dystans osiemdziesięciu kilometrów całe lata był praktycznie bez ogólnodostępnych ubikacji, gdzie by można było na popas zatrzymać autobus. Jechało się tam przez małe miasteczka z ograniczoną prędkością do czterdziestu kilometrów na godzinę, tym bardziej na dolnych biegach zatruwając mieszkańców, żyjących w niskiej przydrożnej zabudowie, z oknami wprost na jezdnię (cały rok pozakrywanych okiennicami). Koszmar! Myślałem sobie nieraz ze skrywaną satysfakcją, że sycząca trucizną moja rura wydechowa, to współcześnie osobista zemsta zza grobu za niezliczone krzywdy poczynione przez tego zaborcę na naszym narodzie. Wyliczenie było proste, a wynik na naszą korzyść: ilu Austriaków odwiedzało Polskę, a ilu nas korzystało z tranzytu przez ich państwo? W odwecie, jakby czytając w moich myślach, ileż mandatów żeśmy otrzymali od chłopców-radarowców czających się tam za węgłami!

Wikingo, zamiast Salvin, zwracali się nieraz do mnie Włosi, patrząc na moje jasne włosy.
– Dla tych z północnej Afryki to wy jesteście wikingami – odpalałem wówczas, mając na uwadze ów uproszczony tok kojarzenia nacji. Fakt faktem, że "zimne" ludy znad ciężkich do życia, skutych lodem skalistych fiordów, zwłaszcza gdy wskutek miejscowego wyżu demograficznego dochodziło do lokalnego przeludnienia, z biedy parły ku ciepłemu i zasobnemu południowi stając się niebezpiecznymi zbójcami. Były to chłopy na schwał, ekstremalne warunki egzystencji selekcjonowały osobników o słabych genach – ci, co przetrwali, byli ponadprzeciętni. Ślady wędrówek na długich łodziach (i napaści rabusiów od strony wody) historycy odnotowali, a archeolodzy znajdują praktycznie w całej Europie, także dość daleko od osadnictwa spod Bieguna Północnego, bo w basenie Morza Śródziemnego, również u wybrzeży Afryki. Bytność normandzkich przybyszów jest dobrze udokumentowana na Sycylii i w Apulii (Bari), Kampanii (Amalfi, Kapua, Salerno) oraz na Kalabrii. Skandynawscy łupieżcy wielokrotnie plądrowali Pizę. Zdobyli nawet Watykan i zaaresztowali papieża, który uległ ich szantażowi i obdarzył różnymi „beneficjami”.

W polskiej pamięci historycznej są Wojna Trzydziestoletnia, Potop Szwedzki [dziś nie do wyobrażenia (a jednak zmiana klimatu!) – nachodźcy zbrojni po zamarzniętym Bałtyku!], trzy Wojny Północne, potężni szwedzcy królowie-wojownicy Karol X Gustaw i Karol XII, próby usadowienia się protestantów w katolickiej Bawarii – wszystko to można wyczytać z ossuarium – Kaplicy Czaszek w Kudowie-Zdroju. Odnotujmy jeszcze wcale nie tak dawne sięgnięcie po terytorialny kąsek, tym razem za pieniądze: od 1928 roku atrakcyjna klimatycznie, kwiatowa wyspa Mainau na Jeziorze Bodeńskim, przy granicy Szwajcarskiej, przynależna administracyjnie do niemieckiego miasta Konstancja, jest własnością szwedzkiej rodziny królewskiej, na której spotykają się laureaci Nagrody Nobla.

Obecnie myślenie o drożności szlaków komunikacyjnych północ-południe uległo diametralnej zmianie. Ukończono właśnie autostradę A5 od Wiednia do przejścia granicznego w Drasenhofen, czyli praktycznie do Mikulova. Końcówka Bursztynowej Autostrady do Czech, którą rozpocząłem tę podróż po kawę do Włoch, po wielu perypetiach "kurzawkowych" pod pylonami mostów na Śląsku, jest już od paru lat przejezdna i przyrasta – że tak powiem – jak jaszczurka, od głowy do ogona, wychodząc naprzeciw owemu wikińskiemu grotowi. W Polsce przy ścianie wschodniej poważnie zabrano się za Via Carpatia – projektowaną arterię transportu samochodowego od estońskiego Tallina po greckie Saloniki (a może z myślą odwrotną – kto wie..., kto wie...?). "Wszystkich tych zmian na lepsze doświadczyłem osobiście" – skonstatowałem bezwiednie.

[Myśli te krążyły po głowie kierującemu, ponieważ, dostrajając radio poręcznym dżojstikiem pod kierownicą, dochodziły go zdumiewająco jednakowo ZREDAGOWANE komunikaty w kilku językach (po czesku, słowacku, niemiecku, także jako wstawki po angielsku, a w końcu po słoweńsku i chorwacku – oczywiście najpierw po polsku), że Szwecja nie zamierza przestrzegać obostrzeń kwarantanny, a nastawia się na zbiorowe poddanie swojego narodu testowi wzmacniania odporności. Salvin znał Skandynawię, oprowadzał po niej wycieczki, robiąc to hotelbusami, w formie specyficznego trampingu /2.

„Szwedzi odrzucają lockdown, zalecany przez Światową Organizację Zdrowia – uśmiechnął się w duchu, gdy zerknął jeszcze na mem wyśmiewający WHO. – Toż na północ za Bałtykiem izolacjonizm interpersonalny jest tak daleko posunięty, że stał się zjawiskiem kulturowym; tym się właśnie wyróżnia skandynawski sposób bycia, co uwidoczniają zwłaszcza literatura (vide duńsko-norweski Sandemose) i film (Bergman). Nie potrzeba żadnej specustawy o „dystansowaniu się” w kontaktach międzyludzkich, by tamtejsze odludki siedziały na czterech literach w domach, w swoich egzystencjalnych klatkach – bo na co dzień tak się noszą i mają...”.

Wrócił myślami do kawy, po którą jechał... Ci z palarni, jak się dowiadują, że zna Skandynawię, reagują natychmiast pozytywnie – zauważył. Proponują mu intratne pośrednictwo w jej eksporcie na tamten teren. Pobliże Kręgu Polarnego, białe noce, wielomiesięczne ciemności – to tam statystyki odnotowują największe spożycie kawy na głowę, a nie – jak można by sądzić – w Italii. Rozważał ruszyć ten temat poprzez znajomych Polaków, mieszkających na Litwie i w Estonii.

Salvin miał odbiorcę z Finlandii, którego wielki zakład, filia międzynarodowego konsorcjum z Helsinek, usytuowana w Rybniku, kupowała od niego po kilkanaście kilo kawy ziarnistej miesięcznie. Nie był to jednak klient łatwy. Zamawiał warunkowo: „faktura z przedłużonym terminem płatności” (co Salvin traktował jako swoisty szantaż polegający na żądaniu kredytowania przez „małego” – „dużego”), gdyż w praktyce, mimo wpisywanych odległych dat, trzeba było się stale upominać o zapłatę. Ale co miał robić...? – w końcu jakoś pieniądze pojawiały się na koncie jego firmy.]

Obecnie trwa wielka migracja na północ... Lepsze drogi kierowane ku niej. W Norwegii, w celu eksploatacji złóż potrzebnych dla przemysłu zbrojeniowego, rozpoczął ich budowę Hitler, wykorzystując jeńców wojennych z Jugosławii. Znam je z autopsji. Współcześnie dodano tam tylko wygodne motele. Zresztą ekskluzywne stacje benzynowe spotyka się dziś na każdym kroku. Czasy "panowie na lewo!, panie na prawo!" (ze względów bezpieczeństwa, żeby na szpilkach nie przebiegać przez jezdnię) dawno Europa, w tym Środkowa, ma już za sobą.

Chociaż ja wolę nadal parkingi piknikowe i zajazdy mniejsze. Przed Mikulowem, kawałek za sztucznym jeziorem, miałem zwyczaj zajeżdżać na niewielką stację benzynową ze stolikami na świeżym powietrzu i toaletą dostępną na zewnątrz. Obiekt z dwupasmówki jest słabo widoczny, mieści się na uboczu, odkryłem go przypadkowo przed laty. Nie było to miejsce zbyt komfortowe (mydło wisiało nad umywalkami w siateczkowych woreczkach po warzywach) a papier toaletowy bywał rzadko uzupełniany... – niemniej było przytulnie, obsługa zawsze uśmiechnięta a paliwo tańsze.

Dojeżdżało się przez groblę przeciętą przepustem, przez który, jak zauważyłem podczas ostatniej podróży w styczniu, z uwagi na remont śluzy, przerzucono prowizoryczny kratownicowy most dwuśladowy, dość karkołomny, "garbaty" jak jakiś odcinek roller coastera – zwłaszcza z przyczepą trzeba było uważać, żeby przy jego pokonywaniu czymś z podwozia nie przyhaczyć o huśtające się blachy. Tym razem spostrzegłem, że przed akwenem zrobiono objazd – wąska podziurawiona asfaltówka powiodła mnie przez okoliczne wioski, i byłem rozczarowany, gdy po dość długim okrążaniu rozległego zalewu znalazłem się nagle na skrzyżowaniu już na rogatkach miasta.

Pierwsze co, to rzuciły mi się w oczy prowizoryczne napisy kierujące pojazdy ku ostatniej stacji benzynowej przed granicą z Austrią – do miejsca dotychczas najdroższego, które omijałem konsekwentnie tankując zawsze wcześniej ze względów oszczędnościowych. Cóż było teraz robić...? Wracać? Dokąd?

Zajeżdżam więc pod ten obiekt na krańcu Czech, a tu pustki, nikogusieńko, a cena paliwa niziutka... A to ci surpryza!
Staję przy dystrybutorze i udaję się do wnętrza w maseczce, pokazując paniom za ladą, że chcę najpierw skorzystać z toalety. Pamiętam przy tym cały czas, że muszę sprawdzić kartę kredytową, czy mi ją skutecznie ślubna odblokowała... Ta wiedza jest mi potrzebna do dalszej podróży, bo tutaj powinienem się przede wszystkim pozbyć nadmiaru koron, płacąc nimi po zatankowaniu.

W tej sytuacji postanawiam najpierw zakupić kartą kilka batoników marki Deli, które od dawna bardzo lubi Moja Laurka, a teraz – po mamie – przepadają za nimi także Asiu i Popo. Plastik chodzi, kamień z serca, więc idę tankować "diesel roślinny" (dużo tańszy!) już teraz rozluźniony. Spoglądam na stan podlicznika, przeliczam spalanie na kilometry, i zeruję go. Dotąd, po płaskim, wyszło niecałe dziewięć litrów na sto. Ciekaw jestem jakie scudo będzie miało osiągnięcie po przejechaniu Alp...?

Zajazd jest nastawiony na klientelę restauracyjną – żadnego zakątka przygotowanego pod konsumpcję we własnym zakresie! Kawy z zasady w Czechach nie pijam – serwują cheminizowaną instant, po której mam straszliwą zgagę i złe samopoczucie, zapewne wskutek podrażnionej nią trzustki. Kawa zaparzana to tylko wypłukanie potrzebnej nam dla zdrowia, pobudzającej kofeiny (bez fusów), a rozpuszczalna – to ponadto dawka proszku, który musi zostać przefiltrowany przez najdelikatniejsze "bibułki" w naszym organizmie – bo przecież pył zalany wodą nie zniknie samoistnie, bez przetrawienia (ciężkiego!) we wnętrzu człowieka.

Za ropę płacę więc gotówką, co wzbudza zdziwienie obsługi, ponieważ przed chwilą korzystałem z karty. – Weryfikowałem nowy kod – wyjaśniam, specjalnie używając "międzynarodowych" słów, chociaż ekspedientki pojęły zapewne o co mi chodzi dopiero gdy wskazałem na plastik w portfelu, do którego wkładałem resztę z pliku czeskich banknotów. Odjeżdżam spod dystrybutora z zamiarem zatrzymania się na małą przerwę za budynkiem – czuję już ssanie żołądka i pragnienie domagające się natychmiastowego ugaszenia; objazd opłotkami przez kręte, wąskie drożyny dał mi się wyraźnie we znaki.

Teren z tyłu "benzinki" okazuje się rozległy i zupełnie opustoszały. Rozpoznaję przyległy szklany okrąglak, który obserwowałem przez lata, bo stoi przy wlocie na granicę; zawsze tętniący życiem (sądząc po ilości dobrych aut przed nim), obecnie został otoczony czerwono-żółtą taśmą. Obiekt ten przykuwał uwagę pulsującym dwadzieścia cztery godziny na dobę neonem na kopule dachu – kręcącym się czerwonym napisem "Damen O!" – teraz wyłączonym.

Wysyłam esemesa do Mojej Laurki, że karta działa. I biorę się za jedzenie i picie, rozkładając prowiant, jak ostatnio, na nadkolu przyczepy znów służącym za podręczny stolik. Potem robię kilka selfie mocując telefon na długim teleskopowym wysięgniku ze spustem migawki pod palcem przy rękojeści (to urządzonko Asiu, dane mi w tym celu na drogę). Ręka mi drży, autoportrety wychodzą rozmazane lub źle skadrowane, więc powtarzam ujęcia – w ogóle gębę mam za każdym razem, jakbym się przeglądał w zwierciadłach z krzywych luster. Przypominam sobie jednak o maseczce i po zakryciu nią twarzy teraz cyfrowa autogaleria wygląda już całkiem znośnie. W dodatku wymyśliłem sobie – co zwiększyło trudność fotografowanej ekspozycji – że ma być widać za moimi plecami oba pojazdy na tle wyludnionego zamtuza.

Ujęcia w szoferce też nie są łatwe. Daję jasieczek, przewidziany przez chłopców, bym na nim odpoczywał, z tyłu pod głowę, ale tak, żeby kawałek znaku graficznego, owego lewka, z boku było widać. Wyciągam aparat na wskaźniku jak najdalej pod przednią szybę, kontroluję kadr, zamykam oczy, że niby śpię, i cykam. Zmieniam pozycję tułowia i grymasy wielokrotnie. Za którymś razem, gimnastykując się z brzuchem pod kierownicą niby jakiś masochistyczny pokurcz, mam wreszcie to, o co mi chodzi. Ujęcie odpoczywającego taty w kabinie kierowcy podczas dalekiej podróży. Ma to być dowód dla Asiu i Popo, że śpię na ich podarunku.

Wybrane fotki rozsyłam do kilku osób WhatsAppem.
Żona odpisuje, że "chłopcy są zachwyceni, ale teraz nie chcą Cię budzić. Zadzwonią później". I że całe szczęście z tą Visą, że "poszła"...
Koleżanka-psycholog, że zamknięcie burdelu spowodowało zapewne frustrację mężów, co odbiło się na żonach.
Kolega-slawista, z racji tego, że dowiedział się, iż przebywam w Czechach, szybko wysłał mi mini-słowniczek, który pozwolę sobie przytoczyć, przestawiając kolejność linijek /3, bo to jajcarz, który umyślnie pomieszał translacje prawdziwe ze zmyślonymi:
"Po polsku / po czesku:
Być albo nie być, oto jest pytanie – Bytka abo ne bytka, to je zapytka
dziewczyna – divka
mam pomysł – mám napád
Nazywam się Batman – Ja sem Netoperek
zepsuty – poruhaný
świeży – čerstvý
stonka ziemniaczana – mandelinka bramborowa
gwiazdozbiór – hvezdokupa

narzeczony / narzeczona – produpnik / produpnica
biegunka – sralinkowa ganiačka
parasolka – šmatička na patičku
wiewiórka – drewni kocur"

Oczywiście cztery ostatnie, oddzielone linijki, to wpuszczanie mnie w maliny. A rzekoma hamletowska 'bytka' to nic innego jak 'mieszkanie' – kwestia którego często stoi pod znakiem zapytania – u młodych, gdy o nim marzą, lub u mężczyzn, po kłótniach małżeńskich, kiedy najchętniej przeprowadziliby się – nomen omen – do Domu Uciech. Gdzie, jak coraz częściej się o tym dowiadujemy, spotykają się pedofile, którym tam stręczone są małolaty (to a propos tego słowa divka, które znaczy 'dziewczynka', czyli w tym wywodzie byłoby po naszemu "galerianka").

PRZYPISY:
1/ Bo wikingowie byli świetnymi łucznikami – przyp. aut.
2/ Będzie o tym osobno w innym rozdziale nieco dalej – przyp. aut.
3/ Wtedy nie miałem czasu weryfikować, przy pomocy tłumacza z internetu, co jest prawdą, a co zmyśleniem; zrobiłem to dopiero po powrocie do kraju, na potrzeby tej relacji – przyp. aut.

Ciąg dalszy nastąpi

[By skosztować kawy włoskiej z pierwszej ręki zerknij na Allegro/italiAmo_caffe; po zakupie upomnij się – dorzucam moim Szanownym Klientom/Czytelnikom, z własnych zasobów bibliotecznych, wybraną losowo jakąś książkę gratis.]

Tekst, na prawach pierwodruku prasowego, ukazał się na łamach kanadyjsko-amerykańskiego tygodnika polonijnego "Głos" nr 37/2020 (09-15.09), s.16-17.

Możliwość nabycia ukończonej powieści w formie książkowej poprzez przedpłaty ratalne – patrz tutaj: https://allegro.pl/oferta/prze...