TEGO NIE ZOBACZYSZ W FILIŻANCE KAWY [12]

[książka na przedpłaty]

Uprzednio: https://naszeblogi.pl/56834-te...

Część I Do [Część II Tam; Część III Z powrotem]

Rozdz. 12  Mariusz

[Ta trójka musiała – chcąc nie chcąc – współistnieć, chociaż relacje pomiędzy nimi podlegały różnym napięciom. Salvin był zwornikiem, który "brał na klatę" rozmaite rozbieżności interesów iskrzące u pozostałych. W zasadzie problemem było przekonywanie Laury, która kierowała się kobiecą intuicją, w oparciu o podszepty podświadome, bardzo trudne do przeciwargumentowania...
– Jesteś do niego uprzedzona – bronił Mariusza.
– Ja tam swoje wiem... – odpowiadała.

Robili razem trzy różne kursy w sąsiednim mieście, bo tam po znajomościach zaczynał Salvin i miał już przetarte ścieżki, więc potem pociągnął ich za sobą. Wstawali wcześnie, by dojechać jego autem na siódmą rano. Salvin uzyskał tam "papier" na prowadzenie autobusu. Teraz "dorabiał" uprawnienie prowadzenia za autokarem dużej przyczepy, i na to samo namówił Mariusza, żeby mógł na zwykłe prawo jazdy ciągnąć za osobówką pojazd powyżej 750 kg. Ten dodatkowy patent zafundował mu jako pracodawca. Laura miała w tym czasie zrobić podstawowy kurs na prawo jazdy, chociaż auta nie posiadała, ale współpracując z Salvinem w turystyce, w tym zakresie miała u niego pole do popisu.

Był to bowiem czas tużpomilenijny, który po hucznych obchodach i doraźnych rozwiązaniach związanych z "udrażnianiem" nadmiernej frekwencji, skutkował pozostałościami w formie licznych restrykcji oraz ograniczeń w turystyce (zazwyczaj durnie administracyjnych, choć czasami z myślą, niekoniecznie rozsądną /1, mającą na uwadze rentowność poniesionych wcześniej nakładów). Autokarom stworzono mnóstwo obostrzeń, w wielu atrakcyjnych miastach wprowadzono opłaty rogatkowe (na wlotówkach budki checkpointów wyrastały jak grzyby po deszczu), stawiano zakazy wjazdów do centrów, wydzielano strefy ich poruszania się, wyznaczano podmiejskie parkingi, skąd dalej zwiedzający mieli korzystać z transportu publicznego. Podjechanie 96-osobowym piętrusem pod Rzym czy Florencję, a potem poruszanie się z taką "hałastrą" metrem lub innymi środkami komunikacji miejskiej (zazwyczaj z przesiadkami), żeby kogoś "bezjęzykowego" nie zgubić po drodze do zabytkowych obiektów, stawało się dla pilotów wycieczek wyzwaniem i w praktyce mocno odczuwalnym kłopotem.

W tej sytuacji Salvin przerzucił się na dwa minibusy – poruszające się po miastach bez takich problemów, wożące grupę 16-osobową, łatwiejszą do ogarnięcia. Używał do tego celu komfortowych samochodów – fiata ducato panoramę i przedłużonego renaulta trafica, które obsługiwali z Mariuszem. Były do dyspozycji ponadto także 9-osobowe toyota hiace (ciasna) oraz leciwy ford transit, do których, gdy zachodziła potrzeba, kontraktowano dorywczo kierowców. Salvin pomagał sobie jeszcze swoimi dwoma samochodami używanymi z Mariuszem prywatnie, ogromniastym mercedesem kombi, dieslem o pojemności 3 litry, oraz mitsubishi space wagonem – oba były zarejestrowane jako 7-osobowe, bo miały dwa dodatkowe fotele podnoszone z podłogi w bagażniku. Te auta służyły do podwożenia indywidualnych klientów na lotniska lub do świadczenia usług nieturystycznych (wystawy obrazów, wernisaże, wesela etc). Każde auto z taboru Salvina miało hak i często większe bagaże wożono na przyczepkach. Przy tak pomyślanym parku samochodowym Mariusz i Laura mieli co robić – odpowiednie patenty do prowadzenia pojazdów były jednak konieczne.

– Wcześniej czy później (a raczej wcześniej) skończy się to twoje zauroczenie młodą laską... Na bank zajdzie nagle w ciążę i tyle z tych amorów będzie... Same kłopoty! – gdy byli sam na sam "filozoficznie" konstatował Mariusz. – Ja się tego wystrzegam jak ognia, żeby w nim nie spłonąć. Jak tylko widzę u baby początek stanu zakochiwania się, zmieniam "spadochrony" na inną właścicielkę stanika – zaśmiał się, zerkając przy tym na reakcję Salvina.
– To dziwkarz! – waliła prosto z mostu Laura. – Nie widzisz tego?! Nie przeszkadza ci to? Nie mierzi? Chociaż o ujawnianych składnikach credo życiowego Mariusza, Salvin jej, rzecz jasna, nie opowiadał.

Salvin w duchu przyznawał jej rację, ale przecież nie mógł – ot tak, na czyjś gwizdek – pozbyć się przydatnego pracownika. Mariusz był wojskowym emerytem, mężczyzną w sile wieku, przed pięćdziesiątką, lubił sztukę, malował amatorsko, i przy tym – a to było najważniejsze – niezwykle zmyślnym majsterkowiczem, tak zwaną złotą rączką. To wszystko skłoniło ich do ścisłej współpracy – Salvin budował wtedy domek w górach z myślą o plenerach plastycznych, a Mariusz szukał zahaczenia się gdzieś poza domem (rozwodził się) i bliższych kontaktów z artystami. Zatrudniając takiego pracownika Salvinowi odpadały ZUS-y, a wszelkie naprawy czy udoskonalenia mógł przeprowadzać we własnym zakresie.

Mariusz, młodszy oficer marynarki w stanie spoczynku, znał się też na szkutnictwie; jego pasją były jachty – nie tylko pływanie po morzach i jeziorach, ale także ich budowanie. Sklejka, żywice epoksydowe – z nich wyczarowywał cuda. Pracę przy urządzaniu wnętrza domku w górach rozpoczął od wykonania łukowatej poręczy do schodów. – Tak się robi rumple /2 – oznajmił Salvinowi. Przywlókł z lasu prostego klona, pociął pień wzdłuż na cienkie deseczki, przesmarował je wikolem i poskładał owe listwy według oflisów z powrotem, wyginając całość krok po kroku pod wymaganym kątem pomiędzy trzema palikami wbitymi podług wierzchołków trójkąta nierównoramiennego w odpowiednich odstępach w ziemię. Gdy tak uformowany krzywy drąg wysechł, obrobił go stolarsko i zamontował jako godny podziwu unikat z boku kręconych schodów nad nieregularnymi stopnicami, które według szablonów powycinał z grubej sklejki. Gdy Salvin przyjechał na weekend w góry, nie wierzył własnym oczom, że tak może wyglądać wejście na antresolę!

Co roku zabierał szefa na swą wypieszczoną łódź, przycumowaną w Giżycku – zawsze w sierpniu, kiedy szczyt turystycznego sezonu wysokimi cenami odstręczał Polaków od wyjazdów zagranicznych i było dla pilotów wycieczek trochę oddechu w branży.]

Tłumaczyłem jej, że Mariusz, jak każdy przysłowiowy marynarz, korzystający od czasu do czasu z wyjścia na ląd, naturalnie wciągany jest przez towarzyszy do korzystania z uciech portowych i niepostrzeżenie staje się cynicznym babiarzem. Nie może więc jego nawyków, cech charakteru i potrzeb przenosić na mnie...
– Powiedziałeś, że jedni wciągają drugich – a ty też masz n i e z ł ą przeszłość (nie zaprzeczaj!). Pilot wycieczek, marynarz... – co za różnica...?!

"Jak on to robi?" – zastanawiałem się nieraz. Facecik metr pięćdziesiąt w kapeluszu! Wyjmował laski pstrykając palcem. Ot, wspomniana Iwona... Wszedł ze mną do biura geodezyjnego, gdzie miałem pozyskać informację o mapce potrzebnej przy stawianiu ogrodzenia, i nim się dopytałem co i jak, nawiązał kontakt wzrokowy z panią, z którą rozmawiałem. Zza moich pleców – ponoć – spojrzał jej głęboko w oczy, tak mocno, natarczywie i zachęcająco, że od razu rozpoznał, iż zaiskrzyło.

Cholera! Bo tak w istocie było! Wychodzimy z budynku ratusza, a on: "– Czekaj, czekaj! Muszę wrócić... Widziałeś spojrzenie tej czarnej, z którą gadałeś? Co za piękność! Będzie moja...". I pobiegł. "Żadnej miss, nawet powiatu, tam nie spostrzegłem, cóż, człowiek zauroczony Moją Laurką zrobił się ślepy albo odporny na powaby innych kobiet...". Zaledwie to skonstatowałem, a ten już wraca rozradowany i oznajmia, że umówił się u nas na wieczór, robimy przyjęcie... "– Iwona ma na imię, mam po nią przyjechać o dziewiętnastej. Rozpalimy grilla."

Na Mazurach sprowadzał sobie stale dziewczyny na jacht. Zawijał do większych portów, gdzie wiedział, że urzędują tam panienki. Gdy czasem prowadził auto, a ja siedziałem na fotelu pasażera, zatrzymywał się przy "radosnych grzybiarkach" (bo machały na nasz widok) i dopytywał się – via moja głowa, będąca bliżej prawego pobocza – ile biorą? Wchodził w cennikowe szczegóły – zazwyczaj były to cudzoziemki, więc musiał pomagać sobie ruskim i mimiką, tworząc sytuacje, w których, to było widać, miał już doświadczenie. Wyraźnie bawił się przy tym moim zażenowaniem, bo zawsze miał na końcu powalające mnie uzgodnienie: "– A za tę kwotę moglibyśmy...?" – i tu dwoma palcami wskazywał na mnie. – Jedźże już!!! – warczałem wtedy, paląc się ze wstydu.

Moja Laurka tkwiła stale przy swoim. Ślepa przecież nie była. Mój kompan miał jawne i słabo skrywane romanse z wieloma mężatkami z naszego otoczenia, które podrywał na wycieczkach czy plenerach. Kiedyś, w noc sylwestrową w Zakopanem, nakryła go w pozycji tandemicznej w sanitariatach w zaułku prysznicowym, gdy tymczasem mąż owej „kolarki”, artysta plastyk, kimał sobie w najlepsze, pijany z głową na stole pomiędzy półmiskami.

Mariusz, jak już zostało powiedziane, był niewielkiego wzrostu, ale nie miał kompleksów. "Głowy układają się obok siebie na poduszkach" było jego ulubionym powiedzonkiem. Widocznie miał w sobie to coś, co uwodziło c h ę t n e kobiety. Jego gęste, czarne włosy robiły z niego filmowego amanta, przykuwały uwagę paroma pasemkami popielatej siwizny przy skroniach, zwłaszcza że zarost miał mocny, w którym najlepiej się prezentował po dwóch dniach niegolenia się. Wtedy sam czuł się, jako podrywacz, pewniej. "Kurdupel, ale jakby samiec alfa" – oceniałem go w takich chwilach.

Dłubał coś przy łódce lub przyczepie kempingowej, ale zawsze potrafił spojrzeć spod okularów na przechodzące w pobliżu niewiasty na kei lub za płotem. "– Widziałeś?" – oprawki przy pracy miał na gumce, podnosił szkła do góry i osadzał na bujnej czuprynie.
– Co? Kogo?
– No tę sąsiadkę... Ale d...! Natychmiast zakręciła pośladkami, gdy zauważyła, że podniosłem na nią wzrok...
– Daj spokój... – zazwyczaj kwitowałem tego rodzaju sygnały, mające w jego mniemaniu inicjować "polowania" (lub przypominać światu, że żołnierz jest w gotowości).

– Mariusz, jak ty to robisz? – zagadnąłem go któregoś razu, gdy popijaliśmy sam na sam i byliśmy na tyle rozluźnieni, żeby śmielej poświntuszyć.
– Co? – nie udawał zdziwienia, bo faktycznie nie domyślał się o co mi dokładnie chodzi.
– No te baby... Że tak szybko ci ulegają...?
– Wiesz... – najpierw się zamyślił, a potem wyjaśnił ze śmiechem: – Każda po prostu z góry czuje, że potrafiłbym jej zrobić sajgon w... – tu zakończył wprawdzie dosadnie, po żołniersku, słowem na literę „c”, ale w formie zmiękczonej pierwszego stopnia, zapewne wbitej w pamięć z okresu sztubackiego, z zestawu określeń na narząd żeński spotykanych raczej wśród dziatwy szkolnej.
– Sajgon?! – powtórzyłem, zaskoczony użyciem tej wojennej konotacji. – A skąd to mogą wiedzieć?
– Wiedzą, wiedzą... Feromony to bardzo dobry sygnalizator.

Przy ognisku lub grillu – w nowym towarzystwie kobiet – zaczynał sprośne kawały od sprawdzonego, jako swój znak wywoławczo-rozpoznawczy:
"Koleżanka do koleżanki:
– O, jakie fajowe buty! Ile dałaś?
– Dwa razy."
Gdy słuchacze wybuchali śmiechem, w jego oczach, lustrujących reakcję pań, wprawny obserwator z boku mógł spostrzec, na tle kamiennej twarzy, błyski samozadowolenia. Moja Laurka spoglądała wtedy w moją stronę wymownie: "Co za satyr! Lowelas od siedmiu boleści!" – czytałem w jej myślach.

Przypisy:
1/ Wstępy do wielu zabytkowych świątyń zaczęto biletować, czego zazwyczaj dawniej się nie spotykało. W Wenecji w kościele św. Zachariasza, gdzie wcześniej były wolne datki do skarbonki, także jako zapłata za palenie świeczek wotywnych (oraz przychody od podświetlania zabytkowych obrazów przez automaty na wrzucane monety), wskutek licznego odtąd wycofywania się spod drzwi grup turystycznych, tak spadły obroty, że się dość szybko z tego pomysłu wycofano – przyp. aut.

2/ Rumpel – w żeglarstwie drążek sterowy, zazwyczaj podgięty, by wystawał ponad rufę dla wygodniejszego manewrowania małą jednostką pływającą – dlatego klejony z listewek – przyp. aut.

Ciąg dalszy nastąpi.

[By skosztować kawy włoskiej z pierwszej ręki zerknij na Allegro/italiAmo_caffe; po zakupie upomnij się – dorzucam moim Szanownym Klientom/Czytelnikom, z własnych zasobów bibliotecznych, wybraną losowo jakąś książkę gratis.]

Tekst, na prawach pierwodruku prasowego, ukazał się na łamach kanadyjsko-amerykańskiego tygodnika polonijnego "Głos" nr 36/2020 (02-08.09), s.17.

Możliwość nabycia ukończonej powieści w formie książkowej poprzez przedpłaty ratalne – patrz tutaj: https://allegro.pl/oferta/prze...