TEGO NIE ZOBACZYSZ... [9] Milord

Uprzednio: https://naszeblogi.pl/56704-te...

Milord

Spektakl nosił tytuł "Beckett" i miał być składanką różnych jednoaktówek tego dramaturga. Nasza miała tytuł "Szachy" i była partią-"grą" pomiędzy dwojgiem staruszków, z których on (czyli ja), były wojskowy, matros-wilk morski, miał zachowywać się przy szachownicy tak jak przez całe dorosłe życie: apodyktycznie i wyniośle; ot, oficer przyzwyczajony do posłuchu podwładnych, który dysponując władzą do wdrażania koszarowego drylu przenosi to na kurę domową, kiedy zawita w progu domu, gdy przypłynie na urlop do macierzystego portu.

Gdy próbowała się coś odezwać podczas tej partii szachów, miałem natychmiast wkraczać i obcesowo przypominać (żonie-Dagmarze), że ma się do mnie zwracać per "Milordzie".
"– Wydaje mi się, że gdybym tutaj przestawiła królówkę, mogłabym cię skutecznie zaszachować...".
– "Milordzie, wydaje mi się..." chciałaś powiedzieć – wkraczałem, żeby żona nie mogła skończyć myśli. "Milordzie", "mój Milordzie", "jako rzecze ci Milord..." – do dziś mi się to tłucze po głowie.

Nie mogłem sobie wyobrazić, w jaki sposób Reżyser w studenckim teatrze zrobi z uroczej Dagmary zahukaną starowinkę...? "– Będziecie wszyscy mieli maski" – rzucił z tajemniczym uśmiechem. Zrozumiałem, że do tej pory zespół ćwiczył role bez nich. Całkiem możliwe... Fakt – Teatr 38 miał przecież renomę awangardowej szpicy.

Przesiadki w Barcelonie nie pamiętam. W drodze do Madrytu znam już tekst i próby przy szachownicy cechują się już jaką taką płynnością. Trzymam się od partnerki z daleka, bo tego wymaga rola, chociaż w przedziale siedzimy naprzeciw siebie i bezwiednie co jakiś czas "spotykamy się" kolanami. "– Beckett jest o braku komunikacji między ludźmi – mówicie po polsku, którego tam nie będą rozumieć... – wszystko będzie dobrze!" – podbudowuje nas Reżyser, gdy się sypiemy. A do mnie dyskretnie na korytarzu: "– Ani mi się waż wystartować do niej przed spektaklem! Popsułbyś wszystko. Niepotrzebne emocje! To jeszcze dziecko, nie widzisz...?" – Coś ty...! – zarzekam się. – W tej konwencji, jak gramy, to przecież niemożliwe. Obracam jego kategoryczną uwagę w żart.

W nocy przybiega któraś z dziewczyn: Dagmara ma wysoką gorączkę. Zbieram się, mogę się przydać jako tłumacz. Rzeczywiście... – ponad czterdzieści stopni. Wygląda źle. Omal leci przez ręce. Meldujemy o tym obsłudze pociągu. Konduktor uważnie przygląda się chorej i znika. Po pewnym czasie wraca i pomagając sobie rwanym francuskim i angielskim wyjaśnia, że „na najbliższej stacji pociąg zatrzyma się, żeby waszą koleżankę zbadał lekarz”.

Dziękujemy, ale w tym momencie rodzi się obawa, że pacjentkę zabierze nam pogotowie. Wtedy katastrofa! "Dagi" płacze. Wkrótce pociąg zaczyna hamować i zatrzymuje się jakby w szczerym polu. Po chwili konduktor prowadzi elegancką panią w białym fartuchu z medycznym kuferkiem w ręku. Lekarka zamyka się z Dagmarą w przedziale, wszyscy, włącznie z obsługą pociągu i paroma ciekawskimi pasażerami, czekamy na werdykt w korytarzu.

Kiedy drzwi się wreszcie otwierają, jest decyzja: "– Pasażerka może kontynuować podróż. Dostała zastrzyk, powinna być szybka poprawa. To tylko przemęczenie, naturalne osłabienie młodego organizmu...". Pani doktor żegna się szybko, bo pociąg już i tak za długo stoi.

Zaprzyjaźniony już z nami na dobre kierownik pociągu, który kończy służbę na dworcu Atocha w Madrycie, oferuje nam pomoc przy krótkim zwiedzaniu pobliskiego kwartału stolicy podczas czekania na pociąg do Lizbony. Naturalnie Dagmara zostaje przy bagażach.

Coimbra, festiwal... Na razie nie ma zgody na udostępnienie nam gmachu teatru. "– Wiemy, pamiętamy, o co prosiliście pisząc do nas, ale to zależy wyłącznie od straży pożarnej" – wyjaśniają organizatorzy konkursu. Chodzi o to, że jednoaktówki mają być grane symultanicznie w różnych częściach obiektu, a publiczność uczestniczyć w spektaklu przemieszczając się do tych miejsc po wyznaczonych traktach. Mamy przez dwie godziny występować na zasadzie "taśm bez końca".

Szef straży pożarnej jest przerażony tą koncepcją reżyserską. "– A niechby coś się, nie daj Boże, wydarzyło!?" – zapewne bije się z myślami. Z drugiej strony jest to festiwal międzynarodowej awangardy scenicznej, który po Rewolucji Goździków ma pokazać na zewnątrz inną, już postkolonialną Portugalię, nowoczesną, otwartą na świat. No i ci eksperymentatorzy Polacy... – wiadomo czołówka dramaturgii: Grotowski, Witkacy, Różewicz, Kantor, Mrożek...

W końcu jest decyzja na tak: strażacy będą baczyć na wszystko wzmocnioną obsadą. "Czekając na Godota" zostanie odegrane pod sceną na kole obrotowym w maszynowni. Nasze "Szachy" prezentujemy pod wąskimi schodkami ewakuacyjnymi. Widzowie pojedynczo schodzą nam niemal znad głów. Stoją wokół szachownicy niby gapie przyglądający się rozgrywce dwojga emerytów spotykanych czasem w miejscach publicznych, na skwerach czy w parkach. Czujemy, że nasze dialogi – białych twarzy – złożone ze słów, których przecież nie rozumieją, robią na nich niesamowite wrażenie.

Tuż przed spektaklem Reżyser rozdał nam mnóstwo kredy, kazał rozpylić ją w dłoniach i pomalować się nawzajem – zrobić sobie białe maski. Ma to być symbol owej "pas de communications", podnoszonej przez krytyków beckettowskiej immanentnej niemożliwości komunikowania się (impossibilité immanente de communiquer) pomiędzy ludźmi.

Festiwalowy werdykt: "Beckett" z Polski najlepszy! Wysyłam depeszę do redakcji. Wieczorem w piwnicznym barze przy piwie, gdy pod pretekstem osiągniętego sukcesu próbuję coraz śmielej dostawiać się do Dagi (jak sobie ją nazwałem), odszukuje mnie sekretarka z biura organizacyjnego imprezy i wręcza telegram: "Zrób kilka korespondencji z Lizbony. Możesz sobie przedłużyć pobyt".

[Co przy okazji ucinało definitywnie tak dobrze rozpoczynające się zaloty i w praktyce znaczyło dla Salvina: "– Adieu Dagi!"]

Ciąg dalszy nastąpi.

[By skosztować kawy włoskiej z pierwszej ręki zerknij na Allegro/italiAmo_caffe; po zakupie upomnij się – dorzucam moim czytelnikom jakąś książkę gratis.]

Tekst, na prawach pierwodruku prasowego, ukazał się na łamach kanadyjsko-amerykańskiego tygodnika polonijnego "Głos" nr 33/2020 (12-18.08) s.17.