TEGO NIE ZOBACZYSZ W FILIŻANCE KAWY [6]

Uprzednio: https://naszeblogi.pl/56567-te...

Pogoń z wizami

[Salvin jadąc stale meandruje. Oczywiście prowadzi bezpiecznie, ale myślami krąży zygzakiem wzdłuż pewnej jasno wytyczonej linii. Wewnętrznej zony. Nie jest to jednak kreska, ale powierzchnia, która oddziela "przed" i "po". Coś jak tafla w basenie, w którym się baraszkuje: raz się zanurza, raz wychyla nad powierzchnię wody.]

To jest czas przed Moją Laurką i z nią.
"Przed" ma kilka okresów "geologicznych" i formacji dających się wyróżnić i zdefiniować poetycko i na osobisty użytek. Zresztą każdy je ma – własną kopalnię z urobkiem i skałą płoną. Są to treści wspomnień. "Milord" dotyczy pierwszego wyjazdu do Paryża.

W PRL-u były okresy poluzowywania obroży totalitarnego systemu – tzw. odwilże i "przymrozki", odkręcanie i przykręcanie śruby. Tak potocznie mówiło się o ręcznym sterowaniu przez władzę wolnością obywatelską. Między innymi poprzez to, że państwo miało klucz do sejfu z paszportami Polaków.

Do studenckiej redakcji w Krakowie dochodzi sygnał, że Teatr 38 ma akredytację dla dziennikarza na festiwal teatralny za granicą. Ale wyjazd jest za dwa dni, czyli do wykorzystania na łapu-capu... Korespondent, jeśli dostanie paszport służbowy i kilka wiz, bo to eskapada przez parę państw na Zachodzie, może jeszcze się załapać.

Traf – akurat jestem pod ręką...
– Bierzesz? – pyta naczelny "Akademika", gdzie pisuję recenzje do działu kultury.
– Wchodzę! Czeka mnie z pewnością przygoda, pierwszy wyjazd poza opłotki zachodzącego słońca. "Stary" bierze za słuchawkę, daje mi gestem znać, bym wyszedł do sekretariatu; kapuję, że zaczyna coś zdawkowo i niejasno, dopóki nie zamknę za sobą drzwi. "Wątpię, żeby mi dali tak od ręki paszport służbowy..." – przeszukuję różne niepraworządne grzeszki z przeszłości, które teraz zapewne, jak kamienie młyńskie u szyi, już wychynęły na powierzchnię mojego "niekrystalicznego" przecież życiorysu, żeby mnie przytopić. A tu zaledwie po chwili drzwi się uchylają i pada: – Możesz iść na komendę do wydziału paszportów.

Dzwonię do teatru, żeby poznać szczegóły. I w tym momencie zaskakujący jeszcze jeden warunek, przemilczany przez szefa. Ten szczęśliwiec musi... – no będzie grał w spektaklu. Bo w ostatniej chwili któremuś aktorowi odmówiono wydania paszportu, ponieważ miał nieuporządkowane sprawy z odbywaniem służby wojskowej, więc wytypowano dziennikarza, bo taki ktoś może szybko dostać paszport służbowy. Reżyser mówi, że pojutrze dopołudnia jest zarezerwowany wagon w pociągu do Paryża dla trupy i scenograficznych gratów.
– Jak będziesz miał paszport w ręce, to dzwoń – kończy w pośpiechu, widać – słyszę to w jego głosie – że jest mocno zaaferowany.

O dziwo, na komendzie milicji dostaję paszport służbowy niemal od ręki. Zdjęcia z automatu, wypełnienie formularza, proszę poczekać pół godziny. Cud-miód. Gierkowa "odwilż" w praktyce! Uradowany zahaczam o teatr, po drodze, na krakowskim Rynku.
– Super. W takim razie weź nasze paszporty, dopiszemy cię na listę, i jedź jutro do Warszawy. Masz załatwić cztery wizy – trzy tranzytowe i jedną pobytową.
– Jakie?
– Niemiecką, francuską i hiszpańską, na przejazd do Portugalii. Tam wszystko jest przygotowane, tylko wklepać pieczątki.

Wieczorem coś mnie tknęło: "– A, spakuję się, bo to różnie może być... Najwyżej ktoś z teatru zabierze mi walizkę z pokoju w akademiku". Uprzedzam o tym portiera.

W Warszawie idzie mi jak z płatka. Zaczynam od ambasady portugalskiej – rzeczywiście o nas wiedzą, festiwal ma rangę międzynarodową, wszystko odbywa się pod względem formalnym na uzgodnieniach wyższego szczebla. Teraz jedynie stemple, podpisy, i już lecę do taksówki. Po południu pozostaje mi tylko ambasada Hiszpanii. Do fajrantu jest jeszcze sporo czasu.

Na Starościńskiej podaję w okienku stosowne pismo przewodnie i torbę z paszportami...
– Proszę przyjść jutro rano, otwieramy o dziewiątej.
– Ale jak to...?! My jutro dopołudnia wyjeżdżamy z Krakowa...
– Pana ambasadora już dziś nie będzie. Musiał wyjść – nagłe sprawy służbowe...
Stoję jak wmurowany... – A może ktoś mógłby zaparafować te wizy w zastępstwie...? To przecież tylko tranzytówki... – próbuję rozpaczliwie...
– Nic nie poradzę. Wizy będą przygotowane na jutro rano – odwraca ode mnie wzrok i patrzy na pulpit, dając mi do zrozumienia, żem już intruzem.

Kombinuję... Do Krakowa na jutrzejszy start już nie dam rady. Jedynie Wrocław... Albo przesunąć wszystko o jeden dzień...? Dzwonię z budki telefonicznej do teatru.
"– Wagon jest zabukowany, zmiana terminu nie wchodzi w rachubę – słyszę. – Sprawdź pociąg do Wrocławia". Na szczęście w kabinie, bo to w pobliżu ambasady, gdzie milicja ma wszystko na oku, wisi na łańcuchu k o m p l e t n a książka telefoniczna. Dzwonię na PKP. Pociągów relacji Warszawa-Wrocław i Kraków-Paryż nie skoreluję. Stołeczny przyjeżdża później... – Może samolot...? – czepiam się tej myśli jak koła ratunkowego.
– Tak, mamy lot popołudniowy, miejsca są... – informuje mnie pani z agencji.
– Jaki jest dokładnie jutrzejszy termin odlotu i przylotu?

Super. Samolot ląduje 40 minut wcześniej. "– Wezmę taksówkę z lotniska i powinienem na stację zdążyć..." Teoria teorią, a życie sobie...Pech nam jeszcze nie odpuści – lubuje się – jak często przecież tego doświadczamy – w sekwencjach. Na tę chwilę, po nocy przewaletowanej u znajomego w akademiku na Kickiego, szczęśliwy opuszczam ambasadę Królestwa Hiszpanii i z pakietem ważnych wiz w ręku (Kraków powiadomiony!), ruszam spokojnie na lotnisko.

I tu się okazuje, że lot się opóźni. Jedyne co mi pozostaje, to gonić taksówką pędzący ku granicy pociąg. Spróbuję dopaść go w Legnicy. Kierowca faktycznie robi co może... "– Pan płaci mandaty?" – upewnia się. Wpadamy na peron, z nadzieją, że pociąg ma opóźnienie. Nic z tego. Nawet ostatniego wagonu już nie widać. Trochę na skróty, bo się przecież strasznie śpieszymy, a przez to chaotycznie, błagalnie proszę zawiadowcę stacji, żeby powiadomił kierownika pociągu do Paryża, że gonię z wizami jadącą w nim grupę teatralną. – PKP ma swoje łącza telefoniczne, bardzo pana proszę... I wybiegając z dyżurki, jakby to miało jakieś znaczenie w tej grzecznościowej sytuacji, dorzucam: – Jestem synem kolejarza!
Cóż, pozostaje nam ostatni przystanek na granicy – Zebrzydowice.

Grupa stoi na peronie, toboły przy wagonie; jest kilka minut po czasie planowanego odjazdu, ale zawiadowca stacji, jakiś autodecyzyjny anioł z niebiańską wyrozumiałością, na szczęście do tej chwili nie podniósł chorągiewki... Było nerwowo, ale jednak poczekano...

– A moja walizka? – pytam z trwogą, gdy pociąg prawie rusza.
– Spokojnie. Jest pod opieką Dagmary – w jej przedziale.

Ciąg dalszy nastąpi.

[By skosztować kawy włoskiej z pierwszej ręki zerknij na Allegro/italiAmo_caffe; po zakupie upomnij się – dorzucam moim czytelnikom jakąś książkę gratis.]

Tekst, na prawach pierwodruku prasowego, ukazał się na łamach kanadyjsko-amerykańskiego tygodnika polonijnego "Głos" nr 30/2020 (22-28.07) s.17.

 

Forum jest miejscem wymiany opinii użytkowników, myśli, informacji, komentarzy, nawiązywania kontaktów i rodzenia się inicjatyw. Dlatego eliminowane będą wszelkie wpisy wielokrotne, zawierające wulgarne słowa i wyrażenia, groźby karalne, obrzucanie się obelgami, obrażanie forumowiczów, członków redakcji i innych osób. Bezwzględnie będziemy zwalczali trollowanie, wszczynanie awantur i prowokowanie. Jeśli czyjaś opinia nie została dopuszczona, to znaczy, że zaliczona została do jednej z wymienionych kategorii. Jednocześnie podkreślamy, iż rozumiemy, że nasze środowisko chce mieć miejsce odreagowywania wielu lat poniżania i ciągłej nagonki na nas przez obóz "miłości", ale nie upoważnia to do stosowania wulgarnego języka. Dopuszczalna jest natomiast nawet najostrzejsza krytyka, ale bez wycieczek osobistych.

Komentarze

Obrazek użytkownika nonparel

22-07-2020 [19:02] - nonparel | Link:

Ech, przypomniały mi się czasy mojej młodości...
Pierwszy mój wyjazd w stronę zachodzącego słońca, do paryżewa
- gdzie pan będzie mieszkał w Paryżu, zapytał celnik na Orly
- Ecole polonaise, odpowiedziałem pewnym tonem
W bursie przy Ecole polonaise miałem zapewnione na gębę waletowanie. Chłopcy dotrzymali słowa. Spałem w jednym łóżku z przyszłym panem rektorem. Strasznie śmierdziały mu nogi ale to nic - bo miał krakowską suchą.

nonparel

Obrazek użytkownika Zygmunt Korus

22-07-2020 [20:35] - Zygmunt Korus | Link:

Zapraszam dalej. Tamten Paryż, a dzisiejdzy, to dwa światy... Bohater powieści żyje pełnią życia we wspomnieniach... Teraz na swojej drodze spotyka ludzi w maskach, co mu mierzą temperaturę... Ukłony.