Wybiórczo-nieobiektywny przegląd wydarzeń krajowo-medialnych

  Tygodniowy miniaudyt zestawu doniesień z naszej krajowej sceny medialnej przynosi nam niemałą ilość atrakcji. „Może to jest dobry moment żeby dowalić LOT-owi” – przypomnienie takiego tam cytaciku z mailowej korespondencji imć Józefa Bąka może nam na dobry początek wiele powiedzieć o tym (poprzez obrazek świetnie ilustrujący jak to premierowski synalek zamierzał wysadzać z siodła jedną z flagowych spółek skarbu państwa) jak prezentuje się mentalność całego środowiska rodzinnego pewnego rudzielca, panującego w nim zbioru zasad oraz wyznawanych priorytetów. A ja, być może w swej bezbrzeżnej naiwności, nadal żywię nadzieję, że takie i podobne wątki afery Amber Gold nie pozostaną finalnie bez reakcji powołanych do tego organów. Tymczasem w obliczu demonstrowanych objawów „szorstkiej przyjaźni” ze strony przejawiającego nieco rewanżystowskie tendencje Scheta, ów ryży sprawca jego zaprzeszłych upokorzeń - powszechnie znany tyleż z przysłowiowej wręcz pracowitości (którą to cechę najlepiej oddaje ksywa „Pasikonik”), co i z dobroci serca, podobnież niezwykle intensywnie łowi ostatnim czasem na swoją - legendarną już ponoć - listę przeróżne sejmowe joanki i inne pozasejmowe jautorytety, aby tylko zapewnić sobie w PE tak upragniony i potrzebny immunitet, co by po powrocie z brukselskiego stolca do Ojczyzny (naszej, choć niekoniecznie jego), już po zakończeniu szampańskiej zabawy w prezydentowanie  jewropą, nie zaznać właśnie czasem nieco twardszego siedziska w postaci nogi od stołka w ramach zaliczenia etapu regularnego pierdla wzorem Staśka G., a miejmy nadzieję, że do tego czasu także i innych prominentnych działaczy łopozycji. Nieporównywalnie bowiem większe widoki posiada on na ewentualne miejsce w Parlamencie Jewropejskim (zawsze się jakaś grupka desperatów z któregoś z naszych etatowych Lemingradów – w pierwszej kolejności do wyboru Gdańsk bądź Warszawa – znajdzie żeby zagłosować na jedynkę na takowej „gwiazdorskiej” liście) niźli te wynikające z - niekoniecznie wprawdzie jeszcze całkowicie porzuconych - rojeń o prezydenturze. Ów klaun Dondinho po prostu wyraźnie się boi, a występujący u niego notorycznie wytrzeszcz oczu staje się jakimś dziwnym trafem coraz wyraźniejszy.
   Tymczasem stanowiący ponoć jeszcze do niedawna nową nadzieję platfusistów frywolny Czaskoś w eksperckim towarzystwie Airbusa Kierwy (ksywa zarówno odgabarytowa jak i - że się tak wyrażę – odkonotacyjna, przyjmijmy jednak może, że wynikająca z tego, iż tak samo zwykł odlatywać), przy którym pomimo mniej więcej równego wzrostu prezentuje się niczym synuś przy tatusiu, z wyraźnym przejęciem w oczach zaapelował do rządu o jasne deklaracje co do tego, czy w związku z planowaną budową CPK nie zostanie aby zlikwidowane lotnisko na Okęciu gdyż - jak się wyraził nasz Złoty Chłopiec Platformy - takie posunięcie mogłoby zaburzyć rozwój stolicy. Pomijając brak w tymże towarzystwie innego pozytywnego transportowego bzika w postaci wspomnianego powyżej Józefa Juniora Bąka, być może czegoś nie zdołałem dosłyszeć, ale zdaje mi się, że przy tej okazji nasz dzielny kandydat-pretendent nie raczył jedynie sprecyzować czy w tym przypadku rozchodziło mu się o rozwój Warszawy czy też jednak Berlina, który w końcu też niewątpliwie do grona stolic miast europejskich jak najbardziej należy. W kolejnym ujęciu wypatrzyłem gdzieś naszego Adonisa występującego dla odmiany pod tęczowym parasolem wraz ze swoim aktualnym narzeczonym, z którym w duecie zdecydowali się jakiś czas temu kandydować-aspirować. W tej sytuacji nie może rzecz jasna zabraknąć pytania o ewentualny trójkąt z Airbusową Kierwą, jednak stopień drastyczności scen z takowego świniobicia zmusza jednak do swego rodzaju odbiegnięcia od tematu. Tak czy inaczej wróbelki ćwierkają, że o kampanię w social mediach miałaby takowemu triumwiratowi zadbać znana powszechnie z błyskotliwej inteligencji Kinia Gajewsko-Płochocko-Bestialskochowanawklatce-Belzebubowa wraz z nieodłącznym narzeczonym. Obu stadłom życzymy wiele szczęścia na nowych życiowych drogach, przypuszczając zarazem, że może być im ono niezwykle potrzebne.
   Spójrzmy zatem jednak jacy to państwo politycy odznaczyli się jeszcze w mijającym tygodniu? Była zgrywająca nadal ciepłą rewolucyjną cioteczkę Basia Nowacka z przekomicznie zmarszczonym tradycyjną troską o najsłabszych czółkiem. Zaprezentował się również z jak najlepszej strony, dokazujący niczym spuszczony z łańcucha sztubak, kandydat Nitras w stanie permanentnego pobudzenia notorycznie pajacujący w Sejmie, który tym razem dla odmiany poczuł się był ponoć mobbingowany przez hippisowsko-marszałkowski duet, pora więc chyba na najnowszą odsłonę krajowej wersji akcji #MeToo. Przypomniał wreszcie o sobie znany trybunalski as przestworzy, który raczył był się wyrazić, iż „ma gdzieś” to co porabia jego następczyni na porzuconym wraz z niebagatelnym ekwiwalentem urlopowym stanowisku, czym dał rzecz jasna przykład wzorcowej wręcz ogłady i nienagannego wychowania przynależnych jedynie najświatlejszym przedstawicielom środowiska akademickiego. Do tego należałoby wspomnieć o niezwykle aktywnym medialnie, a stanowiącym teoretyczną konkurencję dla czaskoskiego duetu-trójkąta, w porywach być może zahaczającego o gangbangowy pięciokąt, rzeczniku #nowegoZSL-u, którego fizjonomia o tyle pasuje do reprezentowanego ugrupowania, że przywołuje na myśl niejakiego Rafalalę faktycznie nieco przerobionego „na chłopa”. Ów pajacyna z nieschodzącym mu z perwersyjnie wykrzywionej facjaty idiotycznym uśmieszkiem, stanowić może prawdziwą nową jakość w łonie tejże partii, która wprawdzie już od dawna miała okazję cieszyć się powszechną opinią takiej, której gremia decyzyjne są w stanie związać się z każdym i o każdej porze, niemniej jednak tak ordynarne, wyciągnięte z medialnego śmietnika wycieruchy, nie były w stanie jak dotąd zasłużyć sobie w jej łonie na należytą promocję.
   Aby zahaczyć o stronę przeciwną należy nadmienić, iż w myśl zasady by ogień ogniem wypalać wybrali się posłowie koalicji rządzącej do urzędów miast, zarządzanych przez takie tuzy samorządności jak jedna panna Hanna patronka kamieniczników czy druga panna Hanna specjalizująca się w poświadczaniu nieprawdy, w celu sprawdzenia jak tam się naszym samorządowym kacykom pracuje (albo pod pozorem wykonywania pracy wojażuje bądź też zwyczajnie byczy, jak to się zresztą okazało - zwykło się nagminnie praktykować w większości sprawdzonych przypadków) oraz zadać kilka niewygodnych pytań dotyczących chociażby przyznawanych premii. Moim skromnym zdaniem przy całej mizerii funkcjonowania przepisów dotyczących dostępu do informacji publicznej, które z dość opłakanym skutkiem próbują od czasu do czasu egzekwować szarzy obywatele, przedstawiciele koalicji rządowej winni cisnąć w tym kierunku, ukazując cały kalizm usiłujących rzekomo rozliczać „pisoski rząd” przedstawicieli totalniackiej targowicy (mała litera nie jest tutaj dziełem przypadku). Przeróżni miejscy i podmiejscy baronowie i baronessy będą się rzecz jasna bronić przed ujawnieniem podstaw, na których ufundowane są ich udzielne księstwa, w czym zyskają bez wątpienia twarde poparcie obawiającej się kolejnej kompromitacji centrali, niemniej jednak takowa, raczej niewiele mająca wspólnego z transparentnością, postawa nieszczególnie musi przy tej okazji znaleźć poklask w szeregach ich własnym wyborców spośród tych niekoniecznie finansowo związanych z rozlicznymi instytucjami samorządowymi. Tak więc totalniacki elektorat może w tejże sprawie ulec w jakimś stopniu podzieleniu, co musi nas nieodmiennie skłaniać ku stwierdzeniu, że PiS po raz kolejny dzieli Polaków.
   W międzyczasie tzw. PPP (Polska Partia Protestująca) po spuszczeniu w kanał kilkutygodniowego epizodu z udziałem osób niepełnosprawnych, którego ostatni akord stanowił „telefon do premiera” wzmocniony mikrofonami trybuny sejmowej, ujawnić zechciała  przed niezbyt licznie tym razem zgromadzoną publicznością, kolejną odsłonę swojej niezwykle owocnej działalności. Dla odmiany padło na wspomniane już „środowisko akademickie” – otóż kilku najbardziej wojowniczo nastawionych wykładowców, którzy jak dotąd najwyraźniej mieli okazję zapisać się w dziejach polskiej nauki swymi osiągnięciami w postaci zbadania wpływu rzuconych jaj kurzych na stan karoserii opancerzonych rządowych limuzyn, postanowiło skrzyknąć kilkunastu, najbardziej otumanionych lumpenliberalnymi wyziewami płynącymi z wykładów rzeczonych „naukowców”, nieszczęsnych studenciaków (którym jak się wydaje musiał się przy tym niebywale spodobać takowy sposób na uniknięcie stresowych sytuacji wynikających ze specyfiki tzw. sesji) i wspólnie postanowili zorganizować sobie mini plażę – a jakże, na balkoniku u rektora uczelni. Są leżaczki, są przeciwsłoneczne okularki, najpewniej znajdą się i drinki z palemkami – tyle, że już raczej po godzinach pracy kamer, co by zbytnio nie rozzłościć zgromadzonego przed telewizorami aktywu robotniczego, jak to się już w przeszłości zdarzało. Całość – jak to zwykle ostatnio bywa – stwarza wrażenie kolejnej groteski na zamówienie genialnych strategów z Czerskiej, stanowiąc także kolejny przyczynek do konstatacji, że w latach 90-tych, na skutek rzecz jasna działań określonych, bezpośrednio zainteresowanych zagadnieniem środowisk, nieodwracalnie przespano moment aby przeprowadzić, połączoną z gruntowną kuracją przeczyszczającą, lustrację środowisk nie tylko stricte politycznych czy prawniczych, ale także tych akademickich. Mniej lub bardziej kompletnie umundurowani koledzy Zygi Baumana wprawdzie już na uniwerkach nie grzeją wygodnych katedr, ale do czasu swojego odejścia na jakże zasłużone emerytury zdążyli zgromadzić wokół siebie i odpowiednio wytresować całe pokolenia, „czystych” już pod kątem ewentualnej współpracy z niesłusznie minionym reżymem, godnych następców, którzy do dzisiaj ślinią się do siebie nawzajem, nie dopuszczając do swego elitarnego grona nikogo spoza z góry określonego, kastowo uformowanego środowiska. Oczywiście dominują tam różne i przeróżne wiceministerialne synalki, które teraz usiłują sprowokować kolejny „oddolny” protest, firmując go swoimi przybyłymi wprost z przeróżnych warszawkówkowo-resortowych „zatok świń”, za to wprost olśniewającymi wypisanymi na nich ideowością w połączeniu z niewinnością, twarzyczkami. Nam pozostaje zatem jedynie pogratulować pomysłu na lansik.
   Ze świata łżemediów zwraca uwagę incydent wydania kolejnego sensacyjnego dziełka, przy okazji którego pewnej niezwykle zadufanej w sobie portalowej Śwince-Balbince, znowu ulało się cokolwiek w temacie ulubionego ex-ministra. Ów nocnikarz (bo trudno jest łonetowy „warsztat” nazywać „dziennikarzeniem”, a o dziennikarstwie z prawdziwego zdarzenia nawet nie ma co wspominać) postanowił pójść tropem autorów powyżej wspomnianej „nieautoryzowanej biografii” z cyklu „koledzy heroiniści plotą co im ślina na zaschnięty język przyniesie”, napisanej zresztą ponoć „w stylu anglosaskim” (cokolwiek to określenie miałoby znaczyć ponad to, że „redaktor” Węglarczyk zechciał się przy tejże okazji pochwalić znajomością jęz. angielskiego, jako wybitnie ekskluzywną w polskim ciemnogrodzkim grajdole – aczkolwiek znając solidność i prawdomówność reprezentowanego przezeń „środowiska dziennikarskiego” nadal pewności mieć nie można, iż takową istotnie posiada czy tylko wzorem Dyzmy znał kiedyś kogoś kto ponoć studiował w tym języku), tym samym wpisując się w wyjątkowo obrzydliwą manierę szczypania kogoś (w tym przypadku mowa o rzeczonym ex-ministrze) w najwrażliwsze (bo dotyczące bynajmniej niezaangażowanej politycznie rodziny) miejsca z jednoczesnym imitowaniem czułego głaskania (jak to niegdyś zwykł czynić pewien znany włoski piłkarz-prowokator o wiele mówiącym nazwisku Gentile). Na tle wspomnianego resortowego prosiaczka wyczyny państwa redaktorstwa z augiaszowej stajni dekanowo-springerowskiego Fuck’tu, jawiących się w swym mniemaniu najpewniej jako oaza wiarygodności oraz najwyższych standardów moralnych (toż - jako rzecze imć „redaktor” Wójcik - przecież prawie tydzień zajęło wrażemu PiSowi odniesienie się do najnowszych - bo raczej nie najświeższych - rewelacji tegoż szmatławca i wyciągnięcie konsekwencji wobec potraktowanego nimi posła) wypadają naprawdę blado.
   Pozostając jeszcze przy świecie „kultury” w ostatnim czasie odznaczył się także niejaki Pawlikowski, w nieco zawoalowanych słowach podrwiwający sobie z obecnej władzy, która przecież „musi” dofinansowywać pseudoartystyczne gnioty autorstwa jego tudzież innych „Małgosiek” bo przecież „jeśli nie my to kto?”. Odpowiem – jeśli nie wy, bando zdegenerowanych, spijających sobie wzajemnie z dzióbków dyletantów z koneksjami, to w kolejce czeka wielu zwykłych, niezdeprawowanych ciągłym ugłaskiwaniem przez towarzystwo wzajemnej adoracji, uzdolnionych Polaków z nieresortowego chowu, którym dotąd nie zdążono wyprać mózgów przeróżnymi systemami przyznawania takich czy innych dotacji czy grantów, których źródła napływania zwykle należałoby szukać poza granicami kraju. Ta głębia lawy, po której spływa cuchnąca koniunkturalizmem, obrzydła skorupa, w której się pławicie, a na której tolerowanie u żłoba wbrew pozorom wcale nie jesteśmy skazani. Zatem ministrze Gliński – może w końcu zabrałby się pan do właściwej pracy? Prawdziwa sztuka tak czy inaczej obroni się sama, niepotrzebne jej są cmoki przeróżnych zblatowanych internacjonalnych gremiów udających, że król nie jest nagi. Przyzwyczailiśmy się na ten przykład do tego, że każdego sezonu Hollywood z przybudówkami masowo wręcz wypuszcza i nagradza kolejne filmy odmieniające przez wszelkie możliwe przypadki tematykę tzw. holocaustu. No i cóż z tego? Czy to znaczy, że i my mamy owczym pędem rok do roku brać udział w tej propagandowej hucpie? Mało mamy własnej martyrologii, mało mamy pięknych kart historii czy też posągowo wręcz heroicznych postaci, których biografie stanowią gotowy scenariusz do zekranizowania? No chyba, że wolimy wyłożyć pieniądze na następny obrazek uczłowieczający na użytek mas jakąś kolejną sędzinę Wolińską. Nagrody na międzynarodowych festiwalach gwarantowane. Ewentualnie można złożyć się na kolejną historyczną wersję „Klanu” w postaci następnej „Korony królów” i takowym zleceniem ukontentować zarówno panią carycę Łepkowską, jak i zasiadającą przed telewizorami ludożerę. A prezes Kurski znów będzie piał z zachwytu nad poziomem oglądalności.
   Z wydarzeń i postaci mijającego tygodnia należałoby może jeszcze nadmienić o zawodzeniach osieroconych już jakiś czas temu przez podstarzałego alimenciarza-harleyowca bojowników o wolność i demokrację, wzywających tym razem z całych sił Europę aby „nie odpuszczała” i odpowiednio ukarała naszą opętaną faszystowskim reżymem Ojczyznę, w czym upodobniło się nieco owo towarzystwo (na wzór egzystującego niegdyś w mrocznych wiekach na nieco podobnych zasadach w łonie - tak znienawidzonego przez zbiorowisko ichnich teraźniejszych odpowiedników - Kościoła) do - przejawiającego być może nieco masochistyczne preferencje - tłumu samobiczowników. Prócz tego - ponownie wracając w przestrzeń medialną - dorzucić warto garść pomniejszych łonetowo-fejkowo-świnkobalbinkowo-odczeluściowych wieści z szerokiego świata, z których dowiadujemy się oto, że zdaniem jakowychś najwyższych trybunałów (choć chwilowo bez zasiadającego w nich wspomnianego asa przestworzy) „współmałżonek to także gej i lesbijka” (jako kolejny porażający bezmiarem skretynienia tzw. elit wykwit unijnych „burz bezmózgów”, pozwolę sobie pozostawić to bez szerszego komentarza) [1], ponadto „anonimowi informatorzy” donoszą, że „wiceminister Jaki stworzył w Opolu układ i w razie wygranej w Warszawie będzie tak samo” (jak więc rozumiem do tej pory w warszawskim ratuszu absolutnie żadne układy nie miały się prawa uchować, do tego stopnia tamtejszych urzędasów trzymała w ryzach żelazną ręką pani phezydent) [2], a na dokładkę pani „ginekolożka”, niejaka Nicole Sochacki-Wójcicka (czyżby w końcu objawiła nam się w kraju nad Wisłą owa od tak dawna już anonsowana tudzież wyczekiwana „trzecia płeć”?) w artykule firmowanym przez panią Annę Rojek-Kiełbasę (to musi być chyba jakaś plaga) namawia do „spania bez majtek” w ramach „cieszącej się” ponoć „coraz większą popularnością” akcji pod kryptonimem „narodowe wietrzenie” [3]. Uff… Linki do tych cudów zostawiam poniżej. Pozwolicie jednak, że „smacznego” jednak nikomu, nawet samemu wymienionemu prosiaczkowi firmującemu swym świnkowo-balbinkowym nazwiskiem owe dziennikarskie arcydzieła, życzył nie będę.

[1] https://kobieta.onet.pl/wiadom...
[2] https://wiadomosci.onet.pl/tyl...
[3] https://kobieta.onet.pl/zdrowi...

 

Forum jest miejscem wymiany opinii użytkowników, myśli, informacji, komentarzy, nawiązywania kontaktów i rodzenia się inicjatyw. Dlatego eliminowane będą wszelkie wpisy wielokrotne, zawierające wulgarne słowa i wyrażenia, groźby karalne, obrzucanie się obelgami, obrażanie forumowiczów, członków redakcji i innych osób. Bezwzględnie będziemy zwalczali trollowanie, wszczynanie awantur i prowokowanie. Jeśli czyjaś opinia nie została dopuszczona, to znaczy, że zaliczona została do jednej z wymienionych kategorii. Jednocześnie podkreślamy, iż rozumiemy, że nasze środowisko chce mieć miejsce odreagowywania wielu lat poniżania i ciągłej nagonki na nas przez obóz "miłości", ale nie upoważnia to do stosowania wulgarnego języka. Dopuszczalna jest natomiast nawet najostrzejsza krytyka, ale bez wycieczek osobistych.

Komentarze

Obrazek użytkownika gorylisko

10-06-2018 [12:12] - gorylisko | Link:

a ponadto uważam, że misiło powinien przestać pitolić od rzeczy...albo może zmienić fryzurkę... ;-) panie kolega fajne ale trochę tego za dużo na raz i za trudne te "żaluzje"

Obrazek użytkownika Teutonick

10-06-2018 [21:25] - Teutonick | Link:

Żeby nie było, uprzedzałem w tytule, że będzie groch z kapustą;) Pozdrawiam

Obrazek użytkownika xena2012

10-06-2018 [12:56] - xena2012 | Link:

Że wybiórczo- nieobiektywne da sie wytrzymać tylko dlaczego te zdania takie długaśne?

Obrazek użytkownika Teutonick

10-06-2018 [15:31] - Teutonick | Link:

A to już taka prywatno-świecka tradycja:) Że się tak wyrażę, był czas przywyknąć;) Pozdrawiam serdecznie