Scenka z jałmużną

Miał to być krótki komentarz pod tekstem pana Tadeusza Hatalskiego http://naszeblogi.pl/50630-bez...
Ale wyszło coś dłuższego, więc może jako osobna notka zainteresuje szersze grono – bo jak widać wielu z nas ma rozterki moralne, gdy ktoś wyciąga do nas rękę po prośbie na ulicy... Dawać, nie dawać...? Przecież jest od tego instytucja opieki społecznej, by nagabywanych dobroczyńców wyręczać – przychodzi nam zazwyczaj na myśl. Mimo wszystko zapytajmy samych siebie, czy jesteśmy sociusami?

W niedzielę na tarasie kawiarni pośród blokowiska piłem z kolegą kawę i dłuższą chwilę kątem oka obserwowałem młodego człowieka, jak podchodził do osób idących na mszę, prosząc o jałmużnę. Bez skutku – ludzie widać mieli odłożone konkretne "drobne" na tacę. Po pewnym czasie rzuciła mi się w oczy coraz większa, niemal rozpaczliwa determinacja tego mężczyzny.
Wtedy podeszła do nas kelnerka i zamówiliśmy jeszcze po ciastku. Gawędziliśmy dalej, bardziej już skupieni na sobie.
Niespodziewanie zauważyłem żebrzącego na terenie lokalu, potem znalazł się obok na tarasie, ale wszyscy go zbywali. "Młody, teraz brakuje rąk do pracy, wziąłby się do roboty..." – pomyślałem, że pewnie wszyscy go tak oceniają.
Przyszedł mi na myśl wiersz Bursy o sympatii do żebraka, który musi być dobrym aktorem i włożyć w swoją profesję mnóstwo sztuki i wysiłku, żeby zarobić na przeżycie. W przeciwieństwie do naturszczyków – hipokrytów (przypomnę, że w "Obronie żebractwa" jest ich cała wyliczanka).
Jak można było się spodziewać proszący o wsparcie młodzian wkrótce stanął przede mną. Wyglądał nieźle, schludnie, obuty w normalne trampki, jakie noszą zwyczajni przechodnie. Dziś po ubiorze trudno kogoś osądzać, bo ciucholandy i rozdawnictwo odzienia podniosło standardy dołów społecznych do – że się tak górnolotnie wyrażę – niebiańskiego poziomu. "Nurków kubłowych" w oddali od śmietników można rozpoznać jedynie po ich atrybutach – pchanych starych wózkach dziecięcych.
Bezbłędnym jednak wyróżnikiem wszelkich biedaków jest niedomycie, brak higieny przebijający się przez skórę, którą oko postronnego jest w stanie dostrzec przecież na ich twarzy lub rękach.
Spojrzałem mu w oczy: miał oblicze jakoś boleśnie zawstydzone... "– Dałby Pan coś, bo nic od rana nie jadłem..." – wybąkał w sposób wyraźnie zmieszany. – Nie mam gotówki, tu się płaci kartą – odprawiłem go. Skurczył się w ramionach i ruszył powoli ku schodkom, by opuścić to nieprzychylne mu miejsce.
Nieoczekiwanie zrobiło mi się go żal: piękny, radosny poranek, rozświetlony wiosenny krajobraz, przy nowoczesnych, w miarę przecież komfortowych blokach stary neogotycki kościół, bez "średniowiecznych" dziadów pod murem, w harmonii duchowej potrzebnej nam, mieszkańcom tego osiedla do pełni człowieczego życia; wszędzie wypasione bryki na parkingach, a na stolikach wokół normalnie, napiszmy to fonetycznie, z tzw. akaniem -  skolka ugodna – słowem dobrobyt rzucający się w oczy, i tu ten chłopak w wieku chrystusowym wyznający mi nieśmiało, że jest głodny. Głupia sytuacja.
Tym bardziej, przypomniałem sobie, że miałem gdzieś na dnie kieszeni zaskórniaka, monetę pięciozłotową. Tak poza wszystkim, Bogiem a prawdą, to mógłbym przecież mu fundnąć tutaj śniadanie i zapłacić kartą" – ze wstydem zrozumiałem, w jak prymitywny sposób się wyłgałem. Spojrzałem na towarzysza. "– Na pewno pomyślał o tym samym..." – ale jego mina była nieprzenikniona.
– Kolego! – zawołałem za odchodzącym. Zawrócił, wyprostował się i szybko podszedł do mnie z powrotem: – A gdzie dziś kupisz coś do jedzenia, skoro mamy niedzielę bez handlu? – zapytałem podchwytliwie, żeby się upewnić, że nie daję mojej monety na przykład na narkotyki, bo raczej nie miałem tutaj do czynienia z alkoholikiem.
"– Tam w bloku, za rogiem, jest otwarty prywatny spożywczy..." – głos brzmiał pewnie, zdecydowanie.
Młodzian podziękował, ukłonił się bezwiednie i ruszył pośpiesznie w kierunku sklepu, o którym wspomniał, znikając mi (zapewne wielu z nas tam wówczas) z oczu.

Pan Hatalski opisał swoje rozterki moralne w kontakcie z bezdomnymi na Dworcu Centralnym w stolicy. W mojej pamięci utkwiło mi nieprzyjemne psychologiczne doświadczenie z Kanady. W Vancouver tamtejsi bardzo liczni narkomani najbardziej mnie dołowali, gdy im odmawiałem datków, rzucając chłodno, w gruncie rzeczy brzmiące złowrogo życzenie: Have a nice day!
A jak Wy, Szanowni, radzicie sobie z sumieniem (ewentualnymi jego wyrzutami) w takich momentach? Żeby nie uczestniczyć w nagannej znieczulicy społecznej, a z drugiej strony nie dawać się naciągać wydrwigroszom?

Forum jest miejscem wymiany opinii użytkowników, myśli, informacji, komentarzy, nawiązywania kontaktów i rodzenia się inicjatyw. Dlatego eliminowane będą wszelkie wpisy wielokrotne, zawierające wulgarne słowa i wyrażenia, groźby karalne, obrzucanie się obelgami, obrażanie forumowiczów, członków redakcji i innych osób. Bezwzględnie będziemy zwalczali trollowanie, wszczynanie awantur i prowokowanie. Jeśli czyjaś opinia nie została dopuszczona, to znaczy, że zaliczona została do jednej z wymienionych kategorii. Jednocześnie podkreślamy, iż rozumiemy, że nasze środowisko chce mieć miejsce odreagowywania wielu lat poniżania i ciągłej nagonki na nas przez obóz "miłości", ale nie upoważnia to do stosowania wulgarnego języka. Dopuszczalna jest natomiast nawet najostrzejsza krytyka, ale bez wycieczek osobistych.

Komentarze

Obrazek użytkownika paparazzi

06-06-2018 [16:36] - paparazzi | Link:

Ja gdy widzę na skrzyżowaniu żebrzących, czasami z pieskiem lub kotkiem, w parze chłopak dziewczyna z kartka "I will work for food" daje dolarka lub dwa. Traktuje to jak wspomaganie ludzi nieprzystosowanych do tempa życia. Raz zapytałem chłopaka jak tam business leci. On mi mówi słabo bo w Vermont było lepiej. Ot taki styl lecz sa najbardziej potrzebujący co są niewidoczni. Raz w Bostonie nie dałem to miałem podle uczucie. Myślę ze trzeba rozumieć to inaczej. Ludzie są nieprzystosowani, niezaradni, leniwi a i potrzebujący zwykłego chleba.  Nie wchodzić w szczegóły, unikać rozterek moralnych. Na koniec, kiedyś kupowałem piwo ale przed wejściem widziałem starego człowieka chyba miejscowego alkoholika. Kupiłem mu duzą puszkę piwa i podarowałem. Kurcze do dziś pamiętam jego uśmiech na zoranej twarzy i oczy.

Obrazek użytkownika Zygmunt Korus

06-06-2018 [21:26] - Zygmunt Korus | Link:

Dziękują za konkretne postawienie sprawy. Po prostu dawać. Cytuję:
"Traktuję to jak wspomaganie ludzi nieprzystosowanych do tempa życia. [...] Myślę, że trzeba rozumieć to inaczej. [...]  Nie wchodzić w szczegóły, unikać rozterek moralnych."
Ukłony.

Obrazek użytkownika Pani Anna

06-06-2018 [17:03] - Pani Anna | Link:

No cóż, pewnie wyjdę na naiwną, ale w Polsce niemal zawsze coś daję, w Niemczech, przy tak rozwiniętym socjalu, kiedy naprawdę, co by nie powiedzieć o szwabach, o ludzi tutaj się dba i trzeba bardzo się "postarać", aby znaleźć się na dnie - już nie. Czyste sumienie jest więcej warte, niż 5 zł, nie obchodzi mnie, na co zostanie wydane. Jak dla mnie, jest pan w porządku. Tak na marginesie, może zostało mi to po moich dziadkach, gospodarzach. Z domu mojej babci nigdy, żaden gość, żaden największy nawet, jak to mówiono "dziad" nie wyszedł głodny, nawet w najgorszych czasach, choćby to była tylko kromka chleba i szklanka mleka.

Obrazek użytkownika Zygmunt Korus

06-06-2018 [21:42] - Zygmunt Korus | Link:

Polska wieś była zaradna, wiedziała, że ziemia rodzi i żywi. W moim domu w Zagnańsku przygarnięto uciekającą rodzinę po Powstaniu Warszawskim, gdy zauważono, że zbierają na miedzy pogubione podczas zwózki zboża kłosy żyta. Po latach dowiedziałem się od babci, że piękny portret kobiecy, wiszący na ścianie w naszej wiejskiej chacie, pasujący raczej do muzeum, to jest dar wdzięczności od tych państwa za pomoc w przetrwaniu w tak dla nich wówczas ciężkim momencie życia.
Kłaniam się, Pani Anno. Serdeczności!
 

Obrazek użytkownika xena2012

06-06-2018 [17:47] - xena2012 | Link:

Pod naszym kościołem co niedziela stał żebrak.Bardzo grzeczny , dość młody choć widać że chory,stale z jakąś książką w ręku.Niektórzy mu nawet książki dawali.Potem przestał przychodzić i wielu sądziło że nie żyje.Po pół roku spotkałam go na ulicy i opowiedział swoją historię.Żebrał bo stracił pracę chorując,a chciał mieć też fundusze na operację.Tę przeszedł pomyślnie i po rehabilitacji znalazł pracę.Nie zapomnę jego podziekowań,że w czasie kiedy żebrał od wielu wiernych i koscioła miał wsparcie i dobre slowo.

Obrazek użytkownika Zygmunt Korus

06-06-2018 [21:19] - Zygmunt Korus | Link:

Ciekawe studium kloszardyzmu możemy znaleźć w powieści Stefana Chwina "Złoty Pelikan".
Generalnie żebrzący kreują psychodramy.
Wydaje się jednak, że wdzięczność potrzebujących, którzy czyjejś pomocy doznali, winna być dla naszego serca najważniejszym imperatywem, nawet gdy czasem ktoś nas podejdzie z pełnym cynizmem. Można przecież sobie wyobrazić samego siebie nagle w roli wołającego o wsparcie. Los, jak wiemy, jest nieprzewidywalny.
Dzięki za opis Pani doświadczenia. Pozdrawiam.

Obrazek użytkownika maks jamnicki

08-06-2018 [11:12] - maks jamnicki | Link:

do: xena. Świetny przykład. Bywa różnie, to są sprawy niezbadane. Ale, nie zawsze daję. Np.jak ktoś mówi że na jedzenie a nie jest zainteresowany tym, że mu coś kupię, nie dam. Przedwczoraj w  Warszawie dobrze odżywiony z brzuszkiem, ok 40, przed Dw.Zachodnim  prosi  kasę "na jedzenie". Ktoś dal mu wałówkę podróżną. Włożył do plecaka i kolejno do mnie. Mówię, ze nie zjadł jeszcze tego co dostał, Wzruszył ramionami, idzie spokojnie do następnego. Ale generalnie dawać. Tylko..... nie za dużo. Jak ruchliwe miejsce 1 zł. mniej ruchliwe lub zbierają na coś tam, 2 zł, bo wyjdzie, że to lepsza stawka godzinowa niż moja :). NIGDY NIE WIEMY DO KOŃCA CO KIM KIERUJE, jaki może dramat i potrzeba. W Piśmie Świętym pisze wyraźnie: dawać jałmużnę. Tam nie pisze by wysyłać do pracy lub do opieki społecznej. I co z tego, że ktoś "naciągnie" mnie na złotówkę, dwa, jeśli mam. A opieka społeczna?. Ankiety, papiery, decyzje, terminy, a gdzie adres zamieszkania, a "nie ten rejon":). A np. bezdomny, nawet lepiej ubrany, chce uciec jak najdalej od domu, normalne. Zresztą uważam, że większość bezdomnych jest w stanie poddepresyjnym. tak ze moja zasada,"dawać częściej ale mało". 10-iu takich i bliźni nie umrze z głodu, a i na bilet starczy.

Obrazek użytkownika Teutonick

06-06-2018 [23:21] - Teutonick | Link:

Miałem napisać krótko, że jak dawać, to w naturze (i dla uściślenia nie miało to stanowić powielenia motta życiowego żadnych czarnych panter czy innych gawłowopodobnych lokatorek), ale skoro jest okazja do wymiany słów paru, to już w trakcie pisania tego tutaj komentarza przypomniało mi się zdarzenie sprzed kilku dni.
W obrębie osiedla, na którym obecnie rezyduję koczuje okresowo kilku wykolejonych (bo tak nazywam tych, których na jakimś etapie życia pogrążył nałóg, dziękując zarazem Opatrzności za każdym razem gdy ich mijam za to, że pozwoliła mi podobnego losu oszczędzić). Warunki mają znakomite: dużo zieleni, pobliski lasek z kilkoma wymarzonymi do konsumpcji pod chmurką zakątkami osłoniętymi przed wścibskim okiem przejeżdżających z rzadka chłopców-patrolowców. Umiejscowiony na osiedlu MOPS oraz niedaleki skup dopełniają obrazu wymarzonej lokalizacji, jedynie pewne oddalenie od centrum może komplikować codzienną egzystencję.
Jeśli mowa zaś o fedrunku kontenerowym, to przy tejże czynności można już przyłapać nieco pełniejszym przekrój społeczny. Na osiedlu, na którym się wychowałem w śmietnikach miała w zwyczaju grzebać na ten przykład nasza była dozorczyni, bynajmniej nie wykolejona, pobierająca emeryturę i nie zaniedbywana przez rodzinę. Moja prywatna teoria jest taka, że po prostu spodziewała się tam któregoś pięknego dnia znaleźć coś wartościowego. Z wyjątkiem kilku dni zeszłego lata, kiedy korzystając z zadaszenia za jednym z kontenerów rozłożył się na jakiś czas pośród roju os i much jeden z bardziej zdesperowanych (lub po prostu wygodnickich) wykolejeńców, zazwyczaj spotykając kogoś przy śmietniku nawet przy dokładnym zlustrowaniu sylwetki, można się częstokroć pomylić co do tego czy ma się do czynienia z wyrzucającym czy wręcz przeciwnie - z wrzucającym sobie znalezione dobra na wózek czy też na garba.
Parę dni temu idąc do samochodu spotkałem człowieka, który mógł stanowić jakiś etap pośredni pomiędzy wykolejonym i zwykłym poszukiwaczem. Facet szedł od strony cmentarza mimo upału w dresie, był zarośnięty (choć to chyba jeszcze żaden wyznacznik upadku, sam nie raz taki bywam:), lekko zaczerwieniony, choć chyba bardziej od słońca niż od spożytych trunków. Mijając się skrzyżowaliśmy na sekundę spojrzenia. To co go wyróżniało, to fakt, że utykał. Przemknęło mi przez głowę, że pewnie zmierza w kierunku śmietnika. Jednak gdy chwilę później mijałem go po raz drugi jadąc jedną z "prostych psychologicznych" prowadzących przez moje osiedle do głównej drogi, okazało się, że mimo bycia kulawym zdążył już przejść kawał drogi, a więc do umiejscowionego po drodze śmietnika nie zajrzał. Przypomniało mi się jak jeszcze nie tak dawno sam po wypadku kuśtykałem o kulach. Podjechałem na wstecznym. Zapytałem czy go gdzieś podwieźć. Podziękował, ale odmówił. Rzekł tylko, że krzywo stawia nogę bo go boli, co samo w sobie nie stanowiło raczej zaskoczenia. Pojechałem dalej mijając w odległości kilkunastu metrów krzyż. Koniec cz.1:)

Obrazek użytkownika Teutonick

07-06-2018 [00:06] - Teutonick | Link:

Krzyż zwykły, drewniany, przydrożny, nie z tych, które stawia się ku pamięci ofiar wypadków drogowych. Taki jakie często spotyka się na wsiach i terenach podmiejskich. Jednak znam jedynie dwa takie krzyże ustawione w samym środku blokowiska - jeden to właśnie ten, który mijam żegnając się (i dając zarazem tym sposobem świadectwo wiary wyznawanej przez tyle pokoleń moich przodków, choć marny raczej ze mnie katolik) ilekroć wyjeżdżam od siebie z osiedla do głównej drogi. Drugi, dla odmiany kamienny stoi na bliźniaczo-symetrycznie zlokalizowanym wobec mojego blokowiska względem tejże głównej drogi starym, górniczym, położonym bezpośrednio przy zlikwidowanej kopalni osiedlu, dla odmiany pozbawionym wieżowców, osiedlu, z którego wywodzi się zresztą po kądzieli część rodziny mojej małżonki.
I teraz pora na refleksje, które naszły mnie już w trakcie pisania tego przydługiego nieco komentarza. Jakieś 1,5 tygodnia wcześniej w odległości już chyba jedynie kilku metrów od tego drewnianego krzyża jadąc z własną rodziną napotkaliśmy pod jeszcze innym zbiorowiskiem kontenerów (tym razem przeznaczonych dla odpadów posegregowanych) śpiącego na słońcu siedząc na wózku inwalidzkim jegomościa. Dla pewności, że faktycznie śpi, nie tylko wycofałem, ale wysiadłem i sprawdziłem, że nic poza zamroczeniem alkoholowym mu nie dolega i co nieco przesunąłem mu wózek żeby nie wystawał na ulicę. Chłop otworzył oczy i wydał z siebie jakiś dźwięk, świadczący o tym, że żyje choć niekoniecznie kontaktuje, małżonka poznała w nim lokatora któregoś z pobliskich bloków, a jako że do godziny mieliśmy szykować się do powrotu, uznaliśmy wspólnie, że wracając, jeśli zastaniemy delikwenta w tym samym miejscu, zdecydujemy co dalej. Nie zastaliśmy. Za to w kontekście ówczesnych sejmowych okupantek, zdobyliśmy się na refleksję co do tego czy tenże osobnik poparłby ów protest.Druga refleksja dotyczy niedoszłego podwiezionego i faktu, że mimo oferowanej pomocy ze strony bliźnich ostatecznie każdy z nas jest zmuszony samodzielnie dźwigać swój krzyż by na szczycie Golgoty spotkać się ze Stwórcą, w który to szczęśliwy wielu chciałoby wierzyć. Trzecia, która naszła mnie najpóźniej, a która najbardziej zahacza o abstrakcję, dotyczyć może dwóch krzyży umiejscowionych w skupiskach ludzkich po dwóch stronach trasy wielopasmowej niczym położone na dwóch biegunach organizmy ludzkie, Wenus i Mars, kobieta wywodząca swoje pochodzenie z bezpośredniego sąsiedztwa jednego z nich i facet dobrze czujący się w otoczeniu drugiego, przede wszystkim chyba ze względu na wspomnianą ilość zieleni (po latach dotarło do mnie, że lepiej mi tam gdzie mogę przynajmniej częściowo skryć się przed ciekawskimi spojrzeniami pod osłoną drzew, które swego czasu do tego stopnia umiłował mój śp. Ojciec, że podczas wspólnych spacerów potrafił przytulać się do brzóz, a nieco później wziął się za nielegalne przesadzanie drzewek z młodników na przydrożne miejskie trawniki). No i ta trasa, która ich rozdziela:)

Obrazek użytkownika Zygmunt Korus

07-06-2018 [09:28] - Zygmunt Korus | Link:

Zastanawiałem się, co przeczytam w 2. części, po słowie "krzyż"...? Teraz się wyjaśniło. Dzięki. Nie na darmo mamy nasze "Dziady", które niosą tyle rozmaitych konotacji - polskich, narodowych właśnie.
Ukłony.
 

Obrazek użytkownika Marek1taki

06-06-2018 [23:41] - Marek1taki | Link:

Jałmużna jest jak socjal gdy dajemy ją nieznanym osobom. Trafia tam gdzie nie powinna, a do potrzebujących nie trafia. Dlatego wolę pośrednictwo instytucji charytatywnych, chociaż Caritas mnie w ub. roku odstręczył wydając pieniądze na "aplikacje na smartfony" żeby rzekomi uchodźcy mieli łatwiej. Sam też nie jestem w porządku skoro zdarzyło mi się dać piątkę małej cygance na dworcu w Warszawie. To oczywista słabość, w dodatku kosztem dziecka. Lepiej już dać pijaczkowi na klina z sympatii dla próżniaczego trybu życia i za tytułowanie "Panem inżynierem", zwłaszcza z perspektywy własnego zabiegania. Od Caritasu oczekuję więcej i zwykle się nie zawodzę. Oczywiście na Owsiaka nie dałem grosza. a w niejednoznacznych sytuacjach wolę kupić bułkę. Ciekawe jak rozstrzygają te sprawy muzułmanie - ci prawdziwi a nie migranci-okupanci - mają przykazanie o dawaniu jałmużny. Nie widziałem większej ilości żebrzących niż u nas.
Sądzę, że częściej mamy w życiu do czynienia z sytuacją gdy pomoc nie ma charakteru jałmużny, ale żeby nie zlekceważyć leżącego lub upadającego. Czasem niewiele trzeba się wysilić by pomóc w potrzebie.

Obrazek użytkownika paparazzi

07-06-2018 [00:36] - paparazzi | Link:

Panie Marku jeden taki, są rożne filozofie. Wszystkie organizacje humanitarne pożerają datki na koszty. Z tego co wiem Caritas, Polski Czerwony Krzyż maja niezły stosunek do kosztów. Sa tez organizacje ci nawet nie chcą się edytować jak pan Owsiak. W USA muszą. Dając do reki, mów co chcesz pomagasz w 100% osobie czy to takiej czy siakiej. Nie chodzi o ego, chodzi o zwykłą pomoc dla ludzi nie przystosowanych do życia. Potem jest walka polityków co dadzą wędkę dla tych ludzi a nie rybę. Bo ryba plotka to komunizm.

Obrazek użytkownika Marek1taki

07-06-2018 [08:11] - Marek1taki | Link:

Słuszna uwaga.

Obrazek użytkownika Zygmunt Korus

07-06-2018 [09:32] - Zygmunt Korus | Link:

@ paparazzi
"Bo ryba plotka to komunizm."

Z uwagi na brak na klawiaturze polskich znaków diaktrycznych (ryba-płotka) fajnie wyszło, że można dojść do konkluzji:
Komunizm opiera się na plotce o dobrobycie.