Swiniak. Opowiadanie o PRL

Teresa Bochwic
Świniak
Paweł miał ochotę na kawę. Na stołach ustawionych w podkowę stały tylko butelki z wodą mineralną. Wody wypił już sporo, zaspokoił pragnienie, ale żeby otrzeźwieć musiał napić się kawy. „Tak, westchnął w myślach, po pierwsze w ogóle nie można dostać kawy, po drugie skąd kawa tutaj, w tej szkole na odludziu, a poza tym… mam tak mało pieniędzy!”. Ogarnęła go na chwilę rozpacz, ale po chwili przypomniał sobie, że kawy i tak nie kupi, więc zaoszczędził. Poczuł się, jakby zarobił.
  „Boże, prawie szepnął, do czego to doszło, żeby człowieka nie było stać na paręnaście złotych na kawę…”
  Z mównicy, znajdującej się w głębi sali, dobiegały od czasu do czasu słowa prelegentów. Paweł jednak usiadł tak blisko drzwi, jak to było możliwe, schowany za filarem, żeby nie zwracając na siebie uwagi wyjść na papierosa.
  „Te papierosy, też ruina, i zdrowie człowiek traci i pieniądze, pomyślał, ale co robić, jak to wszystko wytrzymać!”. Dziękował Bogu, że przynajmniej nie pije.
No, nie żeby tak zupełnie nie pił. Jak jest okazja za darmo – to owszem. Wczoraj na przykład, najwyraźniej jednak musieli go wziąć za kogo innego, może dlatego, że Głupczyk tak się z nim serdecznie przywitał; też go musiał z kimś pomylić. I stąd ta wyprawa do knajpy, z dyrektorami, ministrem i panienkami z kuratorium, i to picie; stąd teraz pragnienie.
  Spojrzał w okno. Zamarznięta gruda ziemi, jakieś nieliczne czarne kruki czy gawrony usiłowały coś z niej wydziobać. Widać było, że za chwilę zacznie padać śnieg. Zatrząsł się, w sali też było chłodno.
  „Trzeba koniecznie kupić Marzence ten płaszczyk, już nie da się powiedzieć o starym, że to kurtka, dziewczyna rośnie jak szalona, skąd na to wziąć, skąd wziąć.” Zasępił się. Odebrali mu właśnie lekcje wychowania obywatelskiego w sąsiedniej szkole – siedemset złotych, socjalizm nie socjalizm, żyć trzeba, spory pieniądz, jak teraz to załatwić? Teraz jego pensja nie sięgała czterech tysięcy.
  Rozejrzał się po sali. Dyrektorzy przy stole prezydialnym ukradkiem ziewali. Jeden z nich intensywnie mieszał wyschniętym słonym paluszkiem w szklaneczce z coca-colą – prezent od Gierka, Paweł dobrze pamiętał czasy sprzed dwudziestu pięciu lat, kiedy cola była symbolem burżuazyjnej trucizny, naprawdę wmawiali w gazetach, że to trucizna. Ostatnio przeczytał gdzieś, że ząb wrzucony do szklanki z colą rozpuszcza się po sześciu godzinach. Ale nikt już nie mówił, że Amerykanie chcą zniszczyć zdrowe uzębienie socjalistycznych obywateli. Obywatele zresztą garnęli się do napoju, który w tej chwili, po ośmiu latach Gierka, był jednym z ostatnich symboli dobrobytu i otwarcia na świat.
  Machinalnie dotknął językiem zepsutego zęba. Trzeba go załatać, ale jak? W przychodni zniszczono mu już parę zębów, a na prywatną dentystkę za 600 zł od plomby nie stać go w żadnym wypadku. Dwa zęby – płaszczyk dla Marzenki, no, dwa i pół.
  Twarze większości obecnych, których poznawał jako wczorajszych kompanów, były zmięte i niewyspane; wydawały mu się tłuste i bardziej nalane niż zazwyczaj. Wiceministra jeszcze nie było, podobno wrócił w nocy do Warszawy i teraz w każdej chwili spodziewano się jego przybycia. Paweł dziwił się – po co ten wracał 100 km na parę godzin?
  Obok Pawła siedziało kilkanaście kobiet, typowych nauczycielek i pracownic kuratorium. Prawie nie różniły się między sobą – wynędzniałe, ze złą cerą, ubrane w różowe lub zielone sweterki z falbankami pod brodą albo ażurkowe bluzeczki. Spódniczki miały wąskie, ale nawet nie opinały ich chudawych ciał. „Nawet zgrzeszyć nie ma z kim, pomyślał, chociaż mnie i tak już się nie chce.”
  Przemówienie, sączące się z mównicy, nie przyciągało ani na chwilę jego uwagi. Zauważył, że siedząca niedaleko kobieta w utapirowanej jajecznicy na głowie i szafirowym sweterku wyszła z sali. Spojrzał – za nią poszła druga, dając tamtej jakieś znaki. Miała na każdym palcu złoty pierścień, a na przegubach pęki cienkich bransoletek.
  Lekko licząc – sto tysięcy, pomyślał, jeżeli każdy pierścionek wart jest pięć, sześć tysięcy, bransoletki średnio też po pięć, i ten łańcuszek na szyi…na dolary to byłoby prawie tysiąc!. Zaczął pisać cyfry na papierze rozłożonym przed każdym uczestnikiem obrad. „I wisiorek… tak”.
  Przypomniał sobie, że ma jeszcze pół roku do spłacenia pożyczki, dopiero wtedy będzie mógł zaciągnąć nową. „Na wczasy też je trzeba wysłać”. Chciał znowu westchnąć, kiedy  jego uwagę przyciągnął, świeży, dziewczęcy głos.
  – A więc – mówiła stojąca na mównicy dziewczyna („kiedyż ona zdążyła tu wejść, nie zauważyłem, bardzo ładna”, pomyślał) – a więc praktycznie nie dysponujemy ani bazą materialną, ani finansami; na takiej posadzie, proszę państwa, nie można człowiekowi płacić zwykłej pensji, tu cały dzień jest się odpowiedzialnym za dzieci, przez 24 godziny! A przecież sierotom trzeba stwarzać warunki zbliżone do rodzinnych, władze w ministerstwie muszą to wreszcie dostrzec; środki tutaj dane nie zmarnują się na pewno, podczas gdy w zwykłych domach dziecka dzieje się tak bardzo często. A teraz…
Mówiącej przerwało gwałtowne otwarcie drzwi. Powszechna uwaga zwróciła się w stronę wchodzącego właśnie wiceministra Głupczyka.
Paweł zadrżał. Ten człowiek budził w nim złe wspomnienia, przecież się znali, choć tamten go nie pamiętał. Ale wtedy Paweł był dopiero początkującym nauczycielem, a Głupczyk działaczem młodzieżowym, pilnującym brygad Służby Polsce; pilnował ich od strony ideologicznej. Paweł poderwał mu dziewczynę, ot, wydawało się, zwykła sprawa między młodymi ludźmi. Głupczyk jednak nie chciał tego darować. Dopiero całe lata później Paweł dowiedział się, za sprawą czyjego to donosu jego ojciec, dyrektor liceum na ziemiach zachodnich, został aresztowany i oskarżony. Na szczęście nie zdążono wykonać wyroku śmierci, nadszedł 56 rok i ojciec wrócił. Żona Pawła, ta poderwana dziewczyna, do dziś nie ma o niczym pojęcia, bo Annę Paweł chronił i będzie chronić nadal. Ojciec zresztą i tak prędko umarł – trzymano go osiem miesięcy w piwnicy z wodą po kostki, gdzie jedynym suchym miejscem była przewrócona do góry dnem miska, która służyła jednocześnie do jedzenia i do mycia.
Głupczyk kroczył z nadętą miną środkiem przejścia między stołami. Paweł ze zdziwieniem zauważył, że ten nie wygląda gorzej niż wczoraj. „Klepali go, czy co? Jakieś środki może brał?” – przyszło mu do głowy, kiedy zauważył nienaturalny blask w oczach Głupczyka. Głupczyk zatrzymał się przy Pawle, sapnął, podał mu rękę. Paweł tak się zdumiał, że podał mu swoją machinalnie, nawet nie wstał. Tamten poszedł dalej.
W pełnej napięcia ciszy minister dotarł do stołu prezydialnego. Kolejno podbiegali do niego dyrektorzy, chyląc się nisko ku jego wyciągniętej ręce, tak nisko, że chwilami Pawłowi zdawało się, że całują go po rękach. Głupczyk obejrzał się za siebie i skinął na sekretarza, który właśnie dotarł do stołu i wyciągnął plastikową teczkę. Wyjął z niej spięty plik papieru maszynowego.
Jeden z dyrektorów podbiegł do mównicy, usunął z niej stojącą tam wciąż młodą panią i powiedział prosto do mikrofonu:
– Dziękujemy pani serdecznie za interesujący referat. Wnioski będą starannie rozpatrzone a odpowiednie do skali i rangi problemu decyzje podjęte.
Chrząknął i popatrzył na ministra.
– Obecnie chcę tu powitać wśród nas naszego najdroższego, najmilszego gościa, który fatygował się do nas aż z samej Warszawy, pana ministra Głupczyka, który wygłosi referat na temat… – spojrzał rozpaczliwie na sekretarza, który okrągłymi ruchami ust próbował mu podpowiedzieć tytuł – no więc, nie będę panu ministrowi wchodzić w słowo, jego czas, zresztą czas nas wszystkich jest cenny, a więc – proszę pana ministra o głos! – i zaczął klaskać.
Inni podjęli te oklaski i kiedy trwały, dyrektor wyszedł zza mównicy i powiedział parę zdań do młodego człowieka wbitego w stalowy garnitur z kamizelką. Ten natychmiast wyszedł.
Paweł wstrząsnął się znowu – Głupczyk stał na mównicy w całej okazałości, i choć minęło przeszło dwadzieścia lat, rozpoznawał to zimne spojrzenie i wydęte nieprzyjemnie usta. Czy mógł przewidzieć, że pewnego dnia właśnie Głupczyk usiądzie w korytarzu bardzo ważnego urzędu, zażąda posady wiceministra czegokolwiek i zostanie jego, Pawła, dalekim wprawdzie, ale jednak zwierzchnikiem?
Paweł, kiedy na niego patrzył, miał wrażenie, że postęp, obserwowany, jak go uczono, w biegu dziejów, jakby ostatnio trochę przyhamował, a kto wie, czy nie zawrócił i nie pędzi tą samą drogą wstecz. A w każdym razie zakreśla kolejną pętlę, która owija się jemu, Pawłowi, dookoła szyi, i jemu podobnym, tak jak miała się owinąć jego ojcu dwadzieścia parę lat temu, ale postęp wtedy pędził dalej i ta pętla już zadzierzgnięta nie zdążyła się zacisnąć. Teraz Paweł nie był już tak młody, czuł się zmęczony życiem i staraniami o zachowanie tego, co nazywał elementarną uczciwością, i czas mu płynął wolniej. Zdawało mu się, że tym razem pętla będzie miała więcej czasu i spokojnie wykona wyrok losu.
Elementarną uczciwość Paweł pojmował w ten sposób, że nie zdradzał żony, a jeżeli już jakoś na to wyszło, to tak, żeby się o tym nie dowiedziała, i pamiętał, żeby nie iść na zbyt daleko idące kompromisy z moralnością. Kiedy jego uczniowie przynosili na kółko książki historyczne wydane na emigracji, udawał, że ich nie widzi, a kiedy pytali, czy to prawda, że Rosjanie też zajęli Polskę w 1939 roku i podpisali z Niemcami pakt o rozbiorze Polski, Paweł uśmiechał się smutno i zaczynał mówić o czym innym, kiwając głową na potwierdzenie tamtych faktów. W każdym razie nigdy by nie doniósł na żadnego ucznia i prawdziwą dumą napawał go fakt, że żaden uczeń nie doniósł, że on nie doniósł.
Patrzył teraz na siedzących dookoła dyrektorów i paniusie, na wiceministra Głupczyka i śmiał się w duchu: „Wszystkich was jeszcze historia zmiecie! Już ja się na tym  znam!”
Być uczciwym, to najważniejsze, mówił zawsze córce. „Pamiętaj, mówił jej, żebyś była zawsze uczciwa, cokolwiek by się działo, cokolwiek byś była zmuszona zrobić, wewnętrznie masz być uczciwa”. On sam czuł się wewnętrznie nie tylko uczciwy, ale nawet niezależny. Cieszyły go wszystkie potknięcia jego dyrektora, wszystkie idiotyczne przepisy, którymi kompromitowały się władze. Cieszył się, że niektórzy weszli zbyt wysoko, bo miał perspektywę, z jak wysoka spadną. Kiedy jego koleżanki z pracy podpisały list protestacyjny przeciwko poprawkom do konstytucji, był z nimi, aczkolwiek pewną ulgę sprawiał mu fakt, że tego dnia miał zwolnienie lekarskie, więc nikt go nie prosił o podpisywanie czegokolwiek. Jeżeli zaś czemuś był bardzo przeciwny, starał się dać temu wyraz w sposób właściwy – np. przestawał być uprzedzająco grzeczny dla urzędników, nawet najwyższych, albo milczeniem wyrażał dezaprobatę.
Głupczyk stał na mównicy, podtrzymywany z tyłu przez dwóch dyrektorów. Głowę miał jak głowa cukru, u góry wąską, łysą, u dołu szeroką, wpuszczoną wprost do białego kołnierzyka koszuli, spętanego krawatem. Poniżej kołnierzyka masa ciała ministra przestawała być twarda, cukrowa, stawała się słoniowa – rozszerzała się i przybierała szarą barwę za przyczyną garnituru. Na dole ciało ministra zakończone było czarnymi butami, które werżnęły się w pamięć Pawła swoim skrzypieniem – słyszał to jeszcze od wczoraj. Z całości Głupczyka wydobywały się teraz wzmocnione mikrofonem głuche dźwięki, które wpadały w rozwarte uszminkowane usta siedzących za stołami nauczycielek. Te co chwila ze smakiem przełykały ślinę.
– Towarzysze! – chrypiał Głupczyk. – Chciałem tu powiedzieć, że nasze ludowe państwo i nasza ludowa oświata ważną wagę przywiązują do problematyki opieki nad dziećmi – akcentował pierwszą sylabę dłuższych wyrazów, co nadawało jego przemowie dobitny charakter. – Dla każdego polskiego dziecka państwo nasze znajdzie serce, i każdemu, nawet zupełnie osieroconemu, stworzy warunki pomyślnego rozwoju dla dobra naszej socjalistycznej ojczyzny. Towarzysze!...
Paweł dostrzegł, że ładna przedmówczyni ministra przemyka się ku drzwiom – stał tam młody człowiek w garniturze, który przedtem wychodził na polecenie dyrektora. Poczuł, że ma nieodpartą ochotę na papierosa. Wysunął się po cichu.
Pod oknem stał ten sam mężczyzna w garniturze i dwie sąsiadki od stołu Pawła – jajeczna blondyna i ta obwieszona złotem. Przypomniał sobie, że wczoraj przedstawiono mu tę blondynę – była dyrektorką domu dziecka z Pogórza. Ładnej dziewczyny nie było już na korytarzu.
– Ktoś ją wezwał? – spytała dyrektorka domu dziecka.
– A skąd – machnął ręką młody człowiek. – Dyrektor Wrzask kazał ją natychmiast usunąć z sali. Słyszała pani? „Władze muszą, władze powinny” – skąd ona się urwała? Dobrze, że minister tego nie słyszał, mógłby się zdenerwować. Przejedzie się do domu, to się uspokoi. Powiedziałem jej, że był telefon, wzywają ją pilnie do Łodzi. Ha! Ha! Ha! Takich nam tu nie trzeba, mącicieli.
Paweł zgasił papierosa w stojącej obok okna popielnicy i machinalnie wyjął następnego. Zrobił wyraz twarzy pełen dezaprobaty, zapadł w równie pełne dezaprobaty milczenie. Popatrzył w okno. Zaraz za płotkiem, okalającym teren wiejskiej szkoły, w której odbywało się sympozjum, ciągnęły się pola, a nad nimi wsiały zwarzone przymrozkiem mgły. Było szaro i cicho, czuło się, że będzie padał duży śnieg, pierwsze płatki zaczynały właśnie tańczyć w powietrzu, jeszcze z wahaniem, czy opaść na powierzchnię ziemi. Grusze stały na miedzach jak przed wiekami, wyciągały ku niebu równe, nagie wiechy.
– …To ja idę do szkoły – dobiegł go głos kobiety towarzyszącej dyrektorce domu dziecka – a tam mi mówią, że ci przybrani rodzice potrafią przyjść do nauczycielki  i powiedzieć, że rację ma ta gówniara. Rozumie pani? Nauczycielka, rozumiem, mówi, żeby to rodzeni rodzice, ale tacy? Przecież to nie ich córka, tylko przybłęda jakaś! A ja mówię, pewnie, matka była może jakaś kurwa, albo przepraszam za wyrażenie, prostytutka, wieszać by je trzeba, żeby się nauczyły przyzwoitości, ojca nikt nie widział, matka może nawet nie wie, który to był; więc powinna, mówię, być wdzięczna, ta gówniara, że państwo dało jej wychowanie, wykształciło i znalazło jej rodziców przybranych. Wszystko państwo jej dało! A oni jej bronią jeszcze! No, koniec świata, żeby bękart rządził uczciwymi ludźmi, zresztą ja jeszcze raz ich sprawdzę czy oni tacy uczciwi, zawsze coś się na nich znajdzie. Mówię nauczycielce, niech się pani nie martwi, sprawiedliwość musi być na świecie, i jak się gówniara nie utemperuje, to moja głowa w tym, żeby im zrobić taką kontrolę jak potrzeba. Dziewucha pójdzie do zakładu, a im się rodzicielstwo ograniczy albo i odbierze, i koniec. Ja ostrzegałam! A jakie to delikatne, że ona niby nie wiedziała, że jest przysposobiona, proszę pani, i dopiero po tej awanturze się dowiedziała, więc piszą do kuratorium na skargę, że dziecko może dostać szoku i tak dalej. No, z kuratorem to już mój mąż opił sprawę i kuratorium jest za nami.
Duży płatek śniegowy wirował długą chwilę w polu widzenia Pawła, wreszcie poszybował prosto w  okno, jakby chciał przebić szybę i usiąść Pawłowi na nosie. Paweł cofnął się gwałtownie i nadepnął mówiącej na nogę, aż krzyknęła.
Odwrócił się, zmierzył ją wzrokiem i z rozmysłem powiedział o wiele za późno:
– Przepraszam.
Ozłocona dyrektora rzuciła na niego spojrzenie, popatrzyła na jego znoszone, ubłocone buty i uśmiechnęła się drwiąco nad swoją różową bluzeczką.
– Ależ nic nie szkodzi – powiedziała druga, nadepnięta. Widziały wczoraj, jak Głupczyk się z nim witał.
Dyrektorka zdjęła z ramienia torebkę, ale zanim zdążyła ją otworzyć, zamek rozpiął się sam, torebka otworzyła się i ze środka wypadła puderniczka, sypiąc dookoła pudrem. Paweł popatrzył na leżącą na ziemi puderniczkę i zawrócił do sali obrad. Przy zamykaniu drzwi usłyszał cichnący głos:
– Ale cham, kto to właściwie jest?
*
Toaleta była dopiero na końcu korytarza. Paweł dziękował Bogu, że Głupczyk pojechał do Warszawy i nikt nie idzie pić, dzięki czemu nie musiał się wykręcać i mógł wcześniej pójść spać. Włożył piżamę, pomyślał chwilę o ładnej dziewczynie, która wyjechała do Łodzi i poszedł do toalety. Kiedy stamtąd wychodził, usłyszał zduszone piski na korytarzu. Cofnął się, żeby go nie widzieli. W oknie korytarza stał Wrzask z dyrektorem Wilczkiem i obaj ściskali kobietę, która rano rozmawiała z dyrektorką domu dziecka. Zaczerwieniona, udawała, że się broni, a może naprawdę się broniła. Wilczek trzymał jej całą dłoń w rozpięciu bluzki, a Wrzask usiłował włożyć rękę w zapięcie spódnicy, jednocześnie gryzł ją w szyję z lewej strony. Kobieta odwróciła się, zauważyła Pawła i zrobiła gest, jakby rzucała się do ucieczki. Wrzask i Wilczek chwycili ją i pociągnęli, każdy w swoją stronę. Przez moment stała rozkrzyżowana, a potem Wilczek machnął ręką, puścił ją i Wrzask wciągnął ją do swojego pokoju. Wilczek rozejrzał się, po czym nacisnął klamkę drzwi Wrzaska. Ustąpiła. Uchylił drzwi i wemknął się do środka.
Paweł czekał jeszcze dłuższą chwilę, sądząc, że Wilczek zostanie wyrzucony z pokoju. Nic takiego nie nastąpiło, więc wrócił do siebie. Położył się cicho, żeby nie budzić kolegów z sąsiednich łóżek, westchnął i zasnął z obrazem ładnej dziewczyny w oczach.
Rano trzeba było się szybko zbierać. Po dwóch dniach naukowej części sympozjum przewidziano wizytację okolicznych domów dziecka, planowano też zwiedzanie izby pamięci w którejś ze szkół.
Robiło się coraz zimniej, na zeskorupiałą ziemię rozjeżdżoną kołami autokaru i prywatnych samochodów gości z Warszawy padały pojedyncze płatki śniegu. Było ich jednak wciąż zbyt mało, żeby przykryć szarą grudę.
Paweł tak się zapatrzył w wiejską zimę, że do autokaru skierował się ostatni. W tej chwili usłyszał wołanie Wilczka od samochodu:
– Do nas prosimy, do nas!
Nie chciał z nimi jechać, ale kierowca autokaru widząc, że Paweł się waha, ruszył bez niego. Nie było wyjścia. Zawrócił ku nim. Wrzask zaprosił go do samochodu. Z tyłu siedział kurator, który dwa lata temu usiłował wyrzucić Pawła ze szkoły, bo poszła plotka, że w jego rodzinie był ktoś żonaty z kimś z KOR-u; czy też z jakiegoś innego powodu. „Żeby mnie wtedy choć zapytali, postawili jakiś zarzut, mógłbym wyjaśnić”, pomyślał Paweł z goryczą. Chcąc nie chcąc usiadł obok swego prześladowcy. Ten uśmiechnął się szeroko i posunął trochę w stronę okna, robiąc więcej miejsca.
  – No, niestety – powiedział Wilczek – najlepiej byłoby już wracać do Warszawy, co?
Nie czekając na odpowiedź dodał:  
– Tak, tak, ciężar obowiązku społecznego, ale zawsze to obowiązek.
Szkoła z internatem okazała się nie dalej niż dziesięć minut od miejsca noclegu. Miejscowość składała się z paru domów oddalonych od sierocińca i starej wieży, w której urządzono maleńkie muzeum. Budynek internatu był długi, zakończony werandą. Najwyraźniej niedawno pomalowany, miał już zaniedbany wygląd. W wielu miejscach zupełnie świeży tynk odpadł płatami, ukazując popękane ściany.  Na frontonie domu wisiał wielki biały transparent, na którym wymalowano czerwonymi literami: „Witamy miłych gości z Warszawy”.
  „Przecież tu są uczestnicy z całej Polski”, pomyślał Paweł, ale nic nie powiedział.
  Autokar też już był na miejscu. Wysypywali się z niego uczestnicy sympozjum, samochody podjeżdżały jak najbliżej budynku. Cały teren był pokryty ledwie zamarzającym błockiem, porytym głębokimi koleinami. Błoto pryskało spod butów osób zbliżających się do budynku. Paweł był szczęśliwy – ich samochód podjechał pod same schodki.
  Na schodkach stała delegacja powitalna. Dwie małe dziewczynki w cienkich białych bluzeczkach trzymały w zsiniałych rączkach tacę z chlebem i solą. Za nimi stał duży, może piętnastoletni chłopiec w samej koszuli z krawatem. Miał ciemne oczy o pustym wyrazie. Za dziećmi znajdował się niezwykłej tuszy mężczyzna w czarnym garniturze o twarzy bliźniaczo podobnej do ministra Głupczyka. Za nim stały z kolei dwie bardzo szczupłe kobiety, też bez płaszczy. Jedna z nich miała taką samą sukienkę jak żona Pawła. Paweł poczuł do niej instynktowną sympatię. Dorośli uśmiechali się całą szerokością swoich twarzy, dziewczynki patrzały przerażonymi oczami, a chłopiec bacznie przyglądał się nadchodzącym.
  Gruby dyrektor ośrodka pchnął dzieci ku przodowi.
  - Witamy najmilszych gości! – zawołał – witamy! A gdzież to nasz pan minister? – powiedział to słowo, jakby wymawiał je z dużej litery. Wrzask wystąpił ku przodowi i wyjaśnił:
  – Służba publiczna wezwała ministra do ministerstwa, ale kazał pozdrowić serdecznie szanownego pana dyrektora. – „Ach, pomyślał Paweł, to dlatego mogliście wieczorem pofiglować”.
  Dzieci wręczyły Wrzaskowi tacę z solą i chlebem, ten uszczknął kromkę, włożył do ust, a tacę machinalnym ruchem oddał Pawłowi. Dzieci stanęły na boczku, poszczypując się wzajemnie. Najmłodsza z dziewczynek, silnie uszczypnięta przez chłopca, zbladła z bólu, ale nie wydała najlżejszego dźwięku.
  Kilkadziesiąt osób wypełniło gwarem i tupotem internatowy korytarz. Na ścianach, równie świeżo pomalowanych i równie oblezionych co tynk na zewnątrz, regularnie rozmieszczono czerwone i biało-czerwone chorągiewki i rozwieszone gazetki ścienne, ozdobione zdjęciami z życia domu. Przechodzącym wzdłuż korytarzy gościom towarzyszyły grupki wyglądających zza wszystkich węgłów dzieci, które jednak nie śmiały się zbliżyć. Było bardzo zimno, kaloryfery ledwie grzały.
  – No widzi pan, panie dyrektorze ? – gruby dyrektor domu przeciągnął dłonią po ścianach. – Do remontu! I to prędko!
  – Dobrze, dobrze – żuł chleb z niezadowoloną miną Wrzask. – Zobaczymy.
  Wychowawczynie poprowadziły przybyłych do segmentu domu, w którym ulokowano najmłodsze dzieci. Obok Pawła szła wysoka, ładna nauczycielka w sukni z cienkiej, tandetnej wełenki, takiej samej, jaką miała żona Pawła. Podał jej tacę z chlebem i solą.
  Zapytał o dziwny wygląd chłopca, który witał ich na progu. Wychowawczyni zawołała chłopaka, a kiedy przybiegł, złapała go mocno za ucho i wykręciła je.
  – Przybiega się od razu na wołanie, urwisie, wychowaj się wreszcie! Pan się tobą interesuje, pan z Warszawy! Nie widzisz, no, przedstaw się ładnie panu dyrektorowi!
  – Nie jestem dyrektorem – powiedział szybko Paweł. Chłopiec wymienił swoje imię i nazwisko. Nauczycielka puściła jego ucho i podała mu tacę z chlebem i solą. Posłusznie szedł dalej obok. Zwróciła się do Pawła.
  – Pewnie chodzi panu o te jego oczy? – Nie zwracała uwagi na to, że chłopiec idzie obok, jakby nie słyszał, że to o nim mowa. – No cóż, to są tak zwane sieroce oczy. Takie… puste, prawda?
– On… nie ma rodziców? – zapytał Paweł z wahaniem.
– No, mieć to ma, jak prawie wszystkie dzieci tutaj. Teraz już nie ma sierot – zaśmiała się – ludzie nie umierają tak jak dawniej. Teraz im się dzieci nudzą, to i podrzucają nam te jaja. Ile u nas jest sierot? – zwróciła się do chłopca.
  – No, Janek, Malczycki, Właś… – wyliczał.
  – Tak, parę sztuk, nie więcej niż dziesięcioro. I to przeważnie z tych starszych. No, powiedz panu, ile ty masz lat.
  – Piętnaście – odburknął chłopiec.
  – A czym chcesz zostać? – Paweł miał nadzieję, że chłopiec powie „kosmonautą” czy czymś w tym rodzaju, że te dzieci mają jakieś marzenia.
  – Milicjantem – chłopiec uśmiechnął się szeroko i po raz pierwszy jego oczy nabrały wyrazu.
  – Dlaczego? – zdziwił się Paweł. – Lubisz pilnować innych?
  – Nie o to chodzi – odrzekł chłopiec. – Po piętnastu latach pracy można przejść na emeryturę. Stuprocentową.
  W dużym chłodnym pokoju siedziało na podłodze ze trzydzieścioro paroletnich dzieci ubranych po niemowlęcemu. Wszystkie rytmicznie kiwały się w przód i w tył. Na widok wchodzących, jak na komendę zaczęły wszystkie wołać:
  – Mama! Mama! Zabierz!
  – Dlaczego tak się kiwają? – zapytał Paweł wychowawczynię.
  – Och, to? To po prostu choroba sieroca – odrzekła.
  Paweł zauważył w pobliżu dyrektora Wrzaska. Ten wykazywał rosnące zniecierpliwienie. Dyrektor obiektu usiłował go zainteresować poszczególnymi salami, jakimiś pracami wychowanków, mówił coś o konieczności wymiany rur, ale w końcu zauważył, że naraża się tym zwierzchnikowi i dał za wygraną.
Zaprowadzili gości do dużej świetlicy. Wszyscy zaczęli siadać, ale Wrzask powstrzymał ich gestem:
–  Nie rozsiadać mi się! Zaraz odjeżdżamy!
  Nauczycielki zerwały się jak oparzone z krzeseł, stłoczyły się przy drzwiach. Gruby usiadł za stołem i sapnął w stronę Wrzaska, który także usiadł:
  – No i jak, panie dyrektorze?
  – Dostaniecie dwieście tysięcy – powiedział Wrzask.
  Pawła sam dźwięk takiej sumy przyprawił o zawrót głowy. „Boże, pomyślał, żebym tak ja dostał chociaż dwadzieścia, co tam, choć dwa tysiące…”
  – Kochany – skulił się gruby prosząco. – Nie da rady, bez ośmiuset tysięcy nawet nie warto gadać. Widział pan dyrektor, to są skutki oszczędności – przejechał palcem wzdłuż pęknięcia na ścianie. – To było robione za trzysta i co? Już się sypie! A to na przecież tylko pół roku! Trzeba dołożyć dwieście do samej reperacji murów, bo się cały dom rozleci. Lepiej włożyć dwa razy więcej forsy i mieć spokój na parę lat. Biedaka nie stać na tandetę, a my wszyscy biedaki – uśmiechnął się pomyślnie.
  Wrzask zmrużył oczy, ciemne szczotkowate wąsiki poruszyły mu się nad wargami. Popatrzył na szparę w ścianie. Wyraz twarzy mu zmiękł. Spojrzał na grubego przeciągle.
  – Nooo, powiedzmy, pół miliona? – obecni westchnęli. Gruby uśmiechnął się jeszcze milej.
  – Panie dyrektorze kochany, przecież to nie z pana kieszeni idzie i nie do prywatnej pójdzie. Przecież to sierotki, niech pan się zlituje nad ich biedą!
  Chłopiec z pustymi oczami patrzył ironicznie znad tacy. Nauczycielki przestępowały z nogi na nogę. Podłoga skrzypiała.
  – Im nikt nie da, panie dyrektorze, jak pan nie da – wtrąciła się do rozmowy ładna wychowawczyni, szturchnięta przed chwilą nieznacznie przez grubego.
  Wrzask spojrzał na jej nogi. Spochmurniał.
  – Siedemset tysięcy i ani grosza więcej. Ja też mam limity.
  Gruby odbił się od krzesła jak piłka i podskoczył radośnie do kolan dyrektora. Zdawało się, że zaraz przed nim uklęknie.
  – Często pan wysyła personel na szkolenia? – zapytał Wrzask od niechcenia. – Posłałby ich pan do miasta, choćby do nas do Warszawy, niech się trochę otrzaskają, trzeba ich też uczłowieczać. Pani przyjechałaby do nas na delegację, prawda? – zwrócił się do wychowawczyni w sukience żony Pawła.
  – Oj ! – zarumieniła się z radości. – Warszawa! Żebym mogła…
  – Jak to? – zapytał sucho Wrzask. – Pan dyrektor ma obowiązek szkolić pracowników. Wydeleguje panią, jak będzie szkolenie dla pedagogów domów dziecka. Pani młoda, powinna się jeszcze pani wiele nauczyć. Tak, tak, przed młodzieżą cała przyszłość.
  Klepnął wychowawczynię w plecy, aż kurz poleciał z sukienki.
  – No, ale komu w drogę, temu czas! Wyjeżdżamy!
  Nauczycielki utworzyły szpaler i przepuściły Wrzaska, Wilczka i Pawła do drzwi. Ostatni wyszedł gruby dyrektor domu, szepcząc coś do zaczerwienionej wychowawczyni. Znikli oboje w jakiś drzwiach.
  Na dworze uderzyło ich świeże, mroźne powietrze. Wyjrzało słońce.
  Nauczyciele popędzili w stronę autokaru, Wilczek i Wrzask skierowali się do samochodu.
  – A pan dokąd – zagadnął Wrzask Pawła, kierującego się do autokaru – pan jedzie z nami.
  Paweł chwilę się zawahał, ale pomyślał, że w końcu w tę stronę jednak jechał, więc…
  Usłyszeli wołanie od wejścia budynku. Odwrócili głowy. Na progu stał gruby dyrektor z ładną wychowawczynią. Trzymali razem duży, podłużny, pakunek, owinięty w kilka warstw białego papieru. Pomagał im z wyraźnym wysiłkiem chłopiec, który chciał być milicjantem. Pozbył się już swojej tacy. Na dole pakunek zwężał się gwałtownie. Paweł zobaczył wystające stamtąd dwie różowe raciczki.
  – Panie dyrektorze ! – gruby zwrócił się do zdumionego Wrzaska. – Tu jeszcze drobny upominek dla pana dyrektora.
  Wrzask rozejrzał się. Wiele osób wyglądało z autokaru, patrzył też Paweł i kilka osób, które jeszcze nie zdążyły przejść przez błocko.
  – To dla mnie? Ależ to niepotrzebne, panie dyrektorze!  No, dobrze, przyjmuję, bo nic o tym nie wiedziałem, zanim przyznałem panu pieniądze. Państwo są świadkami, że nie ma przekupstwa.
  Chóralnie odpowiedziano mu:
  – Ależ skąd!
  Wilczek nachylił się do Pawła.
  – Ale mu się trafiło, co? Był przeznaczony dla Głupczyka, ale skoro tamten nie przyjechał…
  – Panie Pawle… – Wrzask zrobił proszący gest.
  Paweł podszedł pomóc mu włożyć pakunek do bagażnika. Spojrzał na wymykającego się z papieru prosiaka.
  – Młody. Dobre, świeże mięsko – powiedział. – No i ładny grosz. Ile to może ważyć? Dwadzieścia, trzydzieści kilo? Licząc po sto dwadzieścia za kilogram…
  Wrzask upychał świniaka w bagażniku.
  – No i nie chce się zmieścić, cholera jasna. Więcej kłopotu niż pożytku…
  – Panie dyrektorze – powiedział gruby – on jest przecięty na połówki, podzielimy, to się zmieści.
  Rozwinął prosiaka, jedną część wręczył Pawłowi, drugą upchnął w poprzek między kołem zapasowym a karoserią. Paweł stał z oślizgłym, pachnącym krwią prosiakiem w ramionach. Miał przez chwilę wrażenie, że to zwłoki Głupczyka. Z jednej strony obrzydliwe, z drugiej jednak przyjemne.
  Wrzask spojrzał na niego i roześmiał się.
  – Do twarzy panu z tym prosiakiem. Wie pan co? Dla mnie całość to za dużo. Niech pan będzie tak dobry, przyjmie ode mnie tę połówkę. Pan, przyjaciel ministra, nie odmówi pan przecież.
  Wilczek spojrzał na Wrzaska wściekłym wzrokiem. Paweł zauważył to.
  – Ależ dziękuję, w żadnym wypadku, mnie się nie należy, proszę, tu dyrektor Wilczek byłby poszkodowany…
  – Nigdy w życiu! – zawołał Wilczek. – Ja… ostatnio żona kupiła gdzieś na wsi całego świniaka, mamy dość mięska! Bardzo proszę nie robić przykrości panu dyrektorowi!
  Paweł bezradnie trzymał połówkę świniaka. „No i co, pomyślał, gruby nie weźmie z powrotem, ta ładna nawet go sama nie udźwignie, zresztą nie mogę oddać czegoś, co w końcu było przeznaczone dla Wrzaska. A temu oddać? To mi odrzuci jak piłkę.” Wszyscy z autokaru obserwowali te scenę. „Idiotyczna sytuacja, wygłupiłbym się”.
  Nic nie powiedział więcej, Wrzask przejął z rąk Pawła ślizgający się ładunek. Ułożył paczkę wzdłuż bagażnika obok toreb z rzeczami.
  – Dobrze, że tak zimno, nie zepsuje się, i tak ogrzewanie wysiadło – powiedział.
  Pożegnali się z dyrektorem i wychowawczynią, chłopiec ulotnił się. Usadowili się w samochodzie. Wrzaskowi zły humor spadł z twarzy razem z trzaśnięciem drzwiczek. Usiadł z tyłu, obok dyrektorki domu dziecka z Pogórza, która musiała tu widocznie wsiąść wcześniej. Kurator gdzieś zniknął. Paweł usiał obok Wilczka, który nadal prowadził.
  – Diabli by go wzięli – żachnął się Wrzask, przekręcając kluczyk – wycyganił w końcu te pieniądze. Człowiek ma takie miękkie serce dla tych wszystkich sierot! No, prędko do Warszawy, Wilczek, dość tej poniewierki, trzeci dzień tracę. Widział pan, jaki bezczelny typ? I tak połowę z tego ukradnie. Ta willa w głębi za ogrodem zakładowym, to za co on ją buduje? Za te pięć osiemset pensji? Plus to, co ukradnie ze stołu? Jeszcze dopłacał przedsiębiorstwu budowlanemu, żeby przy remoncie były usterki, bo mógł teraz wycyganić dalsze fundusze. I człowiek musi tu tyle forsy przyznać, żeby i willę wykończył, i coś dla tych sierot zostało. Ja ich znam, psie nasienie! Skurrrr…!
  Paweł widział kątem oka, jak dyrektorka, z Pogórza sadowi się i mości obok Wrzaska. Rozpięła kożuszek, a Wrzask odwrócił się do niej całym ciałem. Czuł wzrastający wstręt do tego człowieka. „Po co przyjąłem to ścierwo, co ja z tym teraz zrobię?” Pocieszało go tylko to, że nadal nienawidzi Wrzaska i całej jego paki, brzydził się nimi. Po chwili pomyślał o żonie, o córce, tak dawno nie jedli świeżej wieprzowiny; teściowa może zapekluje szynkę, będzie akurat na święta, a żona mu zawsze wyrzuca, że taki niezaradny, nie potrafi nic dodatkowo załapać, nawet nie wie, że mogłaby to wszystko mieć przy Głupczyku, ale za jaką cenę, nie wie, że Paweł uchronił ją przed płaceniem tej ceny. A on – no, rzeczywiście, ledwie mu się korepetycje udało złapać, a i to kolega mu ustąpił.
„Zresztą, pomyślał, prosiak stworzenie apolityczne, a lepiej już żeby Marzenka go zjadła, niż wypasione bachory dyrektorskie.”
  Wilczek zapuścił silnik. Z autobusu wychylił się kierowca i krzyknął w kierunku samochodu dyrektorów:
  – Dokąd?
  Ostatni uczestnicy sympozjum brnęli do autokaru w żółtej, częściowo tylko zamarzniętej glinie, przemieszanej z wapnem i żwirem. Skakali przez kałuże, usiłowali przedostać się na kamienie. Nogi mieli coraz bardziej upaprane błockiem. Paweł z ulgą pomyślał, że zaoszczędzi butów. „No, ja się przynajmniej nie uświniłem”, pomyślał. Wrzask przygląda się całej scenie przez chwilę, wreszcie roześmiał się.
  – Właśnie, dokąd? – zapytał Wilczek.
  – Mieliśmy jechać do Ostrowic, to ten drugi zakład. Z izbą pamięci, czy jakoś – powiedziała dyrektorka z Pogórza.
  – Do Ostrowic! – Wilczek wychylił się przez okno w stronę autokaru. Autokar ryknął silnikiem, ostatni guzdralscy wskakiwali co prędzej. Ruszył z niedomkniętymi drzwiami, na których zawisła na chwilę jedna z kobiet. – A my?
  – Na razie jedź pan za nim do skrzyżowania, dalej zobaczymy – powiedział Wrzask, z uwagą przyglądając się, jak mężczyźni w autokarze wciągają do środka kobietę. Zadarła sobie spódnicę i widać było podarte pończochy z werżniętymi podwiązkami na udach. Błysnęły różowe majtki, potem drzwi autokaru zatrzasnęły się.
  – Może od razu urwiemy się do Warszawy, tylko panią dyrektor podrzucimy do województwa. Chyba, że pan ma ochotę tam jechać – zwrócił się do Pawła. Paweł pokręcił głową przecząco i z dezaprobatą, nie miał zamiaru mówić do tego człowieka. „Nie powinien, jako dyrektor departamentu w żadnym wypadku nie powinien brać prezentów od podwładnych”, pomyślał. „Zwykłe świństwo, nie mówiąc o tym, że stać go na to, żeby sobie uczciwie kupił. Mnie na przykład nie stać”.
  – Ależ oni tak prosili, żeby pan dyrektor przyjechał – dobiegł go nienaturalnie chichotliwy głos dyrektorki. – Podobno zarżnęli dwa cielaki dla sympozjum, zrobili sznycle i czekają na nas. Obiadku przecież nie jedliśmy.
  – Na pewno też chcą coś ode mnie wycyganić – powiedział pogardliwie Wrzask. Paweł usłyszał nagle zduszony śmiech kobiety. Machinalnie spojrzał przez ramię. Wrzask obejmował ją jednym ramieniem, a drugą ręką rozpinał bluzkę na piersiach. Paweł jakoś nie mógł oderwać od nich wzroku.
  – Ależ panie dyrektorze – w jej głosie słychać było ten sam nieznośny dla Pawła chichot. – Koniecznie trzeba tam pojechać, przepraszam, że ośmielam się panu dyrektorowi sugerować, ale oni zużyli miesięczny przydział mięsa na sto dwadzieścioro dzieci, żeby zrobić te sznycle dla nas.
  – Ma pani rację – powiedział Wrzask po chwili i jego ręka poddzierająca właśnie spódnicę kobiety na chwilę zastygła. – Do Ostrowic!
  Paweł patrzył na nich jak zaczarowany. Wrzask zauważył to i mrugnął do niego. Paweł obrócił się gwałtownie w kierunku jazdy. Wilczek nacisnął gaz i ruszył w ślad za skręcającym, na skrzyżowaniu autokarem. Paweł pochylił się na siedzeniu, zamknął oczy. W tej samej chwili zobaczył pod powiekami postać ładnej prelegentki z Łodzi.
„Jakie miękkie te siedzenia” – pomyślał.

KONIEC
Warszawa, 1988
 
 

Forum jest miejscem wymiany opinii użytkowników, myśli, informacji, komentarzy, nawiązywania kontaktów i rodzenia się inicjatyw. Dlatego eliminowane będą wszelkie wpisy wielokrotne, zawierające wulgarne słowa i wyrażenia, groźby karalne, obrzucanie się obelgami, obrażanie forumowiczów, członków redakcji i innych osób. Bezwzględnie będziemy zwalczali trollowanie, wszczynanie awantur i prowokowanie. Jeśli czyjaś opinia nie została dopuszczona, to znaczy, że zaliczona została do jednej z wymienionych kategorii. Jednocześnie podkreślamy, iż rozumiemy, że nasze środowisko chce mieć miejsce odreagowywania wielu lat poniżania i ciągłej nagonki na nas przez obóz "miłości", ale nie upoważnia to do stosowania wulgarnego języka. Dopuszczalna jest natomiast nawet najostrzejsza krytyka, ale bez wycieczek osobistych.

Komentarze

Obrazek użytkownika Lektor

13-06-2017 [18:03] - Lektor | Link:

Pani Tereso, napisz pani na miłość Boską coś na temat KRRiT. Czekamy na jakąkolwiek informację, a mamy do tego prawo.