| REJESTRACJA
Стукачам, чекистам и членам российской агентуры вход воспрещен

Świadectwo

Dziś przedpołudniem byłem z grupą Przyjaciół w krakowskim Parku Jordana, gdzie każdego roku w dniu 1-go listopada u stóp cokołu z popiersiem legendarnej Inki składamy wiązankę kwiatów od podwawelskiego oddziału Akademickiego Klubu Obywatelskiego (AKO) im. prof. Lecha Kaczyńskiego.

Tak się jakoś utarło, że na samym początku mówię zawsze kilka słów do zebranych i dziś podzieliłem się z nimi taką oto refleksją, cytuję z pamięci:

„Drodzy Państwo! Nie pamiętam, który już raz spotykamy się w Panteonie Bohaterów Narodowych w tym przepięknym parku przy cokole z popiersiem Inki. A przychodzimy tutaj, by na Jej ręce złożyć świadectwo pamięci o wszystkich Bohaterach Narodowych, których popiersia zdobią ten krakowski Panteon, zaś Inkę darzymy szczególną estymą, gdyż oddała życie za Polskę, jako z nich wszystkich najmłodsza. Pamiętamy o tych wielkich patriotach, bo mamy świadomość, że gdyby nie Oni to prawdopodobnie nie byłoby Polski. Przychodzimy tu zawsze 1-go listopada w dniu, który obecnie nazywa się „Świętem Zmarłych”, lecz dla mnie jest to „Dzień Wszystkich świętych”, gdyż pamiętam, że jak byłem mały mama w tym dniu budziła mnie wcześniej niż zwykle słowami: „Wstawaj Krzysiu! Dziś „Dzień Wszystkich Świętych” i zaraz idziemy na grób taty”, - którego też ubecja zamęczyła za działalność akowską sześć lat po śmierci Inki. Na tych naszych spotkaniach z Inką nie ma telewizyjnych kamer i nikt nie dba o to, czy go złapie obiektyw i kto, przy kim się ustawi. I to jest największa wartość tych naszych spotkań. Że przychodzimy tu bezinteresownie, z własnej woli i potrzeby serca. To tyle ode mnie. Serdecznie Państwu dziękuję za spotkanie i do zobaczenia za rok w tym samym miejscu…”, koniec cytatu.

A jak się żegnałem z Inką do przyszłego roku to sobie przyrzekłem, że od dziś zaczynam pisać książkę o moich Rodzicach. I już nawet zacząłem, a czytelnikom mojego blogu w drodze wyjątku zacytuję roboczy fragment tej książki, który dzisiaj napisałem:

„Po powrocie z pracy mama zabrała się do przygotowywania posiłku. - Dostałam w mięsnym pół kilo zwyczajnej to przysmażę szybko na patelni z cebulką krzyknęła przez ramię. Jacek zjadł coś w szkole, więc będziemy mieli ucztę we dwoje.  Usiedli do stołu. Krzysiu! – nie możesz jeść trochę szybciej? Za chwilę jedziemy na cmentarz! – ponaglała matka.
Mamoooo! – jęknął Krzyś. Gramy dziś z chłopakami w piłkę i Gadocha wybrał mnie, żebym stał na bramce - labiedził przeciągając głoski, ale głos ugrzązł mu w gardle na widok karcącego wzroku matki.  Po śmierci taty mama wpadła w czarną rozpacz. Żeby wyżywić synów pisała całymi nocami na maszynie i sprzedawała po kolei biżuterię, obrazy, srebrne sztućce, a w końcu jej ukochany fortepian, na którym przygrywali sobie często z tatą na cztery ręce. Od śmierci taty Krzyś nigdy nie widział mamy uśmiechniętej, a co wieczór, jak zasypiał, majaczył mu przed oczami obraz przygarbionej postaci ślęczącej nad maszyną do pisania, albo pochylonej przed żeliwnymi drzwiczkami oddającego resztki ciepła kaflowego pieca, rozcierającej dłonie zgrabiałe z zimna przy wyplataniu z nylonowej żyłki siatek na zakupy, czym również dorabiała po nocach do głodowej pensji.
Na cmentarz dojechali dwunastką. Mama kupiła świeczkę, trochę polnych kwiatków i wręczyła synkowi torbę ze słoikiem po ogórkach, szufelką i zmiotką. Po raz nie wiadomo, który przemierzali długą na kilometr drogę od bramy głównej Rakowickiego cmentarza na jego drugi koniec, bo grób taty był w pobliżu kwatery legionistów. Krzyś znał tę drogę krzyżową na pamięć i z każdym dniem coraz bardziej jej nie lubił, gdyż za każdym razem wydawała mu się dłuższa. Po drodze mijali cmentarną kaplicę, w połowie cmentarza zatrzymywali się przy studni, gdzie mama pompowała wodę do trzymanego niezdarnie przez Krzysia słoika, co za każdym razem kończyło się opryskaniem butów. Potem mijali grobowiec Jana Matejki i stojące na środku alei głównej popiersie Daszyńskiego, następnie mijali wielki grobowiec Zakonu Jezuitów, a po kilkuset metrach był grobowiec z aniołem, przy którym skręcali w lewo skąd już było widać grób taty, a przy nim znienawidzoną przez Krzysia ławeczkę, na której mama, dzień w dzień, całymi godzinami nie odzywając się do niego przesiadywała przy grobie taty aż do zmroku. 
– Mamo! Nudzi mi się – biadolił Krzyś bliski płaczu wpatrując się w czarny otwór kreciej nory w nogach grobu taty. Matka milczała jak zaklęta. – Mamooo! Chodźmy już do domu! - marudziło dziecko. I raptem matka jakby zbudzona z głębokiego snu zerwała się z ławeczki i zaczęła histerycznie wrzeszczeć, że tacie jest w tym grobie zimno i zjadają go robaki, po czym utraciwszy do reszty panowania nad sobą poczęła złorzeczyć na szubrawców z ubecji, którzy wykończyli ojca, a w końcu bluźnić, że chyba Boga nie ma, bo w przeciwnym razie nie pozwoliłby tym draniom zamęczyć tatę. Przerażony Krzyś też się rozszlochał, lecz sam już nie wiedział, czy płacze za ojcem, ze strachu przed oszalałą z rozpaczy matką, czy z goryczy, że on tu musi siedzieć na cmentarzu, a w tym samym czasie jego koledzy grają w piłkę.
Takie sceny powtarzały się coraz częściej, bo mama, niegdysiejsza żona przedwojennego dyrektora elektrowni w Sierszy, przyzwyczajona do bezpiecznego życia w luksusie nie radziła sobie z odbierającym jej rozum nieszczęściem. A Krzyś, choć ją bezmiernie kochał począł zamykać się w sobie i nieświadomie oddalać od matki.
Do domu wracali po zmroku. Krzyś odrabiał lekcje, a mama zabierała się do pisania na maszynie. Starszy o pięć lat brat Jacek wracał późnym wieczorem, bo przy każdej możliwej okazji wymykał się z domu, który z dnia na dzień zamieniał się w coraz straszliwsze piekło. Zaś po nocach, mały Krzyś budził się zlany potem ze strachu, bowiem ciągle mu się śniło, że z kreciej nory u stóp grobu taty wyłażą wijące się ogromne robale, a on, bojąc się zbudzić matkę, tłumił okrzyk przerażenia wgryzając się w puchową poduszkę…”
, koniec cytatu.

Krzysztof Pasierbiewicz (em. nauczyciel akademicki)

Post Scriptum
Od jakiegoś czasu mniej bywam na różnego rodzaju "patriotycznych" uroczystościach. A dzieje się tak, dlatego, iż te szumne galówki zaczynają się zmieniać w teatr, którego scenografię tworzą niegdysiejsi dzielni bohaterowie o gorących sercach i pięknych umysłach,  którzy stają się tylko scenograficznymi "rekwizytami" w fasadowym teatrze dającym swe spektakle na wielu scenach, na którym to teatrum próbują zbić interes polityczny „aktorzy” nieco młodszej generacji grający pod dyktando, lub celem podlizania się władzy. Niestety również tej nowej, w coraz to liczniejszych przypadkach. Na szczęście nie zawsze jest to tylko fasada. I dlatego w uroczystościach o charakterze patriotycznym uczestniczę zawsze po dokonaniu ich starannej selekcji.

 

Fot. Zbigniew Galicki
Krzysztof Pasierbiewicz - Fot. Zbigniew Galicki
Fot. Zbigniew Galicki
Krzysztof Pasierbiewicz - Fot. Zbigniew Galicki
Fot. Zbigniew Galicki
Krzysztof Pasierbiewicz - Fot. Zbigniew Galicki
Fot. Zbigniew Galicki
Krzysztof Pasierbiewicz - Fot. Zbigniew Galicki
Fot. Zbigniew Galicki
Krzysztof Pasierbiewicz - Fot. Zbigniew Galicki
...
Krzysztof Pasierbiewicz - ...
Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | www.gazetapolska.pl | www.panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl
Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Do czego są one potrzebne może Pan/i dowiedzieć się tu. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.