Ciąg dalszy nieprzystojnych przygód lubieżnego prawicowca

Chcąc Państwu zrekompensować przerwę wakacyjną w internetowej odcinkowej edycji mojej książki wspomnieniowej pt. „Podaj hasło!”, a także celem kontynuacji na gorąco dyskusji Gości mojego blogu nad opublikowaną przeze mnie wczoraj notką pt. „To nieprawda, że PIS popierają tylko bigoci i dewotki” – vide: http://salonowcy.salon24.pl/72..., zdecydowałem się opublikować już dzisiaj kolejny odcinek tego internetowego serialu.

Podaj hasło – odcinek (6)

Owczarnia

W dzisiejszym odcinku opowiem Państwu pokrótce, jakie atrakcje czekały na panny zwabione do „Klubu Lotnika”, lecz, tę opowieść muszę poprzedzić odpowiednim wstępem, który pomoże Państwu zrozumieć mechanizm psychologiczny moich waganckich przygód, które de facto były wynikiem skrajnej desperacji.

Jak Państwo Pamiętacie z poprzednich odcinków, w roku 1967 płynąłem do Montrealu kultowym transatlantykiem MS Batory i na tym wytwornym statku, jako biedny i zahukany student znalazłem największą miłość swego życia. Ewa była wtenczas jedną z wybranych spośród najpiękniejszych Polek top-modelką płynących tym samym rejsem z Modą Polską na Expo – Montreal 67. W oszałamiającym przepychu szczęśliwej fregaty przeżyłem z nią dziesięć dni i nocy szczęścia absolutnego w najczystszej postaci, by z nią później przeżyć „na kocią łapę”, na przemian w naszym domu w Krakowie i dyplomatycznych salonach ówczesnej Warszawy kilka lat baśniowego życia, jakiego niejedno wzorowe i bogobojne małżeństwo mogłoby pozazdrościć. Niestety ta wielka miłość nie wytrzymała zderzenia dwóch światów – siermiężnego PRL-u i ówczesnego Zachodu, zderzenia szczerości, niemyślenia o jutrze i pogardliwego stosunku do materialnych wartości – ze światem zachodniego materializmu, w którym dominuje blichtr, luksus i duchowa płytkość. Niestety owa romantyczna miłość nie przetrzymała próby czasów w konfrontacji ze szpetotą i perfidią komuny. Dzieje tego nieziemskiego romansu opisałem w powieści autobiograficznej „Magia namiętności” wydanej przez prawicowe Wydawnictwo ARCANA jako zapis fragmentu historii PRL-u . Ta tragicznie zakończona miłość w pewnym sensie zwichnęła mi życie, bo, gdy postawioną przez los bez wyjścia moją ukochaną Ewę uwiódł do Brazylii pewien belgijski dyplomata - coś we mnie pękło na zawsze, jak pokazało moje dalsze życie.

Po tym egzystencjalnym nokaucie, choć niektórym z Was będzie trudno w to uwierzyć leżałem na tapczanie bez życia z wzrokiem wbitym w sufit przez kilka miesięcy, a mój kumpel Adaś przynosił mi nosił mi jedzenie, żebym nie zszedł z głodu. W tym mrocznym czasie, żeby przeżyć swe nieszczęście, postanowiłem w sposób metodyczny zniszczyć w sobie wszystko, co w jest nieodłącznym atrybutem sakramentu miłości między kobietą i mężczyzną. Tak, Tak drogie panie. To nieprawda, że tylko mężczyźni bywają powodem nieszczęść. Z tej czarnej dziury w moim życiorysie pamiętam jedynie, jak w niedalekim sąsiedztwie Czesław Niemen śpiewał o „tym dziwnym świecie”, a Kasia Sobczyk o księciu, co się kochał w róży. Gdy mi się w końcu jakoś udało pozbierać, chcąc zabić tę miłość do końca wkroczyłem w okres rekonwalescencji polegającej na tym, że po analizie rozlicznych wariantów, za optymalną metodę powrotu do zdrowia wybrałem terapię, którą nazywałem „samozachowawczą rozpustą globalną”, która, jak dopiero po latach zrozumiałem była odreagowaniem za policzek jaki młodemu mężczyźnie wymierzyło życie, paradoksalnie za przyczyną kobiety, która mnie kochała nad życie. To był instynktownie samoobronny zew męskiej natury, albo jak ktoś woli podświadomy odwet za krzywdę doznaną od kobiety, którą kochałem jak już żadną inną potem. Na szczęście tylko do momentu, kiedy się urodziła druga moja miłość, czyli moja ukochana córka jedynaczka, której ze świadomego wyboru poświęciłem bez reszty całe moje dalsze, już samotne życie „wilka stepowego”.

Myślę, tu zwracam się do na szczęście nielicznej grupy „niereformowalnych mentalnie pisowców” nierozumiejących tego, co opisałem w znienawidzonej przez nich książce „Podaj hasło!”, że moje postępowanie, które ich tak mierzi było też skutkiem tego, że we wczesnej młodości odnalazłem swoje alter ego nie w literaturze Sienkiewicza, lecz jednej z najbardziej znaczących książek XX wieku, czyli w egzystencjalnej powieści „Wilk stepowy” autorstwa Noblisty Hermana Hesse. Bohaterem tej, jak się okazało rzutującej na moje młode życie książki jest mężczyzna, którego skomplikowana i rozdwojona osobowość staje się pretekstem do osobistych przemyśleń i egzystencjalnych treści. Powieść Hermana Hesse porusza bowiem kwestie wolności, społecznego eskapizmu, nieprzystosowania do mieszczańskiego modelu życia, wolnej miłości oraz dążenia do duchowej wspólnoty z sobą samym oraz przyjaznym stosunkiem do bliźnich, niezależnie od ich zasad życiowych i poglądów politycznych. Obawiam się jednak, że „ortodoksyjni”, powtarzam ortodoksyjni  pisowcy z ich skostniałą mentalnością nie będą tego w stanie zrozumieć. Czas, więc powrócić do mojej opowieści.

Jak już stanąłem na nogi urządziłem sobie słynną w mieście pakamerę nazwaną przez kogoś dość pretensjonalnie „owczarnią” - i tak już zostało. Była to przytulna alkowa, gdzie w odwet za krzywdę, jakiej doświadczyłem, jak modny w tamtych czasach kombajn marki Bizon żąłem niezwyczajnie urodzajne łany krakowskich białogłów, że tak powiem do ostatniego kłosa. A pod kosę szły, jak ćmy do świeczki zmanierowane modelki podkrakowskich Zakładów Futrzarskich, postrzelone studentki Krakowskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej, ekscentryczne intelektualistki wyhaczane z Biblioteki Jagiellońskiej, wyzwolone emancypantki, uduchowione członkinie Klubu Inteligencji Katolickiej, niespełnione połowice miejscowych notabli i przemądrzałych akademickich nudziarzy, żony, flamy i metresy ówczesnych baronów Polskiej Zjednoczonej Partii robotniczej, a także nieprzebrane zastępy wkraczających nieśmiało w życie nowalijek, którym ewentualnie uchylałem rąbka tajemnicy, jak piękne potrafi być życie po wyrwaniu się spod skrzydeł rodziców.

Moją owczarnię sam zaprojektowałem, bynajmniej jednak nie stroniąc od fachowych porad kolegów z architektury. I wierzcie mi Państwo, że był to jak na tamte czasy nad wyraz nowatorski projekt. Była to, bowiem kameralna sypialnia o ścianach poobijanych złotym aksamitem i pomalowanym na czarno sufitem z przykręconym do niego kryształowym lustrem, jakie się zachowało jeszcze po prababci. Całą podłogę zajmował wygodny materac - model Pulman-Yogi, zdobyty na zapisy w jedynym w Krakowie sklepie z meblami z importu. Zaś u progu alkowy leżał na podłodze kupiony w cepelii śnieżnobiały futrzak, wymuszający na zaproszonej pannie zdjęcie pantofelków, jako, że w tym zmyślnym projekcie celowo nie przewidziano sprzętów do siedzenia, by rozzutą pannę zachęcić do wejścia na miękki materac.

Przy materacu zaś wisiał na boazerii przedmiot mojej inżynierskiej dumy, który nazywałem „magiczną skrzyneczką”. Jak na tamte czasy był to unikatowy wytwór polskiej myśli technicznej skonstruowany tak chytrze, iż przy pomocy stosownych przycisków, gałek i pokręteł mogłem nie wstając z materaca sterować przebogatym osprzętem owczarni. Były tedy pokrętła do dyskretnego ściemniania jarzących się tu i ówdzie lampek i kinkietów. Innymi gałkami modulowałem tony dyskretnie sączącej się muzyczki, a rzędem przycisków zależnie od fazy prowadzonej akcji włączałem, bądź wygaszałem szpulowy magnetofon, bądź fornirowany szafkowy telewizor „Tosca Lux” z zawieszoną przed ekranem szybką dającą szpanerski efekt telewizji kolorowej, a także podświetlany barek, grzejnik elektryczny z dmuchawą i ogromny wiatrak na sezon letni. 

W tym wypasionym kokpicie znajdował się również pstryczek o funkcji specjalnej, służący do wypłaszania z alkowy w stosownym momencie mojego spaniela o imieniu Facet. Już śpieszę z wyjaśnieniem. Otóż w fazie oswajania przyprowadzonej do Klubu Lotnika panny Facet odgrywał rolę nie do przecenienia, bowiem jako pies nad wyraz towarzyski łasił się bezrozumnie do każdej bez wyjątku zaproszonej pani, która zwykle nie wiedząc, co zrobić z rękami głaskała ochoczo miłego pieseczka, a ja w międzyczasie opowiadałem zmyśloną bajeczkę jak kiedyś zabrałem z azylu to nieszczęsne zwierzę, zyskując już na wejściu sympatię partnerki. Pieszczony na cztery ręce Facet rozwalał się wtedy do góry łapami i przewracając z rozkoszy ślepiami przyjaźnie pomrukiwał, co stwarzało ciepły nastrój sprzyjający zbliżeniu. Wówczas przechodziłem do kolejnej fazy mojej zmyślnej akcji, czyli pozostania sam na sam z potencjalną aspirantką. W tym kluczowym momencie strącałem nogą z materaca rozmarzone zwierzę, które jednak za cholerę nie chciało odstąpić od boskiej pieszczoty. Gorzej, ten przygłup ustawiał wtedy słupa i patrząc nam błagalnie w oczy przeraźliwie skamlał, żeby go z powrotem wpuścić na materac. Bacząc by panienka nie ostygła, musiałem się jakoś pozbyć tego upierdliwca. Wtenczas wpadłem na pomysł z suszarką do włosów, której to maszyny Facet bał się jak ognia. W stosownym momencie włączałem ów sprzęt awaryjny, wspomnianym przed chwilą pstryczkiem o funkcji specjalnej. Na dźwięk warczącej suszarki Facet jak oparzony dawał nogę do kuchni zaszywając się za kotarą, a ja, jak pająk krzyżak, już bez żadnych przeszkód mogłem ofiarę do reszty rozmiękczyć.

Goszczone panienki lubiły się pokładać na leżącym na podłodze futrzaku nie mając pojęcia, na jakie niebezpieczeństwo były narażone, albowiem pod futrzakiem kłębiła się plątanina gołych kabli pod napięciem, które łączyły magiczną skrzyneczkę z osprzętem owczarni. Ten zawiły splot drutów łączonych na okrętkę zbutwiałą izolacją mógł w każdej chwili sprowadzić prawdziwe nieszczęście, bo choć byłem już wtedy młodym inżynierem to jak już Państwo wiecie geologiem, a nie elektrykiem.

Moja pakamera prosperowała z wielkim powodzeniem, lecz tylko do momentu gdy poznałem Grażkę, moją pierwszą żonę, która jako łodzianka nie miała pojęcia o tajnikach mojej kawalerki. Niestety sielanka szybko się skończyła, gdy jakaś życzliwa koleżanka wyjawiła Grażce w jakiej dziupli mieszka. Do dziś mi serce wali na wspomnienie tego, co się działo, gdy Grażka wpadła do domu jak tajfun i z jadowitą furią w jej błękitnych oczach zasyczała jak żmija: - JAAA CI DAM MAGICZNĄ SKRZYNECZKĘ!!!. Po czym nie dacie wiary, gołymi rękami wyrwała z boazerii przedmiot mojej dumy inżynierskiej. W efekcie, powstałe tu i ówdzie zwarcia elektryczne rozświetliły alkowę blaskiem stogu iskier, a rozjuszona Grażka nie bacząc na skutki gołymi rękami zrywała z podłogi resztki kabli pod napięciem. Aż się zaplątała w goły drut pod prądem i nagle zaczęła jarzyć strzelając iskrami, wypisz wymaluj jak w słynnej scenie wskrzeszania Frankensteina wpisanej na trwałe do historii kina.
Jarzyła tak dosyć długo, bo bezpieczniki zwarte metodą „na gwoździa” nie chciały się przepalić. I nie wiem, czym by się to wszystko skończyło, gdyby nie wywaliło stopek na klatce schodowej.

W ten dramatyczny sposób zakończyłem cudowne czasy kawalerskie. Wyjawię Państwu jednak, że w tajemnicy przed małżonką, udało mi się uratować magiczną skrzyneczkę, którą do dnia dzisiejszego, jak cenną relikwię przechowuję w mojej „Sekretnej Izbie Pamięci”, jaką sobie urządziłem w komórce pod stryszkiem.

Krzysztof Pasierbiewicz (em. nauczyciel akademicki)

Post Scriptum
Ale Dudley Moore miał jeszcze lepszą owczarnię - vide załączony filmik

Poprzednie odcinki:
Podaj hasło – odcinek (1) - http://salonowcy.salon24.pl/71...
Podaj hasło – odcinek (2) - http://salonowcy.salon24.pl/71...
Podaj hasło – odcinek (3) - http://salonowcy.salon24.pl/71...
Podaj hasło - odcinek (4) - http://salonowcy.salon24.pl/72...

Podaj hasło – odcinek (5) - http://salonowcy.salon24.pl/72...

 

 

YouTube: 

GALERIA

...

Forum jest miejscem wymiany opinii użytkowników, myśli, informacji, komentarzy, nawiązywania kontaktów i rodzenia się inicjatyw. Dlatego eliminowane będą wszelkie wpisy wielokrotne, zawierające wulgarne słowa i wyrażenia, groźby karalne, obrzucanie się obelgami, obrażanie forumowiczów, członków redakcji i innych osób. Bezwzględnie będziemy zwalczali trollowanie, wszczynanie awantur i prowokowanie. Jeśli czyjaś opinia nie została dopuszczona, to znaczy, że zaliczona została do jednej z wymienionych kategorii. Jednocześnie podkreślamy, iż rozumiemy, że nasze środowisko chce mieć miejsce odreagowywania wielu lat poniżania i ciągłej nagonki na nas przez obóz "miłości", ale nie upoważnia to do stosowania wulgarnego języka. Dopuszczalna jest natomiast nawet najostrzejsza krytyka, ale bez wycieczek osobistych.

Komentarze

Obrazek użytkownika gorylisko

29-09-2016 [21:05] - gorylisko | Link:

prawicowiec to chyba skrzyżowanie prawiczka z owcą ?? ;-) brzmi to całkiem hmmmm wieloznacznie...

Obrazek użytkownika gorylisko

29-09-2016 [21:05] - gorylisko | Link:

prawicowiec to chyba skrzyżowanie prawiczka z owcą ?? ;-) brzmi to całkiem hmmmm wieloznacznie...

Obrazek użytkownika Krzysztof Pasierbiewicz

29-09-2016 [21:18] - Krzysztof Pasie... | Link:

@gorylisko

"prawicowiec to chyba skrzyżowanie prawiczka z owcą ?? ;-) brzmi to całkiem hmmmm wieloznacznie..."
--------------------
Zapewne to Pana zdziwi, ale po raz pierwszy od dawna jestem skłonny się z Panem zgodzić.

Serdecznie pozdrawiam,
Krzysztof Pasierbiewicz

Obrazek użytkownika janhenryk

29-09-2016 [22:35] - janhenryk | Link:

"Przy materacu zaś wisiał na boazerii przedmiot mojej inżynierskiej dumy, który nazywałem „magiczną skrzyneczką”. Jak na tamte czasy był to unikatowy wytwór polskiej myśli technicznej skonstruowany tak chytrze, iż przy pomocy stosownych przycisków, gałek i pokręteł mogłem nie wstając z materaca sterować przebogatym osprzętem owczarni. Były tedy pokrętła do dyskretnego ściemniania jarzących się tu i ówdzie lampek i kinkietów. Innymi gałkami modulowałem tony dyskretnie sączącej się muzyczki, a rzędem przycisków zależnie od fazy prowadzonej akcji włączałem, bądź wygaszałem szpulowy magnetofon, bądź fornirowany szafkowy telewizor „Tosca Lux” z zawieszoną przed ekranem szybką dającą szpanerski efekt telewizji kolorowej, a także podświetlany barek, grzejnik elektryczny z dmuchawą i ogromny wiatrak na sezon letni."
* Bywalcy tego ekskluzywnego salonu pamiętają, że automatyka gry świateł sprowadzała się do wyłączania światła przez elektrownię, przepalania się żarówek i awarii korków w przedpokoju. Czasem gasły i zapalały się światła w innych budynkach, co dodawało intymności luksusowej i zarazem magicznej pakamerze p. Pasierbiewicza.
Jan Woleński

Obrazek użytkownika Krzysztof Pasierbiewicz

30-09-2016 [09:38] - Krzysztof Pasie... | Link:

@ALL

Drodzy Goście i komentatorzy mojego blogu!

Przed chwilą zadzwonił do mnie jeden z profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego, który jest namiętnym czytelnikiem mojego blogu i zanosząc się od śmiechu obwieścił mi, że po Wszechnicy Jagiellońskiej krążą plotki, iż szefem krakowskiego Klubu Inteligencji Katolickiej ma zostać profesor Jan Hertrich Woleński

Słonecznego weekendu Państwu życzę,
Krzysztof Pasierbiewicz

Obrazek użytkownika janhenryk

30-09-2016 [10:58] - janhenryk | Link:

Komentarz p. dr Pasierbieicza z datą 20.09, g. 18:35 (Salon 24)

"Po przeczytaniu komentarza Woleńskiego na moim blogu, jeden z profesorów UJ zadzwonił do mnie zaniepokojony, że zaskakująca metamorfoza agnostyka Jana Woleńskiego może skutkować tym, że ten niegdysiejszy wróg KK może teraz zostać członkiem zarządu krakowskiego Klubu Inteligencji Katolickiej, a może nawet przewodniczącym.
[...]
ECHO2429.09 18:35".
Nasuwa się przypuszczenie, ze p. dr Pasierbiewicz zadzwonił sam do siebie i to dwukrotnie (drugi raz przed chwilą), podając się, dla zmylenia samego siebie, za profesora UJ. Nastąpiła przy tym zasadnicza metamorfoza rozmówcy p. dr Pasierbiewicza. Najpierw był zaniepokojony, a teraz jest rozbawiony plotkami. To juz tak jest, gdy ktoś nie potrafi spamiętać tego, co nawijał 15 godzin wcześniej.
Jan Hertrich-Woleński
PS1. Zarząd KIK ma prezesa nie przewodniczącego lub szefa, ale to drobiazg.
PS2. P. dr Pasierbiewicz nadal ignoruje moje komentarze.

Obrazek użytkownika janhenryk

30-09-2016 [14:22] - janhenryk | Link:

Znając p. Pasierbiewicza ponad 40 lat,, zafrapowała mnie jego charakterystyka powieści "Wil stepowy" H. Hesse. Ponieważ nie ma tego fragmentu w oryginale książki "Podaj hasło", pomyślałem sobie, że p. KP bardzo rozwinął się w ostatnich latach, skoro prawo o treściach egzystencjalnych i eskapizmie społecznym. Okazało się jednak, ze p. KP po prostu skorzystał z Wikipedii, gdzie można przeczytać:
"Powieść z różnych punktów widzenia przygląda się postaci Harry’ego Hallera – którego skomplikowana, rozdwojona w sobie osobowość staje się pretekstem do osobistych przemyśleń autora i egzystencjalnych treści. Powieść porusza problemy: kwestię wolności, społecznego eskapizmu, nieprzystosowania do mieszczańskiego modelu życia, wolnej miłości oraz dążenia do duchowej wspólnoty z sobą samym i z ludźmi zgodnie z filozofią buddyjską. Wątkiem pobocznym powieści jest analiza muzyki jazzowej jako interesującego zjawiska kulturowego XX wieku."
* Porównując to z tekstem notki, p. KP trochę odjął, trochę dodał od siebie (dodatki są bez większego sensu), ale dowodnie pokazał, że jego wiedza literacka jest wtórna, tj. pochodząca z recenzji i encyklopedii. A mieni sie humanistą od dziecka.
Jan Hertrich-Woleński