Kozak, Tatarzyn, Tusk, Schetyna, Miller, Kwaśniewski

Leszek Miller, ów "żelazny kanclerz" przywódca lewicowy tylko z nazwy, bo przecież zwolennik… skrajnie liberalnego podatku liniowego był powszechnie uważany za pewnika do rządzenia przez 8 lat. Ale złapał lewicowy Kozak lewicowego Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb (Kozaka) trzyma. Czyli złapał Miller Kwaśniewskiego, a Kwaśniewski jego. Energia lewicy koncentrowała się na wzajemnym wykańczaniu się ich liderów, eliminowaniu osób z ich politycznych dworów i zaprzyjaźnionych oligarchów (biznesmeni, którzy udawali się w podróże zagraniczne z Millerem nie byli demonstracyjnie zabierani w podobne podróże przez Kwaśniewskiego- oczywiście mowa o ostatniej fazie konfliktu, jego apogeum). Skończyło się ostatecznie nie na 8 a na 3 latach rządzenia.
Przytaczam ten SLD-owski przykład sprzed niemal dekady, bo dostrzegam wyraźną analogię między tamtą skłóconą rządzącą lewica, a obecnie skłóconymi rządzącymi liberałami. Złapał Schetyna Tuska- Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb Schetynę trzyma. To, co kiedyś było w ukryciu teraz toczy się na zdumionych oczach wyborców PO, dziennikarzy i oponentów politycznych.
Historia konfliktu obu liderów PO jest długa i smakowita. Tuska na Schetynę od dawna podpuszczał Jan Krzysztof Bielecki i ukryty w cieniu, obecnie biznesmen, niegdyś minister łączności w rządzie Suchockiej, eks-działacz KLD Krzysztof Kilian (specjalista przy doradzaniu przy prywatyzacjach)… Premiera na ówczesnego wicepremiera pompował też Sławomir Nowak.
Potocznie uznano w swoim czasie, że za artykułem dziennikarzy- Michała Majewskiego i Pawła Reszki o meczach piłkarskich, w których Tusk przedstawiony jest jako kiepski gracz, boiskowy egoista, chcący tylko strzelać gole i żądający, żeby tylko mu podawać oraz wrzeszczący na przestraszonych kolegów z drużyny- stoi Schetyna, który skądinąd w owym tekście przedstawiony jest piłkarsko znacznie lepiej. Tusk od dawna uważał, że Schetyna buduje sobie samodzielną pozycje w PO, zwłaszcza wspierając swoich kumpli na stanowiska szefów regionów- województw, czyli "baronów". Stąd na przykład dyskretnie wspierał Palikota, używając go od czasu do czasu jako medialnego kija na Schetynę (choć ten, jak to on, przeginał) pisząc choćby o "krwi i spermie na twarzy Schetyny".
Afera hazardowa była tylko pretekstem dla szefa PO, aby pozbyć jej sekretarza generalnego. Wylatując Schetyna postawił się i wywalczył szefa klubu parlamentarnego Platformy i przez szereg miesięcy ciężko pracował, aby skupić wokół siebie tych polityków PO, którzy z różnych powodów byli w cichej opozycji do Tuska, bo nie dostali stanowisk na które liczyli, bo byli upokarzani, co Tusk robi nagminnie, etc. Jednocześnie Schetyna pracował nad zmianą swojego wizerunku. Do tej pory zawsze w PO był dobry policjant- Tusk i zły policjant- Schetyna. Będąc w Sejmie, miał dla zwykłych posłów Platformy dużo więcej czasu, niż wiecznie nieobecny, nie mający czasu i patrzący na kolegów partyjnych coraz bardziej z góry szef rządu. Gensek rządzącej partii zakopał topory wojenne z szeregiem działaczy, z którymi miał na pieńku, pozamykał fronty i jego grupa zwarła szeregi. Spoiwem była niechęć do "dworu" Tuska, ale też poczucie krzywdy za dymisję wicepremiera i szefa MSWiA, którą powszechnie w PO uważano za przesadną i niesłuszną.
A potem już poszło. Tusk zabrał Schetynie funkcję sekretarza generalnego na osłodę dając prestiżową, ale dużo mniej znaczącą funkcje pierwszego wiceprzewodniczącego partii. Gdy ogłosił ten zamiar został ostro zaatakowany przez bliskiego współpracownika Schetyny "barona" mazowieckiej PO Andrzeja Halickiego (wywiad dla "Polska The Times"). Oba obozy boksowały się na regionalnych zjazdach Platformy (Schetyna utracił niespodziewanie Podlasie i poddał się na Lubelszczyźnie, wiedząc że i tak jego człowiek tam nie wygra). Tusk jednak słabł i, chcąc nie chcąc, musiał się sprzymierzyć z "trzecia siłą" w PO, czyli frakcją Grabarczyka. Oczywiście, zawierano chwilowe rozejmy, ale ostatni w grudniu 2010 zerwał Tusk. 22 grudnia na spotkaniu "na szczycie" premier i marszałek Sejmu ustalili, że nowym szefem sądu koleżeńskiego zostanie człowiek Schetyny, były wiceminister gospodarki, który odszedł z rządu po aferze hazardowej, podobnie jak jego polityczny pryncypał. Zresztą od zawsze w PO przewodniczącego sądu wskazywał Schetyna. Tusk obiecał mu to i tym razem. Tymczasem 5 stycznia na posiedzeniu sądu koleżeńskiego zjawił się całkiem niespodziewanie i pierwszy raz w historii te instytucji szef partii i wbrew ustaleniom ze Schetyna zgłosił posłankę Katarzynę Matusik-Lipiec z Krakowa skądinąd związaną z grupa Grabarczyka. Uznał, że kobiety będą łagodzić obyczaje i że trzeba ich większej obecności na różnych stanowiskach w partii. Było to gwałtowne pogwałcenie dżentelmeńskiej (!) umowy ze Schetyną. Kandydatka Tuska wygrała jednym głosem. I to właśnie po tym wydarzeniu Schetyna mając poczucie, że sąd koleżeński za parę miesięcy na wniosek Tuska może wyrzucać także nawet marszałka Sejmu przeszedł do kontrofensywy. Jej elementem było publiczne skrytykowanie opieszałej reakcji rządu na rosyjski raport o tragedii smoleńskiej. Jednocześnie zaatakował projekt zmiany warunków powoływania nowych członków rad nadzorczych i zarządów spółek Skarbu Państwa. Uznał, że prawdziwym celem tej inicjatywy rządu jest wycięcie ludzi Schetyny z intratnych posad w państwowych firmach. Zapewne słusznie. Potem, w wywiadzie dla "Gościa Niedzielnego" marszałek Sejmu pojechał po bandzie mówiąc, że rząd nie przeprowadził żadnych reform!
Walka buldogów, a raczej bulterierów z PO toczy się już na oczach wszystkich przypominając momentami obrzucanie się błotem, rzadziej kisielem, a czasami wręcz porachunki mafijne… Trudno, żeby było inaczej, gdy poparcie dla PO systematycznie zjeżdża po równi pochyłej. Donald Tusk doskonale wie, że w przeciwieństwie do Olechowskiego, śp. Płażyńskiego, Piskorskiego, Rokity, Gilowskiej, czy innych liderów PO wyciętych przez przewodniczącego Platformy- Schetyna tak łatwo wyciąć się nie da. Potrafi kontratakować. Najlepszym tego przykładem jest fakt, że Schetyna dogadał się z Komorowskim i prezydent elekt właśnie Schetynę wskazał na swojego następcę na fotelu Marszałka Sejmu, Tusk dowiedział się już po wszystkim niczym zdradzona zona, która dowiaduje się ostatnia.