Kolejne wewnętrzne fronty otwarte - ostrzał wzmaga się

   W dobiegającym końca tygodniu mieliśmy okazję doświadczyć wielu wydarzeń, zarówno tych większego jak i pomniejszego kalibru, świadczących niezbicie o tym, iż walka klasowa trwa nieprzerwanie, a stawką jest wyrwanie umiłowanej Ojczyzny Dojnej z łap bezlitosnych funkcjonariuszy znienawidzonego reżymu. W owym niezmordowanym boju niebagatelną rolę niezmiennie pełnią bohaterscy bojownicy o wolność i demokrację z (nie pierwszej wprawdzie świeżości) łona nadzwyczajnej kasty, na czele z pewnym heroicznym sędzią z dobrej resortowej rodziny, o fizjonomii całkiem nie wiedzieć czemu przywołującej w mej pamięci nieodmiennie wywijającego złowrogo swą wyniesioną wprost z krowiego pastwiska kietą, szatańskiego halangra o imieniu Fu z obsady oglądanego za gówniarza w PRL-owskim kinie „Złotego Dziecka” z Eddie’m Murphy’m w roli głównej (patrz https://pbs.twimg.com/media/B1KVLbTIEAAgYxJ.jpg – drugi plan), który to imć pan sędzia podczas gdy „tramwajem jedzie na wojnę” czyt. na spotkanie ze swoim rzecznikiem dyscyplinarnym, ośmielającym się zawezwać go na dywanik celem pogrożenia mu małym palcem, strzela sobie selfiki i udziela wywiadów odnajdującym się przez jakowyś przypadek w tym samym przedziale reporterom zaprzyjaźnionych stacji, transmitujących zresztą ów cyrk na żywo (ciekaw jestem czy całe towarzystwo przynajmniej skasowało bilety czy może jednak ów przedostatni sprawiedliwy sędzia objąć je całe raczył swoim immunitetem, zwalniającym osobistości jego pokroju i formatu wraz z osobami towarzyszącymi z tak prozaicznych czynności).
   Jednak - stanowiąc samą forpocztę wyłonioną spośród tyleż niepokornych, co niezawisłych państwa kastowników - rzeczony sędzia-harcownik nie pozostaje na tym jakże odpowiedzialnym odcinku na szczęście osamotniony. Jest przecież jeszcze, nadal trwając uczepiona kurczowo do stanowiska, przypominająca nieco starą ropuchę pani najpierwsza prezes, z którą całkiem nie wiedzieć po co i dlaczego zechciał się spotkać pan premier. Zadziwiać może manifestowana tym samym niewczesna koncyliacyjność, być może mająca na celu wykonanie jakowychś ruchów pozorowanych na użytek zewnętrzny, niemniej jednak wygląda to tak jakby nikt nie brał pod uwagę wywoływanego z szeregach elektoratu zamętu, spowodowanego niezrozumieniem tejże niekonsekwencji w wykonaniu obozu rządzącego, w sytuacji gdy wiele już tego rodzaju gestów dobrej woli pozostało bez odpowiedzi ze strony przeciwnej. Ponadto działalność tzw. Obozu Dobrej Zmiany, w ramach której po dwóch dziarskich krokach naprzód zwykle musi nastąpić przynajmniej jeden wykrok wstecz, jako się rzekło – wydająca się być nakierowaną przede wszystkim na zewnątrz, stanowi zaprzeczenie licznie stawianych przez przeróżnych mędrków diagnoz, oskarżających władzę w pierwszym rzędzie o wszechobecny rzekomo populizm i bazowanie na najniższych instynktach prymitywnych krajan.
   Tymczasem jednak pani najpierwsza prezes, najwyraźniej szarpana i przeciągana w te i we wte przez swoich oficerów prowadzących, względnie miotająca się w te i nazad w zależności od aktualnie doznawanych nastrojów tudzież nachodzących ją uderzeń gorąca, niezwłocznie po owym spotkaniu nie omieszkała zwołać konferencji, na której z niezwykle stanowczą miną wyjawić raczyła - jak na doświadczoną w swym fachu babinę z magla przystało - wszelkie szczegóły odbytej rozmowy, po czym z rozbrajającą szczerością zechciała przyznać się, że do złamania zasady poufności jej treści skłoniły ją rzekome „przecieki”, które najpewniej sama uprzednio incognito sprokurowała, uprzejmie donosząc pewnemu znamienitemu portalowi dezinformacyjnemu jak to jedna baba drugiej babie zwykła nieraz czynić. Można powiedzieć, że tym samym na naszych oczach dokonany został kolejny mistrzowski piruet wraz z potrójnym ritbergerem w wykonaniu kobiecinki piastującej – jak sama rzecze - na mocy konstytucji, bezwarunkowo i dożywotnio na wieki wieków urząd arcyprezeski Sądu Najwyższego i Ostatecznego zarazem, której jak widać najwyraźniej ktoś znowu poczuł się w obowiązku ściągnąć cugle, aby nie ważyła się już więcej, w żadnej opanowującej ją z nagła chwili bezrefleksyjności, spiskować przeciwko frontowi jedności obywatelskiego ruchu oporu. Powinna się cieszyć, że jeszcze żaden szalony Stefan czy inny Trójząb ze swoim starczym komandem, nie zechciał jej ostrzyc w ramach aktu ekspiacji na łyso – jak to za okupacji u nas, a po wyzwoleniu w niektórych „cywilizowanych krajach zachodnich”, zwykło się czynić z paniami, które w celu osiągnięcia osobistej korzyści, bądź po prostu z powodu nagłego - być może również noszącego pewne znamiona bezrefleksyjności - uczucia, śmiały „zadać się” z okupantem.
   Kolejną grupą zawodową, która przypomniała sobie o obowiązku obrony konstytucji, demokracji i praworządności okazali się tymczasem być niezastąpieni nauczyciele. Niezastąpieni dlatego, że jak się okazuje, wbrew złowrogiemu wieszczeniu w wykonaniu przewodniczącego Broniarza, że w wyniku reformy edukacji, przeprowadzanej przez wrażych pisiorów, na bruk wyrzucani będą całymi tysiącami najlepsi fachowcy, teraz okazuje się, zgodnie ze słowami tego samego „pana związkowca”, nie tylko nie są wyrzucani, ale podobnież sami chcą się zwalniać. No chyba, że dostaną 1000 zł podwyżki. Podobnież wyrównałoby to różnice pomiędzy zarobkami nauczycielskimi u nas i w „innych krajach Unii Europejskiej”. No ale skoro nastał już u nas taki dobrobyt, i staliśmy się właśnie państwem rozwiniętym, to hulaj dusza, piekła nie ma – tako w końcu rzecze nawet papa Franciszek. Tak czy inaczej po otrzymaniu powyższej kwoty być może państwo nauczycielstwo zastanowią się jeszcze co dalej, bo oczywiście nie rozwiąże to ich wszystkich kłopotów. A naczelnym problemem jest „chaos w szkole”, spowodowany rzecz jasna wspomnianą reformą i całokształtem działalności tej ministerialnej „suczy” (pewien wysoki sąd orzekł już, iż owego określenia nie można nijak zaliczyć w poczet obraźliwych) Zalewskiej. Ponoć diametralnie zwiększyły się obciążenia związane m. in. z awansem zawodowym, a co za tym idzie „panuje fatalna atmosfera”, czego wyrazu nie omieszkał rzecz jasna dać wspomniany fejkniusowy portal, snując od tygodni za pomocą całego cyklu artykułów rzewną opowieść o tym jak to paniom nauczycielkom ciężko i źle, jak to bardzo chciałyby świat zbawiać, ale nie mogą i jak to muszą łykać prochy z nerwów bo sobie ze sobą nie radzą, a do tego nie stać ich na markowe torebki. I ma się rozumieć nic dla siebie – wszystko dla podopiecznych. Czy czasem czegoś to państwu nie przypomina? Podpowiem hasłowo: rezydenci-altruiści i ich wyczyny z początku tego roku.
   Osobiście miałbym dla owego związkowego towarzystwa wzajemnej adoracji inną propozycję. A mianowicie dlaczego tylko tysiąc? A ja bez kozery powiem - pięć tysięcy, a co – nie stać nas? Dla ambitnego nauczyciela z powołania sky is the limit! Ale nie, może jednak inaczej, spróbujmy jeszcze raz rozważyć wszelkie racje za i przeciw. I chyba jednak zaproponowałbym jednemu paniczykowi z drugą pańcią, którzy nic innego poza „nauczaniem” innych najczęściej nie potrafią robić (znam trochę to roszczeniowe środowisko bo sam w tym zawodzie parę lat miałem okazję przerobić), inne rozwiązanie – a może się byśta jednak wzięli za robotę, ogarnianie tego „zamętu” i poprawianie „atmosfery” zamiast serwować nam kolejne głodne kawałki o tym jak to wam w szkole niedobrze i jak to wymagania wobec was rosną. Rosną bo mają rosnąć. W tym niezwykle odpowiedzialnym fachu nie potrzeba nierobów i obiboków, a - chociażby ze względu na jego specyfikę - mają w nim pozostać najlepsi. Z tego co zaś pamiętam, to dla odmiany owa sławetna „atmosfera” za czasów panowania w resorcie jaśnie Kluzicy, co to swego czasu zasłynęła nowym seks-rekordem, w pół roku zaliczając trzy partie i nie zmieniając przy tym żakietu, a co niewykluczone być może i również bielizny, była za to do tego stopnia wyśmienita, że aż pani minister musiała płodzić do jaśnie państwa listy przypominające o nakazie siedzenia w robocie podczas ferii, tworząc tym samym cudowny twór o nazwie „szkoła bez dzieci”- prawdziwy ideał każdego pedagoga, niekoniecznie ze stajni naszej czołowej krajowej modelki i sex-edukatorki, robiącej jak słyszę ostatnio na kolejnym „bussiness inside trends’owym” spędzie pod tą samą łonetową egidą także za „prelegentkę”, którą to ponadto zdaje się łączy z całym szeregiem portalowych męczennic cały zestaw lektur obowiązkowych z: 1) „Siłaczką” - bo przecież wysiłek to tytaniczny, 2) „Dobrą panią” – we wprowadzaniu ciemnego polskiego ludu w tajniki i meandry seksu trudno byłoby doprawdy chyba o lepszą specjalistkę w tej jakże delikatnej dziedzinie niż nasza rodzima „ikona świata mody” i 3) „Naszą szkapą” - wystarczy zresztą na nią spojrzeć, w składzie.
   Wypadałoby w tym miejscu chyba jedynie powtórzyć za dzielnym wojakiem Szwejkiem niezwykle popularny ostatnio cytat: „bezczelne są te … i zuchwałe”, ze specjalną dedykacją dla opowiadającego co sezon coraz to inne baśnie pana przewodniczącego od broniarzowania nauczycieli, nie pomijając bynajmniej przy tym sławetnych łonetowskim nocnikarzy, którzy dziś niezwykle chętnie udostępniają swoje gościnne czołówki na nauczycielskie gorzkie żale, przy których równie żałośnie wypadają jedynie medialne występy byłych i obecnych posłanek Nowoczesnej, podczas gdy przez całe lata rządów magików od „Zielonej Wyspy”, przy okazji każdego Święta Edukacji Narodowej zajmowali się owi państwo żurnaliści niczym innym, jak szczuciem społeczeństwa na nauczycieli poprzez każdorazowe ujawnianie ich niebotycznych zarobków i mikrej ilości godzin spędzonych przy tablicy, podobnie zresztą jak potrafili niezwykle umiejętnie i ze swadą napuszczać użytkowników swego znamienitego portalu na górników z okazji Barbórki, gdy dla odmiany oprócz pisania o zarobkach, przypominało się o rzekomej „nierentowności” kopalń, która notabene jakiś dziwnym trafem ostatnim czasem odeszła gdzieś w niebyt, nie wspominając już o tzw. hejcie skierowanym na przedstawicieli służb mundurowych, dzisiaj z niewielkimi wyjątkami (operującymi w przestrzeni medialnej jako „pupile Macierewicza”) wręcz hołubionych przez te same media (zwłaszcza jeśli rzeczywiście, ze względu na osławioną „duszną atmosferę”, zdecydują się odejść ze służby). Generalnie całymi latami hamowało się zarobkowe zapędy i ambicje pracowników budżetówki tak, aby nie próbowali urosnąć zbyt wysoko i w rezultacie nie kosztowali platfusistowskiego państwa teoretycznego zbyt wiele (co by na ośmiorniczki nie zabrakło), a z pozostałych obywateli, którzy i tak nie mogli podskoczyć, robiło się psy ogrodnika – ta praktyka ciągnęła się latami i to nie tylko w mediach z niemieckojęzycznym właścicielstwem.
   Obrazu tejże związkowej mizerii i rzewnych historyjek serwowanych w ramach laurek wystawianych tu i ówdzie tej czy innej grupie zawodowej w momencie gdy tyko da się przyszykować ją do jakowychś protestów antyrządowych (ale rzecz jasna tylko wtedy kiedy rząd wyrasta z ugrupowań głęboko niesłusznych), dopełniają rzecz jasna wystąpienia totalniackich tuzów intelektu w postaci chociażby Szablozębego Grzecha, który tak oto rzecze do mości protestantów:
„Jesteśmy po waszej stornie i żałuję, że za poprzednich rządów podwyżki waszych płac nie były wystarczające. Kryzys dawano się skończył, a PiS o waszych pensjach zapomniał. Mogę zagwarantować, że kiedy wygramy wyborczy maraton, zajmiemy się tą sprawą. To samo dotyczy pielęgniarek, ratowników medycznych, strażaków, pracowników służby cywilnej wojska”
Czyli jednak wracamy na Zieloną Wyspę, kryzys się skończył, a dobrze opłacani nauczyciele będą uczyć wasze dzieci, zaś dobrze zarabiające pielęgniarki… itd. itp. Nie wspomni jedynie nasz dzielny Grigor, że kryzys na nowo rozpocznie się niechybnie zaraz po tym, kiedy tylko kułalicjanty łobywatelskie zdołają jakimś cudem wygrać wybory. Ale kogo by tam interesowały takie mało istotne szczegóły.
   Tymczasem jednak idąc za przykładem lidera rozlazło się po mediach totalniackie tałatajstwo, walcząc jak lwy o wyborców. A to niejaki pan Witczak ni to z sardonicznym uśmieszkiem, ni to z udarowym przykurczem na powykrzywianym niczym nastolatek po dopalaczach obliczu, wdzięczy się do państwa żurnalistów, podniecając się niczym pensjonarka kolejnym orzeczeniem z serii loterii sądowej pt. „Gdzie jest prawda”, a to dla odmiany Pizzaboy, którego swego czasu pewien niewydarzony ryży piłkarzyk zrobił szefem resortu obrony (!), wyciera sobie bez żenady rybie usta śp. Lechem Kaczyńskim, opowiadając w wywiadzie dla niezawodnego łonetu jak to za czasów swojej prezydentury był on „zawsze gotowy do dialogu i rozmowy”. W odróżnieniu od sprawującego prezydencki urząd obecnie, rzecz jasna. No patrz pan – po latach jednak wyszło szydło z worka - taki był, jakże popularny w pewnych kręgach, „Zimny Lech” skory do rozmowy, a jednak zawsze ktoś musiał podpieprzyć mu samolot, o schowaniu krzesła w kontekście ostatniej „afery zdjęciowej” nawet nie wspominając. Wspomnianym jegomościom dzielnie sekundują inne groteskowe indywidua w osobach chociażby schetynowatego przybocznego Niutka, czy też innego niezwykle nowocześnie przyczesanego „młodego, wykształconego…” mistrza świata i okolic z osobistym patentem na tekst pt. „załóżmy z góry, że nie zrealizujemy żadnych obietnic wyborczych”, któremu to cytatowi nie należy się zbytnio dziwić biorąc pod uwagę, że jako autor owego bonmotu zaprezentował się szerokiej publiczności były członek personelu kancelarii rubasznego Brąka, nie mający zdaje się w związku z powyższym jakichś szczególnych powodów do tego aby wstydzić się równie znakomitych, „pańskich” wzorców. Otóż tenże przyboczny Niutek, ośmielony jak widać nieco w pewnym kawowo-ławowym paśmie niedzielno-porannym obecnością z kolei u swojego wątłego boku tak cennego, wspierającego młodziana, raczył się poipisać na oczach całych rzesz telewidzów niezwykle błyskotliwą tudzież - trzeba to przyznać - dość oryginalną jak na starego politycznego wyjadacza myślą, że prawdziwi sojusznicy to tacy, którzy nie oczekując niczego w zamian za pomoc, niosą ją z dobroci swojego serduszka, broń Boże nie ze względu na swoje, partykularnie pojmowane interesy. Doprawdy czapki z głów przed nową wykładnią, absolutnie nie mającej nic wspólnego z dziecięcą wręcz naiwnością, niesłychanie wręcz dojrzałej myśli politycznej.
   Z następującej bezpośrednio po tych popisach audycji z lożą w nazwie, w której istotnie wyróżniała się tym razem parka wyliniałych, stetryczałych, leśnych dziadyg rodem wprost  z loży, tyle że balkonowej, znanej z czołówek Muppet Show, uzupełniona dwójką względnie młodych (za to niewątpliwie nad stan i możliwości ambitnych) wilczków, nastąpił ożywiony spór dotyczący tego czy obecna władza degeneruje się przez podział, wzmagając postępujący w kraju chaos czy też może jednak mściwy i wszechwładny Kaczor – nie zdołano także ustalić czy całkowicie opętany gotującą się w nim nienawiścią czy jednak kierujący się zimną kalkulacją z domieszką charakterystycznej dlań przewrotności tudzież obłudy – pociąga po staremu za wszystkie sznurki, na końcówkach których ma podczepione pacynki premiera i prezydenta. Zdania generalnie pozostały podzielone zgodnie z kryterium wieku i ogólnego spierniczenia – być może jednak wyrównujący owe niezgodności przekaz dnia, po prostu jeszcze nie dotarł.
   A w międzyczasie, gdzieś w miejscu oddalonym od tego „tutejszego syfu”, jak się miał zdaje się na sowich taśmach wyrazić z pewną nutką zazdrości któryś z platfusiastych „złotych chłopców” wieszcząc swemu panu brukselski stolec, ten sam właśnie nieco już wymięty klaun z ryżą przyczeską i spec od wspomnianej Zielonej Wyspy zarazem, nie mając jak widać nic lepszego do roboty (kolejny powód do zazdrości) każe się jakiemuś podręcznemu Grasiowi fotografować z marsową miną i - dla kontrastu chyba - z lodem w japie, z którym poniekąd - trzeba przyznać - jest gamoniowi niezwykle do twarzy. Podpis pod publikowanym zdjątkiem powinien brzmieć: "lody, lody, komu lody, jestem lodziarz już niemłody". Nabotoksowana Yjwa od "mogę panu postawić loda?" , radosnych pląsów na berlińskim dywanie, chwalenia opalenizny przygodnie napotkanych plażowiczów i zaglądania ludziom w talerz w środkach komunikacji, z pewnością byłaby zachwycona, zresztą wraz z usmarkaną Sawicką-Cielebąk - tą od "robienia" wspomnianych mrożonek na służbie zdrowia, dla której miała być w tejże działalności przecież "główną macherką". Nawet mąż swojej żony, hrabia na Chobielinie, ten co to wszystkim wokół (bo przecież nie jedynie jankesom, w kolejce ustawiali się także co najmniej dwaj nasi najpotężniejsi sąsiedzi) chciał łaskę robić, najpewniej też przyklasnął. Ciągnie w końcu wilcze ślepia w leśne ostępy, a świńskie ogonki w bezpośrednie otoczenie koryt. W kraju gdzie opozycja łączy się jak leci w imię powrotu do tak utęsknionej władzuni, idąc jednym frontem od Sasa do lasa i rozwijając swe motyle skrzydła w rytm piosnki „Prawy do lewego”, nie może być przecież inaczej.
 

Forum jest miejscem wymiany opinii użytkowników, myśli, informacji, komentarzy, nawiązywania kontaktów i rodzenia się inicjatyw. Dlatego eliminowane będą wszelkie wpisy wielokrotne, zawierające wulgarne słowa i wyrażenia, groźby karalne, obrzucanie się obelgami, obrażanie forumowiczów, członków redakcji i innych osób. Bezwzględnie będziemy zwalczali trollowanie, wszczynanie awantur i prowokowanie. Jeśli czyjaś opinia nie została dopuszczona, to znaczy, że zaliczona została do jednej z wymienionych kategorii. Jednocześnie podkreślamy, iż rozumiemy, że nasze środowisko chce mieć miejsce odreagowywania wielu lat poniżania i ciągłej nagonki na nas przez obóz "miłości", ale nie upoważnia to do stosowania wulgarnego języka. Dopuszczalna jest natomiast nawet najostrzejsza krytyka, ale bez wycieczek osobistych.

Komentarze

Obrazek użytkownika Marek1taki

24-09-2018 [21:13] - Marek1taki | Link:

Niezależnie od tych okoliczności Matka Kurka bez przymrużenia oka rzuca nim na fakt:
"SN już dawno powinien być obsadzony i w tej chwili Prezydent RP miałby na biurku 5 kandydatów do funkcji I Prezesa SN"
To wina nie tylko Gersdorf i mnogich okoliczności. Zwłoka w dopełnieniu obowiązku, który na mocy pichconej wieloośrodkowo ustawy o SN ciąży na...
Z regulaminu SN:
"Rozdział 3. Szczegółowy tryb wyboru kandydatów na stanowisko Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego
§ 8. Zasady i tryb wyboru kandydatów na stanowisko Pierwszego Prezesa SN
Zasady i tryb wyboru kandydatów na stanowisko Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego określa ustawa.
§ 9. Lista sędziów Sądu Najwyższego w wyborach na stanowisko Pierwszego Prezesa SN
Pierwszy Prezes Sądu Najwyższego zarządza sporządzenie listy sędziów Sądu Najwyższego w kolejności alfabetycznej nazwisk z oznaczeniem liczby porządkowej."
https://www.lexlege.pl/rozporz...
Nie wiem czy ten regulamin jest zgodny z ustawą ale skoro I Prezes SN ma zarządzić sporządzenie listy sędziów SN do zgłaszania z niej kandydatów to:
jest pat bo I Prezesa SN nie ma w związku z działaniem ustawy.

Straciłem już z oczu o co w tym biega (a było już wałkowane wiosną) ale z chronologii wynika, że nie wzięło się to znikąd, tylko jest wynikiem ciągu zdarzeń legislacyjnych:
1. Konstytucja w art. 183 pkt.2 "I Prezesa SN powołuje Prezydent RP na sześcioletnią kadencję spośród kandydatów zgłoszonych przez Zgromadzenie Ogólne Sędziów SN", czyli nie ma ograniczeń wiekowych ani intelektualnych do kandydowania, ani zgłaszającego kandydatów. O szczegółach decydują ustawy.
2. Ustawa z 8 XII 2017r. o SN:
"§2.Zgromadzenie Ogólne Sędziów Sądu Najwyższego wybiera kandydatów na stanowisko Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego spośród sędziów Sądu Najwyższego wstanie czynnym, nie później niż na 6 tygodni przed upływem kadencji Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego albo w terminie 14dni od dnia przejściaw
stan spoczynku, przeniesienia w stanspoczynku albo wygaśnięcia stosunku służbowego sędziego Sądu Najwyższego albo zrzeczeniasię stanowiska Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego.
Art.13.§1.Zgromadzeniu Ogólnemu Sędziów Sądu Najwyższego dokonującemu wyboru, o którym mowa w art.12 §2,przewodniczy Pierwszy Prezes Sądu Najwyższego, a w przypadku gdy nie jest to możliwe lub gdy zgłoszono jego kandydaturę – Prezes Sądu Najwyższego najstarszy służbą na stanowisku sędziego"
Już nie każdy może być I Prezesem SN, a do uruchomienia procesu wyłaniania kandydatów jest niezbędny I Prezes lub Prezes SN.
Sprawę upupiło dopiero Rozporządzenie Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 29 marca 2018 r. - Regulamin Sądu Najwyższego przytoczony na początku.

Obrazek użytkownika Vadim Niżyński

24-09-2018 [21:52] - Vadim Niżyński | Link:

Żałosny to poziom publicystyczno-polemiczno-satyryczny(?) nawet jak na Teutonica..