Lwiczka lewiczki (bo przecież nie prawdziwej ideowej lewicy)

... na utartym szlaku ku wodopojom
 
   Dziś rano świeżo upieczony kułalicyjno-łobywatelski nabytek z kawiorowo-lewicowego chowu wystąpił w towarzystwie jak zwykle kretyńsko rozpromienionego ławkowego kandydata, legitymizując go tym samym w domyśle wśród elektoratu zlokalizowanego „jeszcze bardziej na lewo” niż ten dotychczasowy. Tym samym „ nasza pani Basia kochana”, która jeszcze nie tak dawno gromiła z tyleż miedzianym ileż komicznie zmarszczonym czółkiem hipokryzję parlamentarno-totalniackiej opozycji, bez większych skrupułów dołączyła do schetynowego stadła, a zarazem do całego panteonu troskliwie przygarniętych na przestrzeni lat sław takich jak chociażby pewna niesławnej pamięci oraz dwojga nazwisk* jedna z ulubienic wszelkiej maści TVN-ów, która zresztą swego czasu przesiadając się w pół roku przez trzy partie bez konieczności zmiany fikuśnego żakietu wykazała się takim… hmm… jak by to napisać żeby było w miarę oględnie i nie zahaczyć przy tym wprost o najstarszy zawód świata – niechaj będzie, że wykazała się „ponadprzeciętną skłonnością do sprzedajności”, pod którym to względem mogłaby chyba konkurować jedynie z rozpoczynającym swoją drogę polityczną jeszcze w NOP-ie Miśkiem Kamińskim, który jednak dla odmiany w ostatnim czasie na tle niezwykle mocno pobudzonego schetyńskiego przybocznego Niutka, na zmianę prychającego, charczącego, mamroczącego coś pod nosem i głupkowato rechoczącego w pewnym coniedzielnym kawowo-ławowym studiu i dzielnie wtórującego mu Naleśnika Zembaczyńskiego, miał okazję zaprezentować się w sposób niebywale wręcz godny i cywilizowany, co zresztą w towarzystwie wspomnianych jegomościów nie należało prawdę mówiąc do najtrudniejszych zadań. Nie trzeba przy tym wspominać, że rzeczona nomen omen joanka**, przy tejże okazji wyciągnęła do nowotworzonego „projektu” ze swojej macierzystej partii całe grono działaczy których następnie - będąc zaproszoną w charakterze „nowej zdobyczy” na platfusistowski spęd wraz z nitraszącym co nieco doktorem Białonosem obejmującym przy tej okazji jakoweś wielce tajemnicze stanowisko stawiające go na czele nowoutworzonego Ministerstwa Do Spraw Załatwionych - pozostawiła z ową kanapową partyjką niczym przysłowiowego Himilsbacha z angielskim.
   Posunięta już co nieco wiekiem była zandbergowska narzeczona podążyła więc ślimaczym śladem Kluzicy, a obserwując w miarę uważnie obydwie panie można by pokusić się o tezę, że być może nawet obie używają na co dzień któregoś z wynalazków reklamowanego ostatnio szeroko w środkach masowego przekazu twórcy-producenta całej linii kremów do twarzy właśnie ze śluzem ślimaka (autentyk). Co zaś zresztą do samej kluzicowatej prekursorki, to nie zamierzam tutaj ukrywać, iż akurat znajduję się w posiadaniu nieco osobistego sentymentu do tejże „polityczki” choćby z tego prostego względu, że swego czasu jakimś cudownym sposobem została ona przez matkę-partię (obalając tym samym raz na zawsze tezę, że matkę ma się tylko jedną) zrzucona na AD-95 w okręgu wyborczym, z którego pochodzę, w związku z czym natychmiastowo narodził się wśród okolicznej braci pomysł aby zahaczyć któregoś pięknego dnia o jej - pozostające w bezpośrednim sąsiedztwie terenów, po których w dzieciństwie przyszło mi beztrosko hasać - biuro poselskie, po to aby zadać pani poseł jedno niezwykle proste pytanie: jak to jest zasiadać na poselskim urzędzie, będąc zarazem zwykłą… no zgadnijcie kim? Niestety koncepcja nie została zrealizowana ze względu rzecz jasna na bezprzykładną wręcz „zajętość” pani poślini (taki tam feministyczny wynalazek), w związku z którą w owym biurze niezwykle trudno było panią poślicę (j.w.) zastać.
   Juniorzyca Nowacka dokonała tym samym wyboru pomiędzy póki co wirtualnym bytem firmowanym przez pewnego nibysłupskiego przytulasa a całkiem wirtualnym od-bytem zawiadywanym przez schreckliwego Scheta wraz z trzewiami, w których to czeluściach zwykł był on w ostatnim czasie przetrawiać pomniejsze przystawkowe ugrupowania. Co oczywiście nie oznacza, że ów wybór stanowi już po wiek wieków bilet w jedną stronę, a poszczególne role pełnione przy okazji owego dylematu przez takie czy inne twory partyjne, nie mogą jeszcze ulec swego rodzaju odwróceniu, co z pewnością niezwykle ukontentowałoby wspomnianego ciepłolubnego jegomościa, udającego jeszcze do niedawna zainteresowanie perspektywą drugiej kadencji w charakterze z kolei udającego prezydenta – o zgrozo – jednego z pogierkowskich miast wojewódzkich ma Pomorzu. Finalnie jednak przed przyszłorocznym dwubojem wyborczym spodziewałbym się, pomimo początkowego droczenia się (jakie snadnie może się zdarzyć podczas tego rodzaju końskich zalotów), wielkiej koalicji wszystkich ze wszystkimi, w której dodatkowego perwersyjnego gruppensexowego smaczku będzie przydawać nadreprezentacja wszelkich tęczowych jaśków, rabiejów i innych biedron. Zagadką przy tym pozostaje kwestia ileż to procent elektoratu w Polsce egzystuje na co dzień pod hasłem „mogę nawet ze śmietnika wyjadać byleby tylko wraży Kaczor nie rządził”, a także głosuje w myśl zasady „poprzemy pospolite ruszenie pod każdą, najbardziej nawet wynaturzoną postacią byleby tylko dołożyć znienawidzonym po wsze czasy pisiorom”, a ile z kolei - w odróżnieniu do tej niewątpliwej patologii obecnej na co dzień w życiu publicznym - mamy w kraju niepisowskiego elektoratu, dokonującego przy urnach w miarę racjonalnie umotywowanego wyboru, a nie kierującego się tylko i wyłącznie najniższymi instynktami (czyt. nie dającego się chociażby bez przeszkód szczuć przez najprymitywniejszego gatunku billboardy), bo tutaj już nawet trudno jest mówić o jakichkolwiek jako tako zdrowych emocjach.
   Podobnego rodzaju kontrowersje zostały zresztą poruszone w kolejnym śniadaniowym programie telewizyjnym nadawanym dla odmiany przy sobocie w stacji nadającej całą prawdę całą dobę, gdzie wytrzeszczająca z niezwykłym przejęciem do kamery nad wyraz pobudzone ślepka (taki tam syndrom o jednej kawy – że nie będę wchodził w sferę nieco innego sortu używek – za daleko) pańcia prawniczka, w sposób niezwykle godny pełniąca jednocześnie rolę żony swego znamienitego męża, lamentowała o końcu demokracji rozpaczliwie wzywając „wszystkie ręce na pokład” i serwując widzom starą, nie robiącą już na nikim przytomnym wrażenia, śpiewkę o tym jak to „cała Europa” jest zaniepokojona reformą naszego systemu prawnego i jak to sędziowie nie tylko mogą ale wręcz „muszą” (w domyśle „inaczej się uduszą” niczym pewien lokalny gangsterek z „dusznej celi” wraz z odszkodowaniem zasądzonym przez naszego dzielnego Stuleję – od razu wyjaśniam, że nie ma tutaj mowy o przekręceniu nazwiska, a raczej rzecz ma się tutaj w obrazowym opisie kondycji zarówno moralnej jak i hmm… fizjonomicznej rzeczonego najpierwszego sędziego na antykaczystowsko-resortowej barykadzie) słać na Berdyczów, tzn. na Luksemburg swoje żale i zapytania typu „czy jest zgoda Wysokiego Jewropejskiego Trybunału na wyjście podsądnego sędziego do toalety?”. Na to wszystko pewien znany i odpowiednio opatrzony medialnie doktorek, nieodmiennie przywołujący w mej pamięci swym wyglądem wizerunek wyliniałego wyżła, postanowił uświadomić widzów, że żaden PiS żadnej Ameryki pod postacią żadnego 500+ nie odkrył bo przecież „w całej Europie” podobne rozwiązania już od dawna funkcjonują. No popatrz pan, a u nas dopiero do władzy musiał dojść ten niedobry Kaczor żeby wyprowadzić z błędu przeróżnych mędrków z zadatkami na zwykłych złodziei, po staremu twierdzących że na takie głupoty „piniendzy nie ma i nie będzie”.
   Tak czy inaczej jako się rzekło zgromadzeni w studiu przedstawiciele naszych niezwykle światłych „jelit” nie mogli jakoś dojść ze sobą do ładu czy aby odsunąć wrażych kaczystów od w tak nieludzki sposób sprawowanej przez nich władzy, należy iść do wyborów razem ławą czy też osobno zagonami. I mówiąc szczerze sam nie potrafię odnaleźć w sobie odpowiedzi na w ten sposób postawione pytanie. Zwracając jednak uwagę na jakość kolejnych, ujawniających się przy okazji stawania w wyborcze szranki środowisk, pod pozorem „przywracania praworządności i demokracji” ostrzących sobie po staremu wypindrzone pazurki na związane z umiłowaną władzuchną i - cytując jeden z medialno-cyrkowych występów w wykonaniu pewnego znanego w kręgach światowej finansjery londyńskiego rotfeldziarza***, specjalisty od braku „piniendzy” zresztą – oczekiwane „z wielką antycypacją” apanaże, żywię nadzieję, że żadna z powyżej przedstawionych propozycji nie okaże się w finalnym rezultacie trafiona, a wspomnianym wielce elitarnym koryciarzom pozostaną kolejne lata biadolenia i rwania przerzedzonych kudełków z nie chcących niczego zrozumieć łepetynek.

http://naszeblogi.pl/49343-tragikomedia-w-wykonaniu-tzw-elit-opiniotworczych - sama końcówka

** http://naszeblogi.pl/50466-psy-gawlowa-i-inne-przypadki - pierwszy odnośnik pod tekstem oraz http://naszeblogi.pl/50975-liche-toto-wprawdzie-w-obejsciu jako rozwinięcie tematu

*** http://naszeblogi.pl/50986-pinokio-moze-raczej-dzepetto-przed-komisja a jako suplement http://naszeblogi.pl/50805-stare-kadry-na-nowych-frontach