Polak w Chile, Chile w Polsce

Chile... . W tym kraju rozpocząłem swoje drugie półwiecze. Obchodzenie pięćdziesiątych urodzin na krańcu Ameryki Łacińskiej i jednocześnie krańcu świata to bynajmniej nie żadna ekstrawagancja, ani nawet ‒ mówiąc Donaldem Tuskiem ‒ „podroż życia”, lecz po prostu obowiązki służbowe związane z odbywającą się tam sesją Zgromadzenia Parlamentarnego EUROLAT (czyli mówiąc po ludzku: Unia Europejska ‒ Ameryka Łacińska).

Niemiecki rodowód chilijskiej wyższości?

W Ameryce Południowej ‒ ulubione określenie tego kontynentu w czasach PRL, geograficznie słuszne, choć specjalnie chyba abstrahujące od cywilizacyjnych i kulturowych korzeni – byłem szereg razy. Mogę porównać Chile z Argentyną, Urugwajem, Paragwajem, Brazylią, Peru czy Gujaną Francuską, ale też z krajami, które zaliczane są do Ameryki Środkowej, ale jako żywo też są, w wymiarze właśnie cywilizacyjnym, częścią Ameryki Łacińskiej: Panamą i Kostaryką. A jednak Chile jest wyjątkowe. Z wielu powodów. Wspólna dla tego kontynentu, ale jednak specyficzna historia, dominująca w chilijskiej populacji liczba ludzi rasy białej, jakby to kiedyś określono, albo po prosu potomków hiszpańskich zdobywców i późniejszych niemieckich kolonizatorów. Objawia się to, nie ukrywajmy, pewnym poczuciem wyższości obywateli Chile nad kolorowymi imigrantami szukającymi w tym bogatym kraju pracy. To spoglądanie z góry na śniadych przybyszów dotyczy, to ciekawe, każdej klasy społecznej, nie tylko tych najbogatszych mieszkających w stolicy kraju, Santiago de Chile, w specjalnych dzielnicach. To dość powszechne, choć przejawia się tylko w języku, retoryce, a nie, Boże broń, czymś więcej.

Skądinąd jednak autorka „Mi Pais Inventado” („Mój własny kraj”), kuzynka Salvadora Allende – Isabell Allende źródła współczesnego ‒ powiedzmy rasizmu ‒ w Chile szuka nie tyle czy nie głównie w niechęci potomków hiszpańskich konkwistadorów do imigrantów, ale w kolejnych falach niemieckiej emigracji. Kolejnych, bo nie chodziło tylko o tą XIX- wieczną, ale też tych, którzy uciekli do Chile, aby nie odpowiadać za niemieckie zbrodnie w czasie II wojny światowej. Znalazł się w nim choćby „wynalazca” jeżdżących komór gazowych Walter Rauf, który spokojnie żył na chilijskiej ziemi od 1949 roku.

Surowy wzrok wodza Indian

Na ulicach stolicy sznury samochodów. Sporo „krążowników szos”. Słyszę, że to w myśl zasady, że większe auto to oznaka zamożności człowieka. Taki to lokalny szpan.

Surowy wzrok wodza Indian Mapuche – tych eksterminowanych przed półtora wiekiem przez przybyszów z Niemiec – spoczął na mnie, obcym, który wkłada nogę w drzwi nieswojego domu i interesuje się życiem tych, którzy są tu od zawsze. Wódz jest jak polski Janosik. Rzeźby symbolizujące członków plemienia Mapuche spotykam w różnych miejscach, choćby na słynnym Dominicos – specyficznym miejscu w Santiago, gdzie kultura krzyżuje się z historią, gdzie przyjeżdżają ludzie o wrażliwych, artystycznych duszach. Mapuche – symbol Chile...

Na skrzyżowaniu ulic, gdy jedzie się z lotniska do centrum miasta (lub odwrotnie) – żonglerzy. Żonglują piłkami. Dotychczas głównymi żonglerami w tym państwie byli nieszczęśni politycy lewicy rządzący tutaj ostatnie dwie dekady. Prawica wróciła do władzy cztery lata temu, po zwycięstwie Sebastiána Piñery, ale w 2014 nastąpił „come back” duchowych dzieci Salvadora Allende. Ja w każdym razie wolę tych, co żonglują piłkami od tych, co żonglują przyszłością własnego narodu.

Już na lotnisku czytam slogan rodem z socrealizmu, a może raczej z XIX-wiecznej Ameryki Łacińskiej, w której tożsamość narodów budził Simon Bolivar: „Amerykańska solidarność jest możliwa”. Propaganda? Wyrzut sumienia? Przecież ich MERCOSUR (organizacja skupiająca kraje Ameryki Południowej) jest, gdy chodzi o gospodarczą i polityczną integrację kontynentu, daleko w tyle za Unią Europejską. Ale czy o formalną instytucjonalizację tu chodzi? Gdy na forach międzynarodowych Argentyńczycy upominają się o swoje Malwiny, wspiera ich mniej lub bardziej, cała Ameryka Łacińska. Gdy Brytyjczycy bronią swoich Falklandów, spotykają się z dużo mniejszą europejską solidarnością niż tamci.

Chile w polskich oczach

Przeciętny Polak w moim wieku, urodzony w latach 60-tych, nie stroniący od książek musi Chile kojarzyć z Ignacym Domeyką – tym największym ambasadorem polskości w tym kraju. Ten walczący o niepodległość Polski spiskowiec, Kresowiak i więzień caratu, emigrant polityczny, ale też student najbardziej prestiżowych uczelni francuskich, z Sorboną na czele, wyemigrował do Chile i stał się tam ojcem chilijskiej geologii. Miał to rzadkie szczęście, że doceniono go już za życia i to wręcz błyskawicznie, bo po nieco więcej niż dekadzie jego obecności na tym końcu globu, parlament Chile nadał mu (jednogłośnie!) obywatelstwo tego kraju. Zaprzysięgły stary kawaler dobijał pięćdziesiątki, gdy zakochał się w dziewczęciu młodszym od siebie o 33 lata, by ją wkrótce poślubić. Miał dwoje dzieci: syn został księdzem, córka wróciła do Polski. Stop: nie tyle wróciła, bo przecież urodziła się w Chile, ale przyjechała i została w ojczyźnie ojca i ‒ z wyboru ‒ własnej. O Domeyce naprawdę wie każdy wykształcony Chilijczyk.

Ale to państwo było znane każdemu Polakowi urodzonemu w latach 1950 i 1960. Pamiętamy to dobrze: mieliśmy nakazane uwielbiać socjalistyczne Chile, a zwłaszcza jego przywódcę, bohaterskiego prezydenta, który zginął na posterunku w obronie ideałów lewicy Salvadora Allende... Dodajmy: internacjonalistycznej lewicy. Propaganda PRL uczyniła z zabitego podczas przewrotu (puczu ‒ jak to wtedy określano) w 1973 roku Allende wręcz popkulturowego herosa. Trudno zapomnieć, w jakich okolicznościach piłkarska reprezentacja Chile pojechała na mistrzostwa świata do RFN rok później. W barażach w walce o jedno wolne miejsce miała się spotkać z ZSRR. Ale Sowieci odmówili gry na stadionie w Santiago, na którym wcześniej przetrzymywano więźniów politycznych . I tak Chile pojechało do Niemiec, gdzie zresztą niczego nie zwojowało. Inaczej niż 12 lat wcześniej, gdy na Mundialu zorganizowanym u siebie zajęło najlepsze w historii swoich startów w światowych czempionatach miejsce: trzecie. Ten brązowy medal smakował szczególnie: były to dopiero siódme mistrzostwa świata w piłce nożnej i trzecie rozgrywane w Ameryce Łacińskiej. Niewielkie Chile było w niebie. To był pierwszy i jedyny dotąd medal piłkarskich MŚ dla dumnych Chilijczyków.

Po kolejnej dekadzie Santiago de Chile zasłynęło już nie piłką, ale polityką. Lewicowy, antyamerykański i wspierany przez Moskwę rząd Salvadora Allende rozpoczął rewolucję społeczną i zaczął dyskryminować Kościół Katolicki. Lewicowi intelektualiści wszystkich krajów połączyli się i wspólnie zacisnęli kciuki za chilijską lewicę oddając jej swoje pióra oraz umysły. Ale armia miała inne zdanie niż światowa lewica i KC Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego. Obalono władzę Allende, ster rządów objął generał Augusto Pinochet. W PRL straszono nim dzieci, a pojęcie „junta” weszło do kanonu jako synonim wszelkiego zła. Osiem lat od chilijskiej antykomunistycznej kontrrewolucji w Polsce wprowadzono stan wojenny i słowo „junta” ‒ wszak przecież WRON-a to gremium generałów i dwóch pułkowników ‒ nabrało innego znaczenia. Jego tak znaczne spopularyzowanie w latach 1970 w kontekście Chile teraz pasowało jak ulał w kontekście wojny polsko-jaruzelskiej.

Po latach sędziwy generał Pinochet osiadł w Londynie, a w jego ojczyźnie zaczęło się polowanie na prawicowe czarownice, na czele z samym dyktatorem. To z kolei uczyniło z niego ikonę dla światowej prawicy. W końcu lat 1990 do brytyjskiej stolicy udała się delegacja z Warszawy, aby wyrazić solidarność z generałem. Warto przypomnieć jej skład: prawicowy dziennikarz Tomasz Wołek, niegdyś redaktor naczelny katolickiego periodyku „Królowej Apostołów”, a potem jeden z trzech delegatów środowisk narodowo-demokratycznych w kraju na zjazd emigracyjnego Stronnictwa Narodowego w tymże Londynie (początek lat 1990.- i konia z rzędem temu, kto znał tą część biografii redaktora Wołka) oraz prawicowi politycy, obaj z ZChN - Marek Jurek i Michał Tomasz Kamiński (ten ostatni z czasem stal się po prostu Michałem Kamińskim, choć ewolucja nazwiska nie jest jedyną w jego życiorysie). Na lotnisku Okęcie na prawicową delegację czekała lewicowa bojówka, która obrzuciła Wołka et consortes brzydko pachnącymi substancjami. W bojówce tej uczestniczyła między innymi nastolatka Barbara Jaruga-Nowacka, dziś czołowa „polityczka” Ruchu Palikota.

Cóż, można rzec, że żaden inny kraj w Ameryce Łacińskiej nie miał takiego wpływu, choćby pośrednio, na polską klasę polityczną, jak Chile.

XXX

Z dalekiego Chile przez Brazylię i Niemcy wracam do Polski. Kraju, w którym się nie urodziłem. Kraju, w którym chciałbym umrzeć. W samolocie z Santiago do Sao Paulo słucham nokturnów naszego Chopina.

*reportaż ukazał się w najnowszym numerze „W Sieci Historii”