Porządek w Warszawie, porządek w Europie

   Zdaje się, że żyjemy w faktycznie ciekawych czasach bo i co rusz może nas spotkać jakowaś polityczna niespodzianka czy inny „gamechange’rowy” zwrot akcji. Oto na naszym krajowym podwórku objawił się nam nowy szeryf w postaci frywolnego Czaskosia, znanego do tej pory raczej jako specjalista od właściwego układania ust w trakcie prezentowania swoich niebywałych zdolności związanych ze znakomicie przyswojoną francuszczyzną i zadowalania nimi biblijnych patriarchów. Kandydat – niekandydat w ramach swojego „szeryfowania” nie będzie rzecz jasna rozprawiał się z mafią reprywatyzacyjną ani pozbywał się milicyjno-bezpieczniackich złogów z „wahszawskiego hatusza” bo to by przecież uwłaczało jego totalniackiej wrażliwości na krzywdę ludzką, za to w ramach walki o demokrację i prawo do wolności zgromadzeń już zapowiedział, że będzie „super twardo” rozwiązywał kolejne demonstracje i z taką samą determinacją zwalczał nieistniejące problemy w postaci panoszącego się ponoć powszechnie na ulicach stolicy „rasizmu i ksenofobii”. Nie będzie też budował nowych linii metra, dróg, ani tym bardziej mostów (co najwyżej w ramach promowania ruchów LGBT przerzuci dla pedałujących kładkę przez Wisłę), nie będzie w ogóle głowił się nad rozwiązywaniem jakichkolwiek problemów komunikacyjnych, także w wersji makro, bo przecież Okęcie nie wymaga rozbudowy, a jakiś tam CPK to zwykły pisowski wymysł skoro „mamy mieć” przecież lotnisko w Berlinie, a w ramach odkorkowania Warszawy co najwyżej należałoby dążyć do zakazania defilad wojskowych (wprawdzie za słusznie minionych rządów nie przeszkadzały, ale teraz stanowią one już przykład niczym nie popartej kaczystowskiej megalomanii i ewidentne prowokowanie sąsiadów do wojny) w sytuacji gdy na ulicach trzeba cyklicznie odprawiać sabaty pod Sejmem i inne dzikie dumnopedalskie harce, nie będzie usprawniał systemu wywozu i utylizacji odpadów ani nawet usiłował walczyć ze smogiem, w ogóle nie będzie nawet próbował radzić sobie z codziennymi problemami warszawiaków, gdyż skupi się na zabiegach o delegalizację ONR i „innych organizacji neonazistowskich”.
   To nic, że nie udało się żadnych Niklotów ani innych Szturmowców zdelegalizować przez 8 minionych lat, teraz dogonimy i przegonimy tak, że zdelegalizujemy wszystko i wszystkich. Ku chwale Unii Jewropejskiej i naszych demokratycznych przyjaciół z całego świata! A jeśli wraży PiS nie pójdzie tą wytyczoną przez nas ścieżką, to będzie musiało oznaczać, że maszeruje równym krokiem ramię w ramię wraz z całą tą hitlerowską hołotą. Sam zresztą miarowy krok jak się okazuje również może stanowić powód do rozwiązania zgromadzenia – drżyjcie więc przedstawiciele macierewiczowskich bojówek i innych rodzajów Sił Zbrojnych przygotowujący się do Święta Wojska Polskiego, bo już jutro może okazać się, że pani ppor. rez. Gawor uzna, iż kompanie honorowe w drodze wyjątku mogą jeszcze w tym roku poruszać się „główną arterią komunikacyjną Warszawy”, ale na pewno nie krokiem defiladowym, który wśród takich jak ona „zwykłych mieszkańców stolicy” może wywoływać jedynie nieprzyjemne skojarzenia z Niemcami… tfu! …miało rzecz jasna być: nazistami wkraczającymi w 39 roku do stolicy. Prócz tego należy pamiętać, że zdecydowanie preferowany jest kolor różowy, nie żadne tam czarne czy broń Boże brunatne koszule. Tak więc pamiętajcie drodzy mieszkańcy stolicy – furda tam jakieś wasze przyziemne problemy, furda godziny spędzone w korkach, zanieczyszczone powietrze czy smród dobywający się ze stert niewywożonych odpadków – grunt to walka z faszyzmem aby już nigdy żadne 60 tysięcy nazistów nie miało okazji maszerować przez Warszawę, tak by nie mogły na ów fakt utyskiwać żadne jewropejskie guye, napuszczane na co dzień na nasz nieszczęśliwy kraj przez przeróżne brukselskie wynalazki w postaci niesławnych ojców naszej prywatyzacji i „kluczowych reform” z okresu lat 90-tych i innych tamtejszych ekscentrycznych psiapsiół mości Czaskosia stanowiących zarazem całe, nieco upiorne grono zauroczonych nim, mocno posuniętych czasem groupies, zgrupowanych nomen omen w swoisty fan-club, w ramach którego zwykły osadzać swoje na zmianę cellulitowo-hohensteinowe i kościotrupiasto-piterowe poślady na tłustych europarlamentarnych synekurach.
   Tymczasem także i w owej „Chunii” przyszedł czas na nowe porządki i oddzielenie chłopców od mężczyzn. Oto całe grono „żydowskich liderów” postanowiło przywołać do porządku kanclerza krainy, z której wywiódł się był swego czasu główny prokurent „Holocaust Industry”, zarzucając decydentom władającej obecnie ową krainą nie dość jak wyżej prawomyślnej partii, że z premedytacją dopuścili się oni aktu antysemityzmu połączonego z profanacją, planując mianowicie termin szczytu krajów unijnych na czas jednego z ichnich (judejskich) świąt. Wynika z tego jasno, że nasza powszechnie umiłowana, pogrupowana na własny użytek w internacjonalne jaczejki, szlachta jerozolimska, daje szeroko zgromadzonej publiczności jasny sygnał co do tego, kto tak naprawdę winien podejmować istotne decyzje, także w Europie. Sądzę, że kolejnym krokiem winno być wprowadzenie zakazu pracy w soboty (z wyjątkiem przedsięwzięć zarezerwowanych do wykonania dla ściśle wyselekcjonowanej kasty niedotykalnych szabesgojów), a docelowo także i (dla zachowania przynajmniej pozorów równowagi) na okres Ramadanu. Obligatoryjne obrzezanie - ze względów higienicznych, rzecz jasna - stosuje się już od lat powszechnie u noworodków w szpitalach za Oceanem, więc nie ma większych przeszkód aby wprowadzić je również na terenie starokontynenckimego kibucu, gdzie się orze, sieje, ale i będzie się już niedługo ssało jak nigdy dotąd. Dla zamazania różnic i konturów, ale rzecz jasna także po to aby w ten sposób upupione społeczeństwa można było odwieść od nieudolnych prób zafundowania samym sobie powtórki z przeszłości, o którą przecież tak łatwo byłoby w tym antysemickim mateczniku. A i będą mieli okazję owi goje poczuć się prawie tak jakby już byli nasi. A niech się czują, przecież nikt im tego nie jest w stanie zakazać. Tymczasem niech zaczną od obchodzenia naszych świąt, co przecież już się pełną parą odbywa. Tygodnie kultury, festiwale, wspólna, koszerna, radosna zabawa pod gołym niebem – niech się w końcu oswajają ze starą prawdą, że w obliczu reprywatyzacji kamienic, zawsze jeszcze pozostają im ulice. Są tacy, którzy w tym dziele zawsze będą gotowi dopomóc, mieniąc się zresztą - o ironio - być miejscowymi elitami. Ale nie ukrywajmy – bez miejscowych faszystów – prawdziwych lub nie – również się nie obejdzie. A stąd już tylko krok do konkluzji zawartych w poprzednich akapitach.