Końcówka rundy wiosennej w nieco innym ujęciu

   Sezon 2017/2018 rozgrywek Ekstraklasy dobiegł już końca. Na ostateczne rozstrzygnięcia oczekują niższe ligi. Nie będę ukrywał, że okres najzagorzalszego kibicowania mam już od jakiegoś czasu za sobą. Nie zamierzam się tutaj też z nikim licytować na ilość zaliczonych meczy, wyjazdów itp. choćby z tego powodu, że zawsze znajdzie się ktoś, kto ma podobnych doświadczeń i atrakcji w dorobku więcej, a i nie w tym rzecz by robić z siebie weterana i znawcę. Wychowany w mieście, w którym miejscowy GKS, nie wyrosły zresztą nigdy ponad okręgówkę, dość szybko zakończył swój żywot w okresie transformacji, miałem do wyboru przyłączyć się do którejś z grup kibicowskich obstawiających w moim nastoletnim okresie dość mocnymi składami 4 śląskie kluby grające w owym czasie w Ekstraklasie. Mając kumpli po różnych stronach kibolskiej barykady, wybrałem drogę pośrednią. Mieszkając na osiedlu gdzie tradycyjnie kibicowało się najstarszemu śląskiemu HKS-owi, sam swoje „poparcie” rozdzielałem na przodujące w owym czasie na Górnym Śląsku (pod względem bogactwa kultywowanej tradycji, z czym rzecz jasna wiązał się również ilościowy stan kibiców oraz stopień ich sfanatyzowania) kluby górnicze, z których dwa w tamtych latach były obecne w najwyższej klasie rozgrywkowej, a rzesze ich fanatyków bynajmniej nie darzyły się sympatią. Ku mojej nieskrywanej radości kilka lat temu ta sytuacja uległa zmianie. Powstała tzw. Śląska Koalicja, nazywana przeze mnie na użytek własny Zjednoczeniem Górniczym (ach te PRL-owskie konotacje), obejmująca zresztą także najmocniejszy kibicowsko śląski klub z czeskiej strony granicy czyli Banik Ostrava.
   Tyle o własnych sentymentach, jednak finał, do którego w formie wstępu miały zaprowadzić owe wyznania, stanowi konkluzja, zgodnie z którą osobiście wychodzę z założenia, iż niezależnie od preferencji kibicowskich każdemu jako tako zaangażowanemu fanowi piłki kopanej na poziomie ligowym, gdzie niejednokrotnie od poziomu prezentowanej na boisku gry istotniejsze są emocje związane ze specyficzną formą patriotyzmu lokalnego, winno zależeć na tym, aby kluby w najwyższych klasach rozgrywkowych reprezentowały określony potencjał nie tylko finansowy i - co się z tym częstokroć wiąże - organizacyjny, a co za tym idzie także sportowy, ale również, a może przede wszystkim - ludnościowy, którego konsekwencją pozostaje tzw. ruch kibicowski. Do dziś pamiętam czasy kiedy za hańbę poczytywałem sobie fakt reprezentowania Polski w europejskich pucharach przez takie nijakie kluby jak Amica Wronki czy Groclin Grodzisk Wlkp. I tym większą satysfakcję stanowią dla mnie obecne rozstrzygnięcia na najwyższym szczeblu rozgrywek i spadki takich klubów-wydmuszek jak Bruk-Bet Termalica Nieciecza (poza tym, że język można sobie na tej „polszczyźnie” połamać, ktoś w ogóle ma pojęcie gdzie to jest?), bo Sandecja to jednak nieco inna para kaloszy (tutaj decydujący okazał się raczej chyba brak trwałych fundamentów, biorąc pod uwagę podbudowę finansowo-infrastrukturalną).
   Do pełni szczęścia brakuje awansu (obok Miedzi Legnica, która zdążyła już przyklepać przejście do wyższej klasy rozgrywkowej, tak więc szykują nam się pierwsze derby Zagłębia Miedziowego w Ekstraklasie, do których swego czasu blisko było w nieco innej konfiguracji po awansie Górnika Polkowice, jednak w owym czasie Zagłębie Lubin w wyniku degradacji rozminęło się z polkowiczanami, spadając z ligi) któregoś ze „śląskich trojaczków” (nieco paradoksalne określenie pochodzące od nazwy województwa, w którym wspomniane kluby rezydują) lub opcjonalnie Stali Mielec. Najbogatszymi tradycjami piłkarskimi może wylegitymować się ta ostatnia, za to każdy z tych klubów może poszczycić się rzeszami oddanych kibiców wyrastającymi z potencjału ludnościowego, z którego nijak czerpać nie są w stanie żadne Chojniczanki. Niestety wiele wskazuje na to, że zamiast pozbawionych tych walorów Bytovii, Siedlec czy innych Niepołomic z I-szej do II-giej ligi mogą polecieć utytułowane kluby w rodzaju Ruchu czy Stomilu. Będzie to z pewnością stanowiło niepowetowaną stratę dla jakości samych rozgrywek oraz emocji z nimi związanych, wynikających także z rozmachu połączonych z nimi wydarzeń, odbywających się zresztą nie tylko na murawie. Tymczasem do zaplecza Ekstraklasy wraca polsko-śląsko-górniczy klub z Jastrzębia, nadal walczą ŁKS i Radomiak. Odsuwając na bok prywatne antypatie życzmy im osiągnięcia celów założonych na końcówkę sezonu, tak aby w ich zastępstwie nie uzyskały awansu „kluby drugiego wyboru” ze stolic Małopolski i Wielkopolski. Im w zupełności wystarczy to co dziś mają. A widowisko – także to organizowane z poziomu trybun – z pewnością na tym zyska.