Weekend z publicystyką

   Koniec minionego tygodnia obfitował w wielce interesujące „incydenta” w przestrzeni medialno-publicznej, w związku z czym prześledźmy może na początek jakie to atrakcje zaoferowały nam weekendowe programy publicystyczne. Już przy sobocie w porze bez wątpienia popołudniowej, w jakiej to najwyraźniej w kręgach warszawkowo-krakówkowskiej bohemy zwykło się jadać drugie śniadanka, na zakończenie tradycyjnego spędu zwołanego przez pewnego resortowego synalka, zaproszone przezeń pośród innych czcigodnych gości, mieniące się być „dziennikarzem, pisarzem i tłumaczem” indywiduum o raczej – pomimo dumnie prezentowanego twarzowego zarostu tudzież „tatułaży” (różniących się od zwykłych staromodnych dziar tym, że najczęściej są umieszczane, zgodnie z panującym aktualnie „tryndem”, obowiązkowo w miejscach odkrytych) – nieszczególnie kojarzącym się z męskością sposobie bycia oraz fizjonomii przywodzącej na myśl niekoniecznie rasowy egzemplarz dość solidnie utuczonego wieprzka, raczyło wypróżnić się na telewidzów ciągiem bluzgów skierowanych do wyborców o odmiennych upodobaniach politycznych od rzeczonego knurka, w opinii którego pomawianie całego obozu pełzającego totalniactwa o zdradę interesów narodowych nie ma najmniejszej racji bytu z takiego to oto względu, że przecież ”to wy sukinsyny jesteście tak naprawdę zdrajcami bo zrujnowaliście instytucje tego państwa”, w domyśle jakże przychylnego przecież dotąd swoim szarym obywatelom i absolutnie wobec nich (w odróżnieniu od czasów obecnych) nieopresyjnego. Po tym jak wszyscy zgromadzeni w studiu zdążyli już w niemym zachwycie obetrzeć sobie twarze i usta, mości gospodarz tego jakże apolitycznego kulturalno-oświatowo-konsumpcyjnego programu raczył podsumować całość owego ociekającego śliną z niebagatelną domieszką żółci wywodu, określając go mianem „dobrej puenty” całej, skierowanej do jakże elitarnego widza, audycji telewizyjnej. A ja postanowiłem odpocząć sobie jednak co nieco od tego właśnie rodzaju i sortu telewizyjnej „publicystyki”.
   Kolejne odnotowane akordy „polityki miłości”, tym razem ze strony nieco (ale tylko nieco) bardziej „zawodowych” polityków miały miejsce już dnia następnego. Bo i w kolejnej już - tym razem firmowanej przez stację należącą do człowieka, który sam już chyba nie bardzo pamięta jak się tak naprawdę nazywa - śniadaniowej biesiadzie, nie zwyczajny opuszczać podobnych okazji poseł zwany potocznie zwykłą Kierwą, przywołujący zresztą swym apollińskim obliczem wspomnienie dziennikarza-pisarza-tłumacza z dnia poprzedniego, z miedzianym czołem odżegnywał się od - narzucających się w sposób niejako naturalny - interpretacji, jakoby najnowszy happening w wykonaniu pewnego pioniera, za czasów którego prezydentowania został odpalony z hukiem proces „reprywatyzacji warszawskich kamienic” (mowa rzecz jasna o pośle Święcickim, stosownie uświęconym przede wszystkim poprzez zawarcie węzła małżeńskiego, w ramach którego pojął on swego czasu za żonę wybrankę o niewątpliwie pierwszorzędnych UB-eckich korzeniach, w czym również wykazał się nie tylko daleko posuniętym pionierstwem, jeśli nie wręcz wizjonerstwem), uskuteczniony poprzez przywleczenie pod budynek parlamentu ponad 90-letniej staruszki, dla której uprzednio – niewątpliwie przez roztargnienie – zapomniał ów znany szabesgoj wystąpić o wyrobienie czegoś równie prozaicznego jak sejmowa przepustka, miałby stanowić nic innego, jak kolejną ordynarną ustawkę w wykonaniu totalniackiego towarzystwa, które aby tylko przybliżyć swój długo wyczekiwany powrót do upragnionych koryt oraz odsunąć widmo odpowiedzialności za dotychczasowe wyżery (napomknięta Kierwa najpewniej rozpłynęłaby się tutaj pośród błogich westchnień tudzież wspomnień o jakże niesłusznie minionych czasach, bo przecież na Boga, było tak pięknie – i komu to przeszkadzało?), gotowe jest do największych podłości i błazeństw.
   Ów „polsatowski poranek” stanowił jednak jedynie nomen omen przystawkę przed wyjeżdżającymi na stół daniami głównymi. Oto w obliczu „nieuzgodnienia tematów programu” z wielce czcigodnymi zaproszonymi gośćmi w osobie niewątpliwie najbardziej dostojnego posła Misiło w nowym, nadającym mu dodatkowej powagi (tak jakby i dotąd tejże cechy w wykonaniu tegoż wybitnego szopopodobnego przedstawiciela opozycji nie stało) okularowym entourage’u, wspartego znanym Tatądilera („dobry chłopak był…”) prosto z Halicza i nieco już zapomnianym starym ZSL-owskim aparatczykiem, „sprawdzającym się” aktualnie „w samorządach”, postanowili sami zainteresowani opuścić niezwłocznie tak niegościnne studio telewizyjne wraz redaktorem prowadzącym, który ośmielił się z uporem godnym lepszej sprawy indagować rzeczonych działaczy partyjnych o wyrażenie ichże oceny moralnej kuplersko-sutenersko-stręczycielskiej (niepotrzebne skreślić) działalności nadal ponoć czynnego w swej funkcji sekretarza generalnego „największej partii opozycyjnej”, mimo aktualnie odsiadywanej przezeń, choć za nieco inne grzeszki zasądzonej – o zgrozo – sankcji karnej zwanej potocznie aresztem.
   Co i tak stanowiło jedynie preludium do całych pokładów bredni, jakie mieliśmy okazję wysłuchać w kawowo-ławkowym programie nadawanym w ramach całej prawdy całą dobę, ze szczególnym wyróżnieniem dla niejakiej Myszki-WTymMomencie-Agresorki, przy czym należy wyjaśnić, iż ów pseudonim wynika z powtarzania przez ową miss (taki niewinny żarcik) jego środkowej frazy w niemalże każdym wypowiadanym z różnym stopniem niedorzeczności zdaniu. Pani posłanka dwojga, trojga, czy nawet czworga i pięciorga (wzorem niezrównanej Różyczki von Smallhausen und Kinkerhoffen) nazwisk oś swej narracji postanowiła oprzeć tym razem na snuciu wizji własnego ugrupowania jako skupiającego „aktywistów”, którzy „gwarantują więcej uśmiechu, energii i świeżości(!)”, a prócz tego „zdecydowanie” mówią o konieczności przywrócenia „swobodnego” dostępu do aborcji, w ramach to którego „zdecydowanego mówienia” posłowie zrzeszeni w klubie zarządzanym przez formułującą podobne piramidalne bzdury „działaczkę”, nie potrafili jedynie w chwili próby równie zdecydowanie zagłosować.
   Nikt ponadto najwyraźniej pani poślicy nie zdążył wytłumaczyć, że w polityce nie chodzi bynajmniej o to aby uśmiechnięci po świecie w poczuciu spełnienia i samozadowolenia chodzili „pełni energii i świeżości” (której jak rozumiem partia z kropką w tempie przyśpieszonym miałaby nabrać po odejściu tercetu egzotycznego drugiej świeżości, a niejako przy okazji specjalnej troski, złożonego z wczorajszego Ryśka i równie mocno nieświeżych joanek* o imponującym stopniu łoszkliwości**) działacze partyjni, ale aby w efekcie ich właśnie „działań” powody do uśmiechu mogli mieć zwykli obywatele - i to bynajmniej nie ze względu na popełnianą jak do tej pory nagminnie i notorycznie, czy to przez Rycha, czy dla odmiany Kachnę wraz z całą przyboczną kohortą, całą gamę kompromitacji, z których jedynie niewielką część można przy odrobinie dobrych chęci zaliczyć do przydarzających się okazjonalnie niemal każdemu przejęzyczeń, lecz za sprawą spełnianych na ten przykład przez owych działaczy obietnic wyborczych (i to raczej niekoniecznie takich z repertuaru imć nowego wcielenia Kononowicza pt. zlikwidujemy IPN, CBA, urzędy wojewódzkie i co tam nam jeszcze podejdzie pod rękę), czego raczej trudno byłoby dokonać kierując się deklaracjami kolegi klubowego pani Myszykiszki - niejakiego Szłapki – specjaliście od „obiecujemy z góry, że niczego nie zrealizujemy” (notabene cóż za nowatorska forma prowadzenia kampanii).
   Ale to furda. W sukurs przyszedł pani poseł pewien świeżo upieczony ludowiec (przy czym nie jestem pewien czy można ów fakt zrzucić na karb szykowania się na następną już - stanowiącą kolejny odcinek sezonu, w ramach już od lat z pełną konsekwencją tudzież niemałą swadą odgrywanego serialu - zmianę barw partyjnych, w sytuacji gdy nasz dzielny Misiek nadal najwyraźniej zwykł mylić chłopską sukmanę z rdzennie NOP-owską apaszką, w każdym razie mogłoby to oznaczać jedynie tyle, że ów opętany efektem jo-jo linoskoczek nie będzie nas już w stanie jednak niczym zaskoczyć i ogólnie „nuuudaaa…Panie”), który rozpływając się wręcz nad rozlicznymi walorami „młodych, prężnych działaczy i działaczek” z najnowocześniejszej partii na świecie, określanej przez monopartyjnego Miśka jako „konserwatywna” (ku natychmiastowym protestom ze strony pani „szefowej klubu”, których diapazony momentalnie zamieniły program telewizyjny w jarmark, bo przecież członkowie jej partii to absolutnie nie są żadni konserwatyści, a – nie zgadniecie państwo – liberałowie), postanowił upiec przy okazji również swoją (przynajmniej na tę ulotną chwilę) pieczeń na tym kualicyjno-łobywatelskim ogniu, zachwycając się przy tym nad równie „fajnymi i młodymi” działaczami PeeZeL, wynosząc przy tym pod niebiosa zalety znanego młodzieżowca o nazwisku Jarubas (ktoś jeszcze pamięta kto to taki?), który podobnież wykazuje się „taką… niezwykłą skutecznością” na obecnie piastowanym stanowisku (jeśli owa skuteczność choć w ogólnych zarysach przypomina tą prezentowaną swego czasu w kampanii wyborczej, to jestem dziwnie spokojny o losy #nowegoZSL-u).
   Resztę programu, prowadzonego w zastępstwie przez pewnego znanego TVN-owskiego dziennikarzyka z tamtejszego cynglowskiego męskiego triumwiratu (dla pań zarezerwowano w owej stacji osobne honorowe miejsca), zdominowały odmieniany przez wszystkie możliwe przypadki temat „skandalicznej” planowanej podwyżki cen paliw o całe 10 groszy na litrze (przypomnę, że to nadal 2 razy mniej niż fortuna, którą znany z hojności „Czaskoś” raczył podarować swego czasu biednej staruszce), jakby zapominając o historyjce, którą na jednej z taśm zechciał podzielić się swego czasu niejaki Kravitz, a wedle której pewien kiepski piłkarzyk nie omieszkał już w 2011 autorytatywnie orzec, że „teraz to paliwo może być i po 7 złotych” oraz nieśmiertelny serial epatowania niedolą niejakiej Iwony wraz z jej psiapsiółami w postaci kilku kobiecin prosto z salonu kosmetycznego, ścigających po sejmowych korytarzach przy użyciu wózków inwalidzkich wraz z przypadkową zawartością przygodnie napotkanych posłów i zawodzących przy tym na proszalną melodię „pani ministeeeer (intonacja wznosząca), paaaani ministeer (intonacja opadająca)”, w stylu podobnej kociej muzyki testowanej od szeregu lat przez, zasadzające się tradycyjnie gdzieś pod kościołem w celu wyduszenia jałmużny z nieszczęsnych przechodniów, namolne cyganki.
   Ze szczeniackich czasów pamiętam jak artykuły spożywcze tudzież odzieżowe, którymi raczyli, odejmując sobie nieraz od ust i dobrowolnie pozbawiając się - niełatwych w owym czasie do zdobycia w sklepach oficjalnego obiegu - ubrań, obdarowywać owe „przedstawicielki narodowości romskiej” okoliczni mieszkańcy w moim rodzinnym mieście, można było znaleźć później porzucone w kontenerach na śmieci, co najwyraźniej już wtedy miało wskazywać na wykazywaną w pewnych ściśle określonych kręgach niechęć do przyjmowania „świadczeń w naturze”. Z nieco późniejszych lat pamiętam również łebków ścigających się wózkami zakupowymi pod ówczesnymi domami handlowymi i takie to właśnie obrazki dziwnym trafem przywołuje ma pamięć kiedy oglądam kolejne migawki z korytarzy instytucji, która winna być - bądź co bądź chyba - objęta stosowną estymą, chociażby ze względu na majestat Rzeczpospolitej. W każdym bądź razie, pomijając wszystkie inne aspekty tej raczej mało smacznej sprawy, granice żenady, wzmocnionej kolejnymi odsłonami szantażu emocjonalnego, zahaczającego w prezentowanej formie o szczyty montypythonowskiego absurdu i dogłębnym upadkiem żerujących na podsycanym szambie ośrodków medialnych wraz z ich poszczególnymi funkcjonariuszami, a zwłaszcza wspomnianymi funkcjonariuszkami, zostały już dawno przekroczone, wywołując nieodmiennie odruch wymiotny u jako tako wyrobionego widza.
   Jako że dalsze narażanie się na podobną tematykę mogłoby skutkować mym całkowitym opadnięciem z sił witalnych, trudno byłoby mi już zdzierżyć kolejną „lożę”, bynajmniej nie szyderców, bo wyszydzić można by co najwyżej goszczące w nim tuzy dziennikarstwa, z tak znakomitych i różniących się między sobą linią programową tytułów jak GW czy Polityka, okraszone dodatkowo DGP-em czy Rzepą, tak więc aby darować sobie niosące się ku firmamentom kolejne lamenty nad dolą wynoszonych pod niebiosa „opiekunów” niepełnosprawnych, dobywające się z jeszcze niewytartych ust w nagłym trybie uwrażliwionych społecznie „publicystów”, pozwoliłem sobie ograniczyć się jedynie do podsumowania najnowszych wykwitów twórczości nieco spóźnionego gościa programu, brylującego obecnie w ramach hajdarowiczowskiej stajni, który ostatnim rzutem na taśmę raczył wyrazić się o TVP jako instytucji, która (wracając do sprawy „Gawła”) nie ma absolutnie prawa by wytykać podobne postępki temu czy innemu politykowi, gdyż sama w swoich podwojach zatrudnia człowieka, który niegdyś śmiał przyznać się do tego, iż zdarzyło mu się w chwili upadku korzystać z usług podobnych do tych, jakie w apartamencie pana posła (którego to już z kolei w platfusistowskich szeregach?) świadczyły rzeczone panie. A więc jako się rzekło uznałem, że mógłbym już nie zdzierżyć wywodów czterech smutnych panów spijających sobie nawzajem z dzióbków prezentowane – zgodnie z nadesłanymi przekazami dnia, jakimś dziwnym trafem o niemalże identycznym sznycie – poglądy przy akompaniamencie mości prowadzącej, w związku z powyższym postanowiłem sobie tym razem odpuścić rzeczoną przyjemność chociażby ze względu na chęć spożycia z apetytem szykowanego właśnie przez szanowną małżonkę obiadu.
   Po niemalże 10-godzinnej przerwie spowodowanej przedłużającym się, a wywołanym zlustrowaniem kolejnych produktów mniej lub bardziej szczujnych mediów, zmęczeniem pomieszanym z pewną dozą odrazy, zdołałem jeszcze, przełamując narastającą niechęć, rzucić okiem na wieczorne pasmo TVP z audycją prowadzoną przez budzącego u mnie nieodmiennie mieszane uczucia red. Adamczyka. I tutaj o dziwo zostałem (mile bądź niemile – tu kwestia sporna) zaskoczony przez wywodzącą się ze wspomnianej partii z kropką posłankę-karmicielkę, kiedy okazało się, że w szeregach owego ugrupowania można znaleźć jednak osobę nie przywodzącą na pierwszy rzut oka na myśl obrazu nielubianej przez nikogo, przemądrzałej niczym Smerf Ważniak, klasowej prymuski podlizującej się nauczycielom poprzez powtarzanie na kształt echa formułowanych przez nich komunałów, bądź też bez cienia zażenowania plotącej karygodne dyrdymały, myląc słowa i fakty oraz zakrzykując przy tym dyskutantów. Partia jak widać w obliczu ryszardowo-joankowych zdrad-rejterad zmuszona była sięgnąć do najgłębszych rezerw i obawiam się, że przy odrobinie medialnej promocji wspartej sprzyjającą koniunkturą (albo na odwrót), mogłoby to jej nawet wyjść na dobre. Na szczęście to już raczej nie ten czas i nie to miejsce, a na zapleczu przebrzmiałych fasad już teraz najpewniej pełną parą są układane plany na forsowanie następnych, zdobywających na wejściu minimum 10% w zamówionych sondażach, arcyciekawych „projektów” z kolejnymi JFK-ami na białym koniu. Albo innymi Biedroniami na czarnym. Nic tylko życzyć im powodzenia:)
 
* & ** - ze względu na brak miejsca w komputerze;), a także własne, spowodowane uczestnictwem w charakterze widzo-słuchacza w opisanych dość wyczerpująco powyżej weekendowych atrakcjach – prawdopodobnie występujące po lekturze niniejszego mało czytelnego tekstu także u potencjalnego Czytelnika – chroniczne przemęczenie, terminy oznaczone gwiazdką pozwolę sobie wyjaśnić w kolejnym tekście, który winien ukazać się na tutejszych gościnnych łamach już w dniu jutrzejszym, a który będzie traktował dla odmiany o ubiegłoweekendowych, - na szczęście nie tak już forsownych tudzież dewastujących ciało i umysł - zmaganiach z publicystyką internetową. Tych, którzy jeszcze nie wydają się być doszczętnie wycieńczeni, serdecznie zapraszam:)