Kampanie wyborcze z medialnymi zusammen do...

   Ruszyła nam z kopyta „nieoficjalna” kampania do wyborów samorządowych, w ramach której to kampanii-niekampanii kandydat „Czaskoski” raczył się ostatnio wypowiedzieć na temat najnowszej specustawy dotyczącej planowanego Centralnego Portu Komunikacyjnego i w myśl zasady „na złość mamie odmrożę sobie uszy” - czyt. jeśli to pomysł PISS-u (tutaj pojawia się nieodmiennie przywołujący odgłosy wydawane przez lokatorów dawno niedoglądanych terrariów „nienawistny” syk), to już z definicji musi być niesłuszny i do bani, ale kiedy już w końcu, po całych latach wygnania i tułaczki, wrócimy do tak upragnionej władzy, zabierzemy się niezwłocznie za burzenie tych wszystkich inwestycji, firmowanych obecnie przez wraży rząd i postawimy wszystko na abarot - zrugał niemiłosiernie projekt owej ustawy, opowiadając do kamer jak to budowa CPK-u „zdegraduje nam stołeczne Okęcie”. Czyli mówiąc potocznie nasz krakówkowski warsiawiak „w trosce o mieszkańców stolicy” (tak aby na wylot w mniej popularne rejsy nie musieli się oni telepać taryfą zbyt wiele kilometrów poza Warszawę), byłby skłonny storpedować przedsięwzięcie, które w zamyśle miałoby nie tylko odciążyć przeładowane i nieperspektywiczne Okęcie, ale również podebrać pasażerów berlińsko-frankfurckiej konkurencji. No nic, tylko pogratulować. Furda tam jakiś interes narodowy, furda tam pasażerowie spoza „stolicy”, tera najważniejszy jest cel najbliższy – wygrana w wyborach, i to wszelkimi dostępnymi sposobami, ze szczególnym uwzględnieniem tych bazujących na najniższych instynktach w myśl mentalności „nasza chata z kraja”. Czyli gdzieś mamy całą resztę i interes wspólny byleby stolicznaje celebryctwo miało blisko do terminalu na egzotyczne wczasy, no i rzecz jasna aby odwieczny sponsor zza Odry pozostał zadowolony. A w tym celu najlepiej byłoby żeby ten cały LOT upadł. Po cóż on komu? W końcu zawsze możemy latać jakimiś kolejnymi OLT Expressami. To co, że tylko przez chwilę - w ostateczności wejdzie na to miejsce jakaś Lufthansa czy coś.
   W sumie nie dziwi nic. W to wszystko rzecz jasna niezwykle godnie wpisują się nasze dzielne media. Oto pewien aktualnie udający szofera medialny pajacyk na krótkiej gumce, który swego czasu usiłował brylować w porannym paśmie „całej prawdy całą dobę”, poruszając tam niezwykle ważkie tematy, dopóki jego włodarze nie uznali, że ze swoimi zdolnościami lepiej sprawdzi się jednak w telewizji śniadaniowej, prowadząc tam konwersacje na temat metodyki zmieniania pieluch ze ściśle wyselekcjonowanymi „młodymi mamami” z szerokiego świata celebry, otóż ów znany fan Walmarta i konsumpcji swojskich nomen omen samolotowych kanapek zwrócić się raczył do rzeczonego „Czaskosia” na powitanie per „panie prezydencie”, dodając niezwłocznie, że „przecież lepsiejszego niż pan kandydata ni ma”. Nieliczni widzowie łonetowego streamu z początku zamarli pewnie na chwilę przed monitorami, sądząc być może, że najnowsze technologie IT rzeczonego portalu właśnie przeniosły ich kilka miesięcy w czasie, bądź też teleportowały do jakiejś równoległej rzeczywistości. Następnie niejednemu najpewniej przypomniała się osławiona ciężarna zakonnica przejechana na pasach w programie telewizyjnym innego dziennikarskiego wirtuoza z łonetowej stajni, zawiadywanej obecnie przez naszą rodzimą odmianę zaoceanicznego Sweinsteina od #metoo (kto ma wątpliwości, niech sobie porówna fotografie), który to przylizaniec – nie knur – popisał się był swego czasu dość podobnym zwrotem w kierunku - tym razem faktycznie urzędującego - prezydenta pt. ”panie prezydencie niech pan nas ratuje!” (chichot historii stanowi zresztą fakt, że ów prezydent, swego czasu sam porównujący się do ojca obecnie urzędującego premiera, wytykając go przy tym jako „wichrzyciela”, który chciał swymi niecnymi działaniami zniweczyć jego – Lecha niewątpliwe sukcesy, kończy obecnie swoją karierę TW Bolesława, ostatecznie zrywając się ze smyczy swego ostatniego oficera prowadzącego zwanego kapciowym Mieciem, oskarżając go jednocześnie o defraudację). Zobaczymy jednak kogo uratuje mocno jak widać dęty niedoszło-zaprzeszły prezydent-kandydat „Czaskoski”, który wzorem dzikiego Billa ponoć palił, ale się nie zaciągał. Póki co gra idzie chyba o to aby spróbować uratować układ warszawski, a w tym i samego siebie. W każdym bądź razie jeśli nasi dzielni mieszkańcy stolicy po raz wtóry wybiorą sobie kolejną personifikację szczerzącej się do kamer w sardonicznych grymasach Hanki patronki kamieniczników, w postaci tandemu egzotycznego Trzaskowski-Rabiej (do ustalenia pozostaje kto w tym stadle robi za męża, a kto za żonę), to będzie można im jedynie pogratulować pomyślunku i życzyć dalszych sukcesów na drodze wystawiania siebie samego na grabieże i gwałty. No chyba, że przyjmiemy, iż - wzorem mr Rabieja z partnerką - zamieszkującą stolicę większość stanowią już dzisiaj głównie namiętnie uprawiający swój proceder cykliści wraz z niekoniecznie przymocowanymi do ichnich wehikułów zwykłymi pedałami, dla których priorytet stanowi kładka przez Wisłę i tęcze na wszelkich możliwych placach.
   Wracając jednak do wzmożeń medialnych, to tematy ostatnich dni, którymi „żyją zwykli ludzie” obok kolejnej fejk-stłuczki złowrogiego Antoniego, są horrendalne pieniądze jakie wynosi ponoć koszt utrzymania ochrony zupełnie innego typu „instalacji” na Placu Piłsudskiego. Jestem jakoś dziwnie przekonany, że koszt utrzymania funkcjonariuszy chroniącej naszą pionierską „warszawską” tęczę (która w zamyśle „twórców” miała chyba zastąpić warszawską szowinistyczną syrenkę) był w swoim czasie porównywalny, ale kto by tam wtedy sobie takimi szczegółami zawracał głowę. Skończyły się przecież miesięcznice, wraz z kosztami ich zabezpieczenia (ciekawe przed kim, czy czasem nie przed tymi samymi, którzy następnie niezwykle chętni byli aby owe koszty wyliczać?), trzeba więc znaleźć inny temat. Do tego dochodzi gaża kierowcy Prezesa. No, no – tutaj podatnik z pewnością wolałby aby partyjno-subwencyjne pieniądze na nią przeznaczane szły – tak jak za poprzedniej ekipy – na kreacje dla premierzycy (bynajmniej nie „wykreowane” przez córuchnę), ewentualnie na cygara dla kolejnego niezaciągającego się Dondinha, względnie imprezy w klubach go-go. A prezes niech zapycha pieszo, a kij mnie obchodzi, że chodzi o kulach. A poza wszystkim przecież on nie ma żony i konta, co by miał - kotowi sukienki kupować? (w tym momencie zwyczajowo w pewnych niezwykle arystokratycznych kręgach następuje niekontrolowany wybuch szczerego, perliście-rubasznego śmiechu). Przy tego rodzaju okazjach objawia nam się po raz kolejny niezawodny „Czaskoś” jako fanatyczny wręcz fan komunikacji publicznej (jeżdżąc jako poseł  bez biletu zawsze jest w stanie przy tej okazji przyoszczędzić jakieś 20 groszy na jakąś biedną staruszkę), którego swego czasu pierwszą decyzją, podjętą niezwłocznie po objęciu ministerialnego stolca, był zakup nowej limuzyny. Jakimś dziwnym trafem przywołuje mi to skojarzenie z innym rzutkim młodzieńcem, także posiadającym podobnież - rzecz jasna jak najbardziej pozytywnego - „bzika” na punkcie transportu. No i znowu musielibyśmy powrócić do kwestii OLT, lotnisk itp. W zamian za to powinniśmy może jednak zapytać jaką to stawkę za strojenie dziwnych min za kółkiem otrzymuje wspomniany w poprzednim akapicie łonetowy „panie kierowco”.
   Należałoby już może jednak zrozumieć i przyzwyczaić się do tego, że takie i podobne portale goniąc za sensacją i klikalnością dawno już zatraciły jakiekolwiek pozory przyzwoitości tudzież dobrego smaku. A to za pomocą branżowo-bizesowej przybudówki będą za pomocą wprowadzającego w błąd tytułu straszyć Polaków „podatkiem od nieruchomości” czyli opodatkowaniem powierzchni biurowych i handlowych (kto natykając się na podobny clickbait nie da się na pierwszy rzut oka nabrać, że chodzi o jakieś kolejne katastralno-katastrofalne pomysły?), a to skorzystają z łaskawości „wywiadowanych” sław w postaci chociażby niezastąpionej Heni Krzywonos, która z czołówki tegoż samego portalu będzie gromić wszystkich pobierających „pińset plus” jako darmozjadów biorących za darmo coś, czego sobie bynajmniej nie wypracowali. Pani Heni najwyraźniej żal, że ominęły ją owe świeżo wprowadzone apanaże w czasach, gdy wspólnie z „głosującym na innego prezydenta” małżonkiem sama prowadziła rodzinny dom dziecka, zapomniała jedynie o tak nieistotnym szczególe jak sześciotysięczna renta specjalna przyznana jej przez niezrównanego Dondinha niezbyt długo po tym, jak karnie i z wielką swadą raczyła po raz pierwszy publicznie napluć na mściwego Kaczora. Gorzej, że zapytać o ów niuans nie zdołał również prowadzący rozmowę „pan redaktor”. Ale właściwie, jako się rzekło na wstępie - w przypadku tego rodzaju szczujnych ośrodków medialnych pod egidą mości Dekana wraz z kolegami, nic tutaj już chyba dawno nie powinno jako tako uważnego obserwatora zadziwić.