„Nowa wojna” czyli powtórka z rozrywki

   Wygląda na to, że kolejna odsłona wieloetapowego procesu „modelowania” sąsiedztwa Pewnego Państwa Położonego w Palestynie wchodzi właśnie w fazę decydującą. Nic nowego, ktoś może odrzec. A nawet sposób wykonania tego zadania przez „najwierniejszego sojusznika”, odgrywającego w istocie raczej rolę psa łańcuchowego (od czasu do czasu szczutego na ściśle wyselekcjonowanych przechodniów) w tej trwającej od lat ogólnoświatowej hucpie, wydaje się bardzo podobny. Znowu mamy broń chemiczną i gazowanych własnych obywateli, znowu cały świat wyraża „oburzenie”, znów nikt nawet nie udaje, że w jakikolwiek sposób próbuje uwzględniać argumenty strony przeciwnej. Organizacja Narodów Zjednoczonych tradycyjnie wzorem dawnej Ligi Narodów nie istnieje (zaistnieć próbuje tylko wtedy gdy stara się umożliwić PPPP „humanitarny” sposób pozbycia się nieczystych rasowo przybyszów z zewnątrz, obciążając nimi „świat zachodni”, który jak dotąd mało ma problemów z własnymi „uchodźcami” – patrz http://naszeblogi.pl/50081-swiatynna-zaslona-rwie-sie-wpol-kto-przytomnyniech-patrzy), a reżym tradycyjnie jest krwawy, bezwzględny i antydemokratyczny. Nikt ani słowem nie zająknie się o tym, że podczas gdy realne satrapie położone w rejonie Zatoki Perskiej w rzeczywisty sposób duszą w zarodku jakiekolwiek demokratyczne mniej lub bardziej oddolne zapędy swoich obywateli, państwa typu Iran czy Liban, co do których „zapędów” nieustanne obiekcje zgłaszają odpowiednie „fourpijne” (od skrótowca 4P) czynniki należą do najbardziej demokratycznie zarządzanych w całym świecie muzułmańskim. Potwierdza się stara zasada, że demokracja jest dobra kiedy służy nam, natomiast w przeciwnym przypadku w trybie natychmiastowym może zmienić się w krwiożerczą „demokraturę” (od której gorszy może być już tylko „faszyzm”), co i sami widzimy po ocenach naszego własnego podwórka ferowanych przez różnego rodzaju „ekspertów”.
   Tak więc fajne i „cool” są egipskie junty (które trzeba było na nowo obudzić do życia kiedy u tego najpotężniejszego spośród bezpośrednio graniczących z „państwem kluczowym” sąsiadów „Arabska Wiosna” wymknęła się nieco spod kontroli), takoż samo arcydemokratyczne królestwa i emiraty (te położone całkiem blisko i te nieco oddalone, za to ubogacone bezcennymi złożami, z których można obecnie bez przeszkód pełnymi garściami czerpać), fajne są, idąc nieco dalej w kierunku Środkowego Wschodu, takie czy inne państwa ubezwłasnowolnione (w tym jeden –stan) bądź też de facto zarządzane przez zblatowane służby (drugi –stan), fajna też do niedawna była – żeby powrócić w najbliższe sąsiedztwo „Keylandu” tak cudownie zeświecczona kraina, której armia stanowi ponoć nadal podporę NATO, wprawiając się niejednokrotnie w boju podczas licznych antykurdyjskich rajdów. Oczywiście inicjowane przez elity zarządzające niektórymi spośród wymienionych krajów gniewne pomruki na użytek miejscowej opinii publicznej, pozostaną niczym innym jak właśnie gniewnymi pomrukami, ale na szczęście w ostatecznym rozrachunku liczy się nic innego jak Realpolitik. Sytuacja w Syrii wraz z jej bezpośrednim sąsiedztwem komplikowała się od lat, co mogło przywoływać nieco na myśl casus afgański, tyle że z większą ilością liczących się i mieszających w tym kotle na potęgę graczy (bo i sąsiedztwo przecież diametralnie inne - tak jak Korea Płn. ma niewątpliwego farta własnej lokalizacji w bezpośrednim sąsiedztwie złowrogiego chińskiego tygrysa, tak Iran czy Syria mają bezsprzecznego pecha w fakcie swego istnienia w sąsiedztwie jakże miłosiernej Fourpii). W rezultacie cierpią jak zwykle niewinni ludzie, ale kto by się tam nimi przejmował. Zawsze można przecież pchnąć kolejną falę imigracyjną w kierunku jakże gościnnej Europy – i niechże oni się tam przejmują co z nimi dalej począć. A w fourpijnym sąsiedztwie ludność cywilna może spokojnie egzystować jedynie pod butem naszych „przyjaciół”, ewentualnie pewne połacie zamieszkiwanych dotąd krain można skazać na całkowitą bezludność - czy to przy pomocy jakiegoś ISIS-u czy też innych wynalazków. Cały region będzie nam „przyjazny” albo nie będzie go wcale – czyż nie jest to piękna idea?
   Oczywiście przy tej okazji nie omieszkali się również zaktywizować nasi nadal trwający w poczuciu własnej mocarstwowości „słowiańscy bracia” ze wschodu. Dawno ich tam przecież nie było. Jednak oddawszy pole w innych rejonach Eurazji, w których dotąd mieli coś niecoś do powiedzenia i usiłując to sobie odbić w bezpośrednim sąsiedztwie tlącego się od dziesięcioleci konfliktu, mogą tym razem mocno się przejechać w swoich postbezpieczniackich kalkulacjach. Oczywiście nie ulega wątpliwości, że fourpijne towarzystwo także w obecnych warunkach gra na co najmniej kilku fortepianach (i to nie tylko w zaoceanicznym zestawie Republikanie vs. Demokraci), a ichnia (która to już z kolei) międzynarodówka pozostaje na bieżąco „in touch” w takiej czy innej formie. Co się z tego wykluje, pewnie sami czołowi decydenci (nie mylić z wystawionymi w światło kamer kukłami) jeszcze do końca nie wiedzą, w każdym bądź razie postaw czerwonego sukna będzie z pewnością niemiłosiernie szarpany na wszystkie liczące się strony. Nie ulega wątpliwości, że gra toczy się o poważniejsze stawki niż się to może wydawać na pierwszy rzut oka. Czyszczenie pogranicznego przedpola, to przecież tylko preludium do konsumpcji głównego dania pod postacią złowrogiej (odpowiednio w swoim czasie przedstawionej w nieco usypiającej spartańsko-hollywoodzkiej epopei z niejakim Butlerem w roli głównej) Persji, stanowiącej sól w oku i niejako „centralne państwo osi zła”, które należy bezwzględnie w takiej czy innej perspektywie i formie zneutralizować, a takie kraiki jak Liban czy Syria można uznać w tej grze jedynie za niewiele znaczące przystawki. Oczywiście jest jeszcze kwestia ceny, za którą świeżo ujawniony konglomerat mniejświecko-czekistowski będzie w stanie odwrócić się plecami od dotychczasowego - mniej lub bardziej formalnego - sojusznika, ale sądzę że wobec siły fourpijnych argumentów i tutaj wszelkie opory i wątpliwości ulegną prędzej czy później finalnemu przełamaniu, a już na pewno złagodzeniu do całkowicie niegroźnego poziomu, okraszonego co najwyżej jakąś formą rytualnego pohukiwania.
   Oczywiście w tle tego wszystkiego pozostaje, póki co raczej odległa, ale systematycznie zbliżająca się coraz większymi krokami ostateczna rozgrywka z największym eurazjatyckim potentatem jaki stanowią stopniowo osaczane Chiny. Pozostaje interesującą zagadką na którym etapie owego triumfalnego pochodu dzielnych bojowników o ustanowienie Nowego Ładu tryby wprowadzonej przez nich całe lata temu w ruch machiny mogą złowieszczo zazgrzytać. Pośród tych wszystkich zdarzeń i prognoz jako didaskalia należy chyba potraktować zarówno fakt złożenia przez - wchodzącego w buty tutejszego namiestnika mniej wartościowego narodu tubylczego (za red. Michalkiewiczem) - niejakiego Prezydenta Dodę czegoś na kształt hołdu oświęcimskiego wraz z elementem pogrożenia mu (a więc i nam wszystkim) palcem przez przedstawicieli plemienia starszych i mądrzejszych, jak i dochodzące nas ostatnim czasem zza oceanu doniesienia dotyczące rzekomych nacisków na unormowanie wzajemnych stosunków, które ponadto można uznać jeśli nie za niewczesny żart, to raczej za wyznacznik swego rodzaju „mądrości etapu” także wśród tamtejszych elit sprawczych. Można jedynie, tak jak i w przypadku wspomnianej nieco wyżej maszynerii, modlić się o jakowyś zwrot akcji, który tak jak blisko 100 lat temu ustawił naszą nieszczęśliwą krainę na z gruntu odmiennych pozycjach. Póki co mogą nas nadal nieodmiennie bawić „komunikaty dla pospólstwa”, w autentyczność treści których nijak nie jest najpewniej w stanie pokładać wiary sam personel obwieszczających je światu przekaziorów (z wyjątkiem może kilku osób o możliwościach intelektualnych red. Lisa, względnie niejakiego Czuchny). Z okresu II wojny w Zatoce Perskiej pamiętam wypowiedzi naszych telewizyjnych ekspertów na temat tego ile to państwo amerykańskie straci na tej wojnie, nie zyskując niczego wartościowego w zamian (prócz oczywiście satysfakcji z dokonania kolejnego aktu zbawiania świata tudzież wprowadzania - tam gdzie należy, rzecz jasna - „świętej demokracji”, która – jak możemy obserwować na przestrzeni lat – tak wielu ludzi uszczęśliwiła - że się tak wyrażę - „na amen”). Bo przecież każde, nie za często karmione telewizyjną papką dziecko wie, że dany kraj traktowany jako całość niekoniecznie musi zarobić tam, gdzie poza wszystkimi innymi swoją pieczeń na skwierczącym od fosforu ruszcie grillują przeróżni rockefellerni nafciarze i rotszyldziarscy macherzy od sektora zbrojeniowego. Albo i na odwrót, jak tam już kto woli.