Parada świętych krów

   W ostatnim czasie nałożyło się na siebie kilka różnego kalibru zdarzeń medialnych, z których to ciągu w całej krasie wyłania się dość jednolity obraz odwiecznego społecznego podziału na równych i równiejszych w perspektywie i skali zarówno lokalnej jak i międzynarodowej, niezakłócanego zbytnio przez pierwsze, nieśmiałe próby przełamania tego „starego porządku” podejmowane przez środowisko „dobrej zmiany”.
   Pierwszym zwiastunem nałożenia się w przestrzeni medialnej kilku, posiadających swoisty wspólny mianownik, przykładów na powyżej wspomniany podział, stanowiła prowadzona przez wielu poważnych redaktorów niezmiernie ożywiona dyskusja dotycząca wielce frapującego zagadnienia pod wiele mówiącym tytułem „czy aby na pewno wypada”. Czy aby na pewno wypadało i można było krnąbrnemu Władeczkowi przy zatrzymaniu i doprowadzeniu na 10-minutową pogawędkę z dojeżdżającym do niego aż ze stolicy prokuratorem założyć na wypielęgnowane rączęta bransoletki, jak to się zazwyczaj stosuje w przypadku zwykłych śmiertelników, tudzież wyprowadzać go na mróz o tak nieludzkiej porze, czy też z uwagi na jego heroiczne czyny i zasługi sprzed ponad 30 lat należałoby raczej wieczorną porą rozwinąć przed nim czerwonego dywanu, po którym stąpając mógłby w obecności kamer tudzież w świetle fleszy dostojnie wsiąść do oczekującej na niego eleganckiej resortowej limuzyny, z nieodzownym dobrze zaopatrzonym barkiem oraz zestawem dvd w komplecie
   Przez kilka następujących po sobie dni parę kolejnych akordów tej samej melodii w nieco innym wymiarze stanowiły wystąpienia medialne panów tetryków-histeryków z Żydowskiego Instytutu Historycznego(!), stanowiącego najwyraźniej w swej istocie nic innego jak gniazdo służące za miejsce żerowania jaczejki ordynarnych propagandzistów, bynajmniej nie na polskich usługach, chociaż niestety jak najbardziej na polskim żołdzie. Owi starsi panowie dwaj, bez żenady snujący brednie o tym, jak to biedne żydki uciekały przed tradycyjnym polskim antysemityzmem już nie tylko do okupacyjnych gett, ale nawet do konzentrationslagerów, zaprezentowali szerokiej publiczności nie tylko swoje najbardziej odrażające pseudonaukowe wyziewy, wskazując nam wyraźnie na pomijany częstokroć w przychylnych rządzącym obecnie środowiskach fakt, że państwo polskie nadal zwykło hodować na własnej piersi całe kłębowiska niemiłosiernie sobie na nim używających, bynajmniej nie leczniczych, pijawek.
   Prócz tych niewątpliwych zasług na rzecz polsko-judejskiego „dialogu” popisało się owo szacowne grono (na czele którego stoi zresztą pewien nobliwy, tak genetycznie, jak dynastycznie wielce predestynowany do pełnionej funkcji „z zawodu dyrektor”, a jednocześnie były „bezpartyjny kandydat”, prężny działacz oraz dyżurny telewizyjny autorytet moralny, swego czasu będący posłem na sejm z ramienia – jakże by inaczej – Platformy Obywatelskiej, dzisiaj już nieco mniej aktywnie udzielający się w pierwszych szeregach bojowników o wolność i demokrację, w odróżnieniu od swojej równie ideowej latorośli, brylującej od paru lat w stołecznych „ruchach miejskich”) jak przystało na zbiór wydobytych z głębokich czeluści, co do których charakteru nie chciałbym się tutaj szerzej rozwijać, leśnych dziadków, również całkowitą nieznajomością (bądź też świadomym lekceważeniem) nie tylko historii, ale także innych działów wiedzy z „pracą na liczbach” w ramach podstaw statystyki na czele. Myślę, że pokazuje nam to także jak na dłoni prawdziwe oblicze i intencje naszych, jak to wielu „poważnych publicystów” nadal się chyba łudzi, „starszych braci” tudzież „przyjaciół”, nie bardzo wiadomo jedynie czyją kozę miałyby owe indywidua obdarzać swoją przyjaźnią i jak by się owe uczucie dla tej kozy miało skończyć.
   Przede wszystkim ukazuje nam to jednak, że ze strony przeciwnej nie mamy co liczyć na jakiekolwiek poszanowanie dla prawdy historycznej w sytuacji, gdy utytułowani starcy mieniący się być historykami z otwartą przyłbicą śmią wygłaszać takie herezje, licząc na to, że im dłuższy czas upłynął od zakończenia wojny, tym łatwiej będzie wcisnąć ludziom dowolną propagandę na temat zmitologizowanego po kołnierzyk „shoooaaahhh”. Lata odbywanych na eksterytorialnych warunkach hatejourney’s po Auschwitz z przyległościami zrobiły swoje, ziarno wśród młodych pokoleń palestynobójców zostało skutecznie zasiane przy biernej postawie naszych polskich władz, w związku z czym teraz nadchodzi czas aby można było spokojnie przejść do konsumpcji tych zatrutych owoców.
   Z tym zastrzeżeniem, że ci wszyscy zarośnięci i zaokularzeni mędrcy świata, z wyżyn swych nie podlegających dyskusji uświęconych właściwym genealogicznym umocowaniem „autorytetów” gromiący nas, maluczkich wraz z naszymi przodkami aż do 5 pokoleń wstecz, w przeciwieństwie do judzicielskiej młodzieży, dobrze wiedzą, że opowiadają banialuki, co im jednak w owym procederze nijak przeszkód nie czyni. Mało tego – oni mogą wskazać oskarżycielskim szponem każdego, mogą też każdego w dowolny sposób zdemaskować jako antysemitę jeśli tylko ów ktoś ośmieli się z nimi nie zgodzić, nie wspominając o próbie kontroskarżenia, czego przykład mogliśmy naocznie obserwować przy okazji ostatniej imprezy monachijskiej. Dobrze zorientowani we właściwym kierunku „wiatru dziejów” klakierzy będą klaskać im, choćby w ich opowieściach nic nie trzymało się kupy, przy głosach im przeciwnych będą zaś zamierać z oburzenia. W końcu ofiara ofierze nierówna, a i „sprawcy” mogli, w zależności od swego pochodzenia etnicznego rzecz jasna, działać z jak najbardziej wzniosłych czy też chwalebnych lub wręcz odwrotnie - niskich lub też prozaicznie nikczemnych, pobudek
   Wreszcie trzeci element układający się z tymi zawartymi w poprzednich akapitach w jakąś charakterystyczną sekwencję zdarzeń, grupujących na kilku różnych frontach przeciwników wyrwania się Polski z chocholego tańca, w którym nasze światłe elity zwykły utrzymywać ją od bez mała 30 lat, żeby już nie sięgać dalej wstecz. Obrazek żerującego na nieuwadze ubogich staruszek sędziego-doliniarza, który po wydanym w jego sprawie uniewinniającym wyroku z triumfalnym uśmieszkiem przypuszcza frontalny atak na dziennikarzy, którzy ośmielili się podważać jego niewinność i wiarygodność, postponując ich na korytarzach Sądu Najwyższego, podobnie jak sposób interpretacji przez, już nie Wysoki, ale wręcz Najwyższy Sąd obrazu z kamery monitoringu  (czyż można by pokusić się o bardziej namacalny dowód w sprawie popełnionego czynu?) przejdzie z pewnością do historii jako żywy przykład poczucia nietykalności u przedstawicieli nadzwyczajnej kasty.
   O zasygnalizowane poprzednio zagadnienia i zdarzenia już w swej pisaninie gdzieniegdzie zdarzyło mi się zahaczyć, pochylmy się zatem nad ich dopełnieniem zawartym w postaci tego ostatniego „casusu”, jak najbardziej sądowego zresztą. Finalna scena tego dramatu została już powyżej przywołana. Cofnijmy się więc nieco – oto jeden z pełnomocników pana sędziego snując opowieść o przysłowiowym wręcz roztrzepaniu, będącym immanentną cechą każdego szanującego się geniusza, także tego realizującego się na sali sądowej Sądu Rejonowego w Mławie czy innym Żyrardowie, poprzez ferowanie tam swych salomonowych wyroków, przywołuje z pamięci dzieje naszego dzielnego protagonisty jeszcze z czasów jego heroicznej walki o dyplom: „Na studiach zabierał kodeksy, znikało repetytorium – on tak po prostu ma”. Tak więc panu pełnomocnikowi wraz z całą jego świtą pełnomocnych pomagierów zaangażowanych do tej jakże zawikłanej i niejednoznacznej sprawy podpowiadam – to nie są objawy żadnego roztargnienia, to jest zwyczajna kleptomania!
   Idźmy dalej - przyjrzyjmy się scenie, w której jakaś żałosna płaczka, w którą na tę okoliczność przedzierzgnął się był pan pałnomocnik, usmarkana niczym posłanka Sawicka, przy uniewinnieniu której inny wysoki sąd powoływał się swego czasu się instytucję „owoców zatrutego drzewa”, która to instytucja w polskim prawie zwyczajnie nie występuje (pan sędzia -  i to nie byle jaki, bo Sądu Apelacyjnego - po prostu naoglądał się hollywódzkich filmów i zainspirowany jak widać nurtem występującym dość powszechnie za oceanem pod wiele mówiącą nazwą dramatu sądowego, postanowił przy tej okazji przenieść choć na chwilę przynajmniej jakiś ułamek owej amerykańskiej rzeczywistości na nasz krajowy grunt, przeszczepiając przy tej okazji również w całej rozciągłości ów pierwiastek dramatyczny), otóż owa robiąca za sędziowskiego adwokata roztrzęsiona lelija, okazuje się być również sędzią i to Sądu Okręgowego!
   Jak te wszystkie sceny świadczą o kondycji nadzwyczajnej kasty? Myślę, że nie inaczej niż usprawiedliwiana swego czasu przez rzecznika SN po zaistniałym fakcie kondycja umysłowa „sędziny nad sędziami” mrs prof. Gersdorf, która w wyniku narastającego przemęczenia i pod wpływem dojmującego stresu (spowodowanego najpewniej przedłużającą się koniecznością nieugiętego trwania w roli ostatniego bastionu na barykadzie walki o praworządność i demokrację z wrażym kaczystowskim reżymem) przez pomyłkę i – uwaga – roztargnienie, trafiła swego czasu przypadkiem do pałacu prezydenckiego na zaprzysiężenie któregoś z sędziów TK, uważanego ówcześnie przez większość „środowiska sędziowskiego” za dublera, a przez to i pariasa, czym również sama obersędzina nie omieszkała się rzecz jasna różnym najbardziej wojowniczym szermierzom boju o wolność i niezawisłość narazić, do tego stopnia, że z gardeł niektórych namiętnie okupujących wejścia do „wolnych sądów” uchwytów na świeczki dobył się stłumiony nieco narastającą trwogą okrzyk „zdrada!”, co zresztą musiało niechybnie sprokurować przytoczoną powyżej reakcję pana rzecznika. I w tym przypadku rzuca się w oczy, jak przytoczona w spłodzonym naprędce w ramach owej reakcji oświadczeniu, „bezrefleksyjność” urasta do roli nieodzownego elementu warsztatu sędziowskiego, o czym powinno się chyba zacząć nauczać młodych adeptów na wydziałach prawa. Iluż tu już mamy działających bezrefleksyjnie głównych bohaterów sal sądowych, na wszystkich zresztą szczeblach przybytków ociemniałej ze wstyduTemidy.
   Wracając jednak z owych wyżyn do prozy życia uosabianej przez lepkie z roztargnienia rączki pana sędziego tym razem najniższego szczebla (w końcu dobrze wiemy, że im wyższy szczebel, tym i apetyty większe – przecież nie jest tajemnicą, że w „zabezpieczanie” takich głupich 50 zł bawić się warto jedynie na prowincji – że sięgnę ponownie po złote myśli sędziny Gersdorf w konfrontacji z terminologią pewnego oficera starszego, który lata temu dał się przyłapać na wprawianiu się w „sędziowskich” przyzwyczajeniach, podprowadzając spod remontowanego bloku, w którym zamieszkiwał, rozłożone przy nim rusztowania warszawskie), chciałbym przytoczyć pewną historyjkę z życia bliskiej mi osoby, toczącej się zresztą w dość symilarnych okolicznościach.
   Kilka lat temu owa osoba w charakterze klientki podjechała pod dystrybutor stacji paliw z intencją napełnienia baku prowadzonego pojazdu. Do samochodu podszedł pracownik obsługi, z zamiarem wykonania tejże czynności. Zapytawszy „za ile?” otrzymał odpowiedź „za 100”, po czym niedoszła klientka zorientowała się, że jej własny portfel pozostawiła sobie tymczasem bezpiecznie w domowych pieleszach, a co za tym idzie nie posiada ona przy sobie wystarczającej ilości gotówki aby uregulować stosowną należność za spodziewaną usługę, w związku z czym zwróciła  się ponownie do stojącego z pistoletem dystrybutora w dłoni „obsługanta” słowami „niech pan nie tankuje!” i w przeświadczeniu, że nie miał on szansy rozpocząć procesu napełniania baku paliwem, wsiadła do pojazdu, uruchomiła silnik, po czym będąc przepełniona niczym innym jak dobrą wolą, zwyczajnie odjechała. Całe zdarzenie również i w tym przypadku zostało uwiecznione na zapisie pochodzącym z kamery przemysłowej, na którym widać absolutny brak reakcji pracownika stacji na kolejne podejmowane przez klientkę czynności.
   Okazało się, że pracownik zdołał uprzednio odkręcić korek od wlewu i uruchomić dystrybutor, po czym zatankować za sumę kilkunastu złotych, o czym rzecz jasna nasza bohaterka nie miała pojęcia. Odjeżdżając ze stacji benzynowej bez, pozostawionego w ręku pracownika stacji, korka od wlewu wartości ok. 100 zł, wykazała się ona faktycznie czymś na kształt roztargnienia, za którego dodatkowy przykład można uznać fakt pozostawienia w miejscu zamieszkania osobistego portfela, być może jeszcze większym roztargnieniem (zamyśleniem?) wykazał się pracownik stacji, nie reagujący w żaden sposób na kolejne kroki obsługiwanej osoby zmierzające do opuszczenia stacji. I za ów akt roztargnienia rzeczona klientka została ukarana sądownie grzywną w wysokości 300 zł. Korka od wlewu rzecz jasna nie odzyskała. No ale przecież sama sobie winna - mogła przecież zostać sędzią. Dam sobie łeb urwać, że wtedy co najwyżej pracownik stacji mógłby doznać jakowych nieprzyjemności związanych z potencjalnym zaborem mienia w postaci korka od wlewu paliwa. I nijak nie dałby rady wytłumaczyć się przed wysokim sądem własnym „roztargnieniem”.