Mój Ojciec zmarł 10 lat temu, miałby dziś 101 lat

Muzyk, pisarz muzyczny, naukowiec. Z charakteru zapaleniec, z temperamentu choleryk, ale tryskający poczuciem humoru, z żelazną dyscypliną w pracy; zaprzyjaźniał się z całym światem, z każdym psem, kotem i brzózką. I wśród ludzi miał mnóstwo przyjaciół.
Witold Rudziński - 13.03.1913 - 29.02.2004, kompozytor i muzykolog, znawca Moniuszki i Bartoka, twórca teorii rytmu muzycznego
Nuty mojego Ojca to nuta rodzinności, nuta polskości i nuta kultury. Przeplatały się przez całe Jego życie. Była też tu nuta religijna i społeczna, byli przyjaciele. I to chyba w największym skrócie oddaje, kim był mój Ojciec.
Przedstawiciel inteligencji polskiej i skromnego ziemiaństwa z mocnymi korzeniami, dość staroświecki ale z luzem i tolerancją właściwymi artystom, otwarty na świat, ale oddany rodzimej kulturze jako części kultury europejskiej i uniwersalnej. Typowy polski los na Kresach pod koniec zaborów. Ojciec urodził się 14 marca starego stylu 1913 roku pod zaborem rosyjskim, w Siebieżu pod Witebskiem, dokąd skierowano mojego dziadka, lekarza; lekarzy co rok wtedy delegowano w inne miejsce carstwa rosyjskiego. Następnym etapem rodziny była Moskwa i jej okolice, osiedle Pietuszki, słynne z opowiadania Jerofiejewa. Tam zmarła w styczniu 1915 roku na galopujące suchoty matka Ojca, a moja Babcia, Maria Teresa z Rewieńskich, nauczycielka, gdy Ojciec miał niecałe dwa lata. Pochowano ją w Moskwie. Ojciec Ojca, Dziadek Henryk Rudziński, pochodzący spod Wilna, wykształcił się na  Akademii Medycznej w Dorpacie (dziś Tartu w Estonii). Jak pisze Wikipedia: „Podczas zaborów w Polsce, szczególnie zaś po zamknięciu przez władze carskie Uniwersytetu Warszawskiego, kształcili się tu Polacy, nie chcący zdobywać wiedzy na uczelniach rosyjskojęzycznych w Królestwie Polskim oraz Rosji czy innych częściach Imperium Rosyjskiego”. Dziadek powołany był na I wojnę światową jako carski oficer medyczny. Uciekł do Legionów i powrócił z wojny prosto do Polski z gen. Dowborem Muśnickim. Jego biogram figuruje w „Polskim Słowniku Biograficznym”.
Ojciec mój zatem przeżył trzy wojny – dwie światowe i jedną polsko-sowiecką w 1920, przeżył też na Ukrainie Wielką Socjalistyczną Rewolucję Październikową 1917 roku, o czym zaczął mówić dopiero w ostatnich miesiącach przed śmiercią w 2004 roku. I wojnę światową babka Ojca, Anna z Erranów Rewieńska z mężem Kazimierzem, kolejarzem, i kilkorgiem dzieci oraz wnukiem Witoldem, moim Ojcem, spędzili w niewielkiej miejscowości Znamienka na Ukrainie. Panował głód, chłód i Czeka. Ojciec był całkowicie dwujęzyczny, polsko-rosyjski. Opowiadał, że w Znamience w domu mówiło się tylko po polsku, a babka Anna uczyła go po polsku „pisać, czytać i rachować”. Za progiem nie wolno było odezwać się po polsku, dzieci mówiły po rosyjsku lub ukraińsku.
W 1920 roku zmarł Kazimierz. W 1922 powstała krótkotrwała możliwość powrotu do Polski w ramach tzw. opcji. Babka Anna, już wdowa, oraz stryj Ojca, dr Cezary Rudziński, którego losy również rzuciły do Znamienki, podali się u władz jako małżeństwo z dziećmi i powrócili do Wilna zabierając gromadkę złożoną z dwanaściorga swoich (ale nie wspólnych) i przybłąkanych polskich dzieci.
Ojciec powrócił do Polski, do Wilna jako dziewięcioletni chłopiec. Wtedy, jak opowiadał,  pierwszy raz w życiu spróbował masła; choć wygłodzony, nie mógł go jeść, wydawało mu się za tłuste. Na Ukrainie jadali kaszę czasem kraszoną olejem, kilka razy w życiu próbował cukierka. W domu obok ojca, Henryka, oczekiwała go także druga żona ojca, Maria z Trośników i półtoraroczny braciszek przyrodni, Mietek.
Oczarowanie muzyką przyszło, gdy Ojciec miał 15 lat. Do Wilna przyjechała objazdowa opera z „Faustem”. Młodziutki muzykalny chłopiec, zachwycony przedstawieniem, śpiewał arie z „Fausta”, aż zdarł nieodwracalnie głos, ledwie tknięty mutacją.
Do końca życia mówił o swej matce, jak o żywej i znanej mu dobrze osobie, choć trudno uwierzyć, żeby ją zapamiętał, gdy miał niecałe dwa lata. Wspominał swego ojca, opowiadał z uniesieniem o nauczycielach i kolegach ze szkół. Parę lat uczęszczał do szkoły jezuitów w Wilnie, gdzie w wieku 10 lat siedział w ławce z trochę starszym Wiktorem Trościanką, później z Wolnej Europy (jak się okazało w latach 90., był on TW, zdążył niesprawiedliwie obsmarować mojego Ojca jako lizusa szkolnego). Potem do gimnazjum Zygmunta Augusta, gdzie wstąpił również do harcerstwa. Pamiętam, jak jako 70- i 80-letni człowiek biegał na zbiórki, na które przychodzili już tylko staruszkowie o 10 lat od niego młodsi...
Marzył o studiach muzycznych, na polecenie ojca poszedł najpierw na slawistykę (kierunek bohemistyka, czyli czeski) na Uniwersytecie Stefana Batorego, a dopiero potem podjął naukę w Konserwatorium Muzycznym. Podczas studiów działał społecznie – miał dyżury w świetlicy dla dzieci robotniczych, był w Akcji Katolickiej, uczestniczył w akcji „Kropla mleka” dla biednych dzieci. Zawsze wspominał uniwersytet wileński z jego wybitnymi umysłowościami, zarówno studentów, jak i wykładowców. Zachował na zawsze przyjaźnie z Koła Polonistów – Czesława Miłosza, Irenę Sławińską i jej siostrę Ewę Zakościelną, Aleksandra Rymkiewicza, Jerzego Putramenta (no cóż, siedział z nim w ławce w klasie szkolnej). W 1935 zaczął pracę radiu wileńskim, gdzie grał na żywo rozmaite utwory, nadawane w radiu. W 1937 ukończył Konserwatorium Wileńskie, gdzie studiował w klasie kompozycji Tadeusza Szeligowskiego i grę na fortepianie u Stanisława Szpinalskiego. Potem przez rok pracował w wiejskiej szkole w Święcianach, gdzie poznał nędzę na polskich kresach.
Wyjechał do Paryża w 1937 roku na rządowe stypendium muzyczne ze Stefanem Kisielewskim, Michałem Spisakiem, Tadeuszem Szeligowskim, Władysławem Szpilmanem. Uczył się u prof. Nadii Boulanger i Charles'a Koechlina, zajmował się Chorałem Gregoriańskim, zaczytywał się zbiorach Biblioteki Polskiej w Paryżu; objechał w 1937 roku dookoła na rowerze całą Francję, zatrzymując się w tanich Auberges de Jeunesse. Zabrał potem z Wilna i Paryża do Warszawy przyjaźń tych artystów, podobnie jak Grażyny Bacewicz, Henryka Czyża, Antoniego  Gołubiewa, Eugenii Krassowskiej, Stanisława Stommy, Stanisława Szpinalskiego, Maryny i Jerzego Zagórskich, Jerzego Zawieyskiego i tylu innych. Związany był z kilkoma środowiskami, m.in. przyjacielsko z lewicową grupą Dembińskiego, ale i z nurtami narodowymi, jako katolik. Był przyjazny, miał mnóstwo znajomych, no i na zabawach zawsze to on siedział przy pianinie i grał a nie tańczył.
Wojna zastała go w Wilnie, dokąd przyjechał na wakacje ze stypendium w Paryżu. Uciekł z kuzynem Antonim na Litwę, licząc na przerzut do Anglii, po 6 tygodniach spędzonych w litewskim obozie dla internowanych wrócili do Polski. Wojna w Wilnie był lżejsza niż we Lwowie czy Warszawie. Rodzina najgorzej wspominała czasy litewskie, po oddaniu Wilna Litwinom przez Sowietów, dopiero Niemcy pobili tę opinię. Antoni wstąpił do AK, ojciec służył pomocą, ale ze względów zdrowotnych nie był żołnierzem.
W czerwcu 1941 do Wilna weszli Niemcy. Zaczęło się wieszanie na placach Polaków chroniących Żydów, represje i morderstwa. Jesienią 1941 roku, po ślubie z moją Matką, zamieszkali w wynajętym mieszkaniu; przechowywali kilkoro Żydów, poszukiwanych już przez Niemców. Zimą musieli uciekać z miasta. Ojciec znalazł pracę organisty w wioskowym kościele w Niemenczynie, wtedy małej wioseczce, Mama zajmowała się domem. Zamieszkali w małej drewnianej chatce; woda w studni, brak łazienki, palenie w piecach, gotowanie na kuchni opalanej drewnem, hodowanie świniaka – normalność tamtych czasów, ale oboje pochodzili z wielkich miast (Mama ze Lwowa). Żyli z datków na kościół od miejscowych gospodarzy. Przez pół roku opiekowali się dwuletnim Zbyszkiem Namysłowskim, późniejszym jazzmanem, którego rodzice – lewicujący Kazimierz Namysłowski i Muszka Żeromska – jako konspiratorzy zginęli z rąk niemieckich.
Jesienią 1943 uciekli oboje, choć osobno jedno po drugim, do Warszawy. Mama opowiadała, że z powodu tłoku jechała pociągiem na dachu wagonu. Zamieszkali w mieszkaniu „Gazoliny” przy ul. Poznańskiej (ojciec Mamy był jednym dyrektorów firmy), piętro wyżej niż mieszkał Lesław Bartelski, który to wszystko opisał w książkach o II wojnie światowej. On ich poznał ze środowiskiem „Sztuki i Narodu”. W mieszkaniu przy Poznańskiej, gdzie Dziadek prowadził nielegalny handel olejem i benzyną, w przedpokoju był skład granatów dla AK, a w dużym pokoju dla kilkudziesięciu widzów odbywały się przedstawienia największych polskich poetów najmłodszego wtedy pokolenia. I tylko folksdojcz z II piętra czasem dzwonił, żeby byli trochę ciszej, jak pisze Bartelski.  
W Powstaniu Ojciec był na Mokotowie. Przez cały niemal wrzesień siedział z konieczności w piwnicy, z moją Matką i jej ciężko rannym bratem; po upadku Powstania razem go wynieśli na rękach na Okęcie a potem do domu rodziny w Pyrach, uciekając przed przymusowym wymarszem do Pruszkowa i Oświęcimia. Wszyscy troje znali świetnie niemiecki.
Jesień spędzili w Pyrach u rodziny, po 17 stycznia 1945 powrócili na Poznańską. Dom stał w morzu ruin, ale prawie cały, w piwnicy był węgiel, wstawili tekturę w okna, wodę do picia i mycia się nosili wiadrami z rogu Marszałkowskiej i jakoś żyli. Na tyle ciężko, że wyjechali wiosną do Łodzi, która tymczasowo pełniła rolę stolicy po zburzeniu Warszawy. Ojciec rozpoczął pracę w Konserwatorium w Łodzi, potem został dyrektorem departamentu muzyki powstałego świeżo Ministerstwa Kultury. Podobno ojciec Mamy, też oficer, uciekinier jeszcze jesienią 1939 roku ze Lwowa, chwilowo naczelnik wydziału handlu w Łodzi, mawiał: ta demokracja ludowa nie byłaby nawet wcale taka głupia, gdyby nie sowieckie rządy. Rodziców Ojca wyrzucono w 1945 z Wilna do Polski, stali się tzw. repatriantami. Dziadek lekarz dostał zaraz pracę w Ministerstwie Zdrowia jako specjalista epidemiolog. Był to okres odbudowywania w wielkim tempie życia, na razie komuniści nie zważali na to, że to przedwojenni oficerowie i ziemianie, czyli niesłusznego pochodzenia. W 1947 roku moi Rodzice i rodzice Ojca wrócili z Łodzi do Warszawy, rodzice Mamy pozostali w Łodzi. Dostaliśmy piękne mieszkanie z ogrodem na Bielanach, Ojciec współpracował z Tadeuszem Szeligowskim przy tworzeniu „Mazowsza”, był też dyrektorem Państwowej Filharmonii i Opery Stołecznej w Warszawie w „Romie”, którą odbudował. Pamiętam w następnych latach dźwięki fortepianu, muzykę spływającą do ogrodu pełnego irysów, „Śpiącą królewnę” Czajkowskiego w wielkim aparacie radiowym, w którym szukałam tego pana, co mówi kucając, bo by się inaczej nie zmieścił. I profil Ojca przy fortepianie, z ołówkiem za uchem, na tle Matki Boskiej Ostrobramskiej, uniesionej z Wilna z niewielkim dobytkiem uciekiniera.
Wszystko miało się zmienić po zjednoczeniu obu rządzących Polską partii (PPR i PPS) w grudniu 1948 roku. Postęp postępu. Nikt z najbliższej rodziny nie należał do żadnej partii. Dziadek lekarz przeniesiony w trybie nagłym na emeryturę. Dziadek ze Lwowa wyrzucony z pracy w łódzkim handlu, odebrane mieszkanie, pozostawiono im pokój i używalność kuchni. Zajmował się udzielaniem korepetycji z rosyjskiego i niemieckiego na Politechnice Łódzkiej i dziękował Bogu, że UB niespecjalnie w tym momencie interesuje się faktem, że jest „sanacyjnym oficerem”, jak wyczytałam z  papierów w IPN. Potem latami tłumaczył „na murzyna” rozmaite książki, również młodzieżowe, indiańskie, ale także np. dzieła ideologa socjalistycznego, Kautsky`ego. Znał języki zaborców – niemiecki i rosyjski – tak dobrze, że tłumaczył we wszystkie strony w trzech, licząc polski, językach.
Ojciec zwolnił się z jakiejkolwiek pracy etatowej w obawie przed naciskami na wstąpienie do partii, ale dzięki lewicującym znajomym z okresu wileńskiego rodzina żyła nienajgorzej. Wydawał zeszyty muzyczne „Śpiewamy i tańczymy”, pisał opery, a nawet raz jedną pt. „Komuna Paryska” (ale o roku 1871) udało się wystawić, pisał specjalistyczne teksty z muzykologii do czasopism branżowych. Taki był ten komunizm w tych czasach. W okresie odwilży około 1956 roku wyjechał do Mińska białoruskiego i przywiózł stamtąd oryginalne listy Moniuszki, które opracowywał, pisząc biografię Moniuszki. Po prostu w bibliotece mu je dali do ręki, żeby sobie zabrał. Mieli nosa.
Po 1956 roku sprawy przyspieszyły. Ojciec został wykładowcą, a potem profesorem Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Warszawie, gdzie pracował do emerytury. Niestety, byli już z Mamą po rozwodzie, zostaliśmy z bratem u niej.  
Moniuszko to wielka sprawa w życiu mojego Ojca i jego wielka miłość. Nuta kultury przeplatała się u mego Ojca z nutą polskości, zupełnie jak w XIX wieku u Moniuszki. To Moniuszko wyznaczył w dużym stopniu życie Ojca, wybory zawodowe i artystyczne, a nawet sposób bycia. Kochał w ogóle muzykę polską, ale szczególnie Moniuszkę, któremu poświęcił wiele czasu i pracy naukowej. Mógł być w Niemenczynie organistą, bo i Moniuszko był latami w Wilnie organistą (i katolikiem, choć grywał dla pieniędzy w zborach protestanckich). Pod koniec życia Ojciec napisał, jak Moniuszko, „Litanię Ostrobramską”, wykonaną uroczyście na rodzimej uczelni w Warszawie. Ta nuta religijna wyraźnie wzmocniła się u niego z biegiem lat.
Napisał także w końcu lat 90. ub. stulecia popularną książkę dla młodzieży o Moniuszce. Uparł się, żeby nie dyktować, bo nie nauczył się na komputerze, pisał sam z jedną kopią na starej maszynie z kalką. Nikt się tą pracą już nie zainteresował, ani Akademia Muzyczna, ani inne instytucje kultury. Po co komu u progu trzeciego tysiąclecia biografia artystyczno-rodzinna Moniuszki? Ojciec był już bardzo leciwy, ale samodzielny, pojechał z obiema kopiami do wydawnictwa. Nie pamiętał, do jakiego, nie pamiętał gdzie ono było. Chyba jakoś na A, mówił. Została mi kopia jednego rozdziału, chyba XVII, omyłkowo zostawiona u mnie w domu. Nikt nie odezwał się do dziś.
Jeżeli chodzi o znajomość kultury, to Ojciec znał lepiej od niejednego profesjonalisty historię, kulturę i literaturę polską i słowiańską, a także światową, i stale się dzielił tą wiedzą. Czytał ogromne ilości tekstów źródłowych, a czytał w kilkunastu językach, znał świetnie łacinę, nieźle grekę. Znał się na malarstwie i rzeźbie, zwiedził wszystkie możliwe galerie w Europie, gdy tylko miał okazję wyjechać zagranicę. Uwielbiał Rzym i Paryż. Ale znał świetnie i Polskę. Do końca życia kochał zabrane przez Sowietów Wilno, z którego musiał uciekać przed gestapo w 1943 roku, i które odwiedził już tylko raz po wojnie, jako stary człowiek. „To ja jestem wypędzony” – mawiał z goryczą w ostatnich latach życia, gdy Niemcy, którzy odebrali mu najlepsze lata młodości, zaczęli podnosić temat swoich strat w Polsce. Uważał, że Wilno ostatecznie, ostatecznie, można było oddać Litwie, w końcu to serce Litwy. „Ale Lwów?!” – wołał. Stał się wiernym warszawiakiem, bo uczestniczył w Powstaniu Warszawskim w 1944 roku, choć nie należał do AK. Starszy o pół pokolenia od Kolumbów, opowiadał mi, że patrzył z przerażeniem, jak ginie kwiat młodzieży i kultury polskiej, zaprzyjaźnieni poeci ze „Sztuki i Narodu” Gajcy, Stroiński, a Stalin zaciera ręce z uciechy...
Z Ojcem zwiedzałam Polskę - Gniezno, Strzelno i Kruszwicę, Biskupin i Kraków, Krynicę, Ziemie Zachodnie, Słupsk, Cieplice, Ustkę, Augustów, Ełk, Wigry; wszędzie oglądaliśmy kościoły, stare pałace, resztki budowli, obrazy, podkreślał style, założenia parkowe, tło historyczne, opowiadał anegdoty... O wszystkim, na co spojrzał, opowiadał ciekawą historię. Stale czytywał „Pana Tadeusza”, ale nigdy w całości, bo bywał przesądny – ostatni raz zrobił to w sierpniu 1939 roku.
Już w młodych latach, w czasach wileńskich społecznik, marzył o upowszechnianiu w Polsce kultury. Podczas wojny wymyślił metodę nauki słuchania muzyki nawet dla osób o drewnianym uchu. Mam do dziś rękopis jego wielkiego dzieła „Muzyka dla wszystkich”, pisanego na makulaturze w 1945 roku, kilka razy wydanego po wojnie.
Nuta rodzinna to miłość do ludzi bliskich. Choć jego życie osobiste było burzliwe i nie nadaje się do opisu ze względu na żyjących wciąż uczestników, kochał i jednoczył rodzinę, pamiętając też o wszystkich ocalonych z pożogi II wojny światowej. Matkę moją odwiedzał w szpitalu do ostatnich jej dni. Wymagał tradycyjnego szacunku dla starszych, obchodził wszystkie święta religijne i rodzinne, zapraszał tłumy gości. Wszystkie dzieci zajmowały miejsce w jego sercu. Nikogo nie uważał za gorszego ani mniej ważnego. Nauczył mnie w miarę możliwości zrozumienia dla innych, dla ich słabości i trudnych meandrów uczuciowych.
Pokazywał mi, jak zachwycać się światem. Zachęcał mnie jako dziecko do czytania książeczek, malowania, rzeźbienia. Dzieciństwo spędziłam pod fortepianem, na którym komponował. Urządził mi – czteroletniej – teatrzyk z kukiełkami, z ukochanym „Czupiradłem” na czele i grał na fortepianie do przedstawień dla dzieci z sąsiedztwa. Zabierał mnie do prawdziwego teatrzyku, a potem do teatru i opery, do Polskiego Radia, na występy „Mazowsza”. Opracowywał pieśni ludowe i uczył mnie śpiewania, nasz dom często rozbrzmiewał refrenami „Mazowsza”. Czytywał mi do snu „Bajki” Krasickiego i Mickiewicza, wierszyki Jachowicza, zaśmiewając się z „przyjaciela domu” małego Henrysia, wierszyki Tuwima i Brzechwy, „Janka Muzykanta” (wtedy pisał operę wg tej noweli) i „Antka” Prusa, opowiadania Dygasińskiego, a gdy zaczęły wychodzić, „Kubusia” i „Chatkę Puchatka” i „Królewicza i żebraka”, cenzurując w nim okropności.
Namiętnie zajmował się domem i ogrodem w chwilach wytchnienia od fortepianu, sadził pomidory, których niezrównany smak pamiętam do dziś, i irysy, które są symbolem rajskiego ogrodu mego dzieciństwa. Nauczył mnie pływać i kroić racjonalnie cebulę.
Gdybym chciała słuchać jego zachęt, musiałabym wybrać naraz kilka zawodów, co się częściowo zrealizowało. Zarażał zainteresowaniami z wielu dziedzin i chęcią poznania. Pokazywał mi lecące w górze samoloty i uczył je odróżniać od odrzutowców, i mrowiska przy ścieżkach leśnych; na wieczornych spacerach zimowych odnajdywał Oriona i Plejady, którym pod koniec życia poświęcił utwór. Po nim mam belferski stosunek do ludzi – dopiero życie nauczyło mnie, że nie każdy lubi być pouczany, on chyba umiał to robić lepiej, bo nikt się nie obrażał. Publicznie w złych czasach powtarzał, że jest za socjalizmem, ale dodawał ciszej, że nie takim. Sporo było w domu dyskusji, jak pogodzić przyzwoitość z koniecznością utrzymania rodziny i chęcią rozwijania kultury i nauki polskiej. W paru sytuacjach powiedział wyraźne i kosztowne „nie”, choć naturalnie nie poszedł do lasu ani nie zrobił nic podobnego.
Zimą w latach 50. i 60. jeździliśmy na narty do Zakopanego, gdzie zbierała się cała ówczesna elita twórcza – często przedwojenni jeszcze muzycy, pisarze, poeci, młodsi przeważnie z dziećmi. Grywali całymi dniami po nartach w brydża, palili niezliczone ilości papierosów, a wieczorami muzycy grali na fortepianie. W ten sposób poznałam najwybitniejszych polskich przedstawicieli kultury i nauki – od sędziwej Janiny Porazińskiej począwszy, Eryka Lipińskiego, Tadeusza Żakieja (pseudonim artystyczny „Tadeusz Marek”), Henryka Greniewskiego, Andrzeja Markowskiego, Jerzego Gerta, Bohdana Ostromęckiego, Zbigniewa Lengrena i wiele osób, których nazwisk już zapomniałam. Dzięki Ojcu poznałam też młodych zdolnych muzyków, jak Miecia Demska, Ania Buzuk, Krzyś Baculewski, Iza Pacewicz, Boguś Kaczyński, Eci Szabolcs, Roman Lasocki i wiele czcigodnych,  dziś starszych osób.
Od 1957 roku był już etatowym wykładowcą a potem profesorem kompozycji i teorii muzyki w Akademii Muzycznej w Warszawie, kierownikiem Studium Doktoranckiego, które stworzył. Wtedy był dobry czas dla jego twórczości, kolejne premiery oper Ojca, koncerty, wydania książek, w szczególności małej i dużej monografii o Moniuszce, w Krakowie recytatorium „Dach Świata” z Wojciechem Siemionem. Byliśmy na uroczystym otwarciu odbudowanego w 20 lat po wojnie Teatru Wielkiego w 1965 roku. Sypnęły się też dla Ojca nagrody międzynarodowe, operowa księcia Rainiera w Monaco za „Odprawę posłów greckich”, potem w norweskim Bergen za „Obrazy Świętokrzyskie”. Po każdej dostawał w Polsce nagrodę ministra kultury i sztuki, który wcześniej raczej go ledwie tolerował; no cóż, nikt nie jest prorokiem we własnym kraju. Nie cierpiał go jednak z nieznanych mi bliżej względów Witold Lutosławski i nie pomagało to Ojcu w karierze.
Marzec 1968 rok. Ojciec był prorektorem PWSM. Szaleją czystki marcowe, gazety donoszą na Żydów i inteligentów. Wyższe władze zażądały relegowania studenta PWSM za udział w wiecu, naciskają na zwolnienie pracowników pochodzenia żydowskiego. Ojciec zagroził dymisją. Wszyscy zostali na uczelni, jego dość prędko odwołano. Opisała to niedawno „Rzeczpospolita”.
Kolejne premiery. Jedne w Warszawie, jeżeli poza nią, jeździmy całym rodzinnym majdanem. W Lublinie jednoaktówka „Sulamita”. Wielkie dzieło „Chłopi” w Teatrze Wielkim, z kręcącym się pagórkiem. Byłam dumna, że jego nazwisko znajduję w encyklopediach, widziałam, jak szanują go studenci i inni artyści.
Pewnego dnia w końcu lat 70. oznajmił mi: „Skończyłem dziś książkę o rytmie muzycznym. Czy wiesz, że zacząłem ją pisać 50 lat temu?” Miał na myśli młodzieńcze zainteresowania muzyką, potem studia nad Chorałem Gregoriańskim w Paryżu w 1938 roku. Do tego dzieła przetłumaczył z niemieckiego 700 stron pism Husserla. Książkę o rytmie w latach stanu wojennego wreszcie wydano w Polsce na papierze gazetowym, w minimalnym nakładzie. Ale we Włoszech i Francji tłumaczenie przyniosło mu sławę i miejsce w jury międzynarodowych konkursów muzycznych.
W 1981 „Solidarność” odblokowała decyzje polityczne i Ojciec został nareszcie profesorem zwyczajnym. W stanie wojennym, jeszcze w grudniu 1981, Ojca kilkakrotnie odwiedził oficer Ludowego Wojska Polskiego z zaproszeniem na występy w telewizji, nadawanej wtedy ze studia wojskowego. Ojciec denerwował się, mówił, że nie ma odwagi wprost mu odmówić, w umówionym terminie wyjeżdżał na wieś pod Warszawę, palił w piecu i siedział tam przez 2-3 dni nie zapalając światła. Za trzecim razem oficer zrezygnował. W 1982 roku (moim zdaniem później, ale tak podaje Polskie Centrum Informacji Muzycznej), odbyła się premiera opery „Pierścień i Róża” wg Thackeraya we Wrocławiu ze wspaniałymi efektami Ojca pomysłu. Miał akurat prawie 70 lat.
Zimą wyjeżdżaliśmy teraz często do Krynicy, „przepłukać się”, rozruszać. Zakopane już było za wysoko dla jego serca, choć generalnie był zdrowy jak rydz. Po 10 dniach Ojciec opalony na brąz, znudzony ale pełen energii wracał do Warszawy, do nowych zadań. Potrzebował dobrego powietrza. Wynalazł pod Warszawą malowniczą wieś Rasztów wśród pól na skraju lasu, w niej drewnianą chatkę z rzeźbionym ganeczkiem, za zwykłym płotem, jak na Wileńszczyźnie, postawił w chatce pianino, zamówił kominek. Latem rankami pracował w ogrodzie pod ukochaną gruszą, potem wybierał się na spacer, na grzyby z wnukami, dla zdrowia rąbał drwa do kominka, budował ogrodzenie, znowu sadził pomidory, kopał. Na zimę robił budę dla przybłąkanego psa, który wiosną witał radośnie powrót pana.
Do tej urokliwej wsi ściągali znajomi – mieszkali tu na lato pianistka Barbara Topolnicka z mężem Władkiem Brudem, malarka Maria Bierzyńska z mężem Leszkiem, architektem, socjolog Aldona Jawłowska. Powstało kilka ślicznych domków, leśne ogrody wkomponowane w naturalny krajobraz Mazowsza. Piaski, laski i artyści. Spacery, rozmowy, muzyka. Przyjeżdżała Maria Fołtyn, z którą Ojciec bez przerwy spierał się o Moniuszkę, i tłumy siwych dziś studentów i uczniów Ojca.
Z gęstą białosrebrną czuprynką, okrągły, opalony, z uśmiechem pokazywał swoje hodowle a potem siadał do pianina i grał wesołe melodie do śpiewu, do słuchania, dla przyjemności. W tym czasie kupił sobie skrzypce i nauczył się na nich grać, choć miał już dobrze ponad 70 lat, a potem pisał utwory skrzypcowe. W wieku 75 lat odbył wielką podróż na Kubę, bo była okazja muzyczna.
Kochał drzewa jak muzykę, były jego rodziną. Nadawał im imiona osób z rodziny i zawsze tak o nich mówił. Kiedy na wsi zakładano nowszą elektryczność, ocalił przed wycięciem stary kasztan i lipę, wyjednał, żeby obcięto tylko część gałęzi, i drzewa przeżyły. Do ostatnich miesięcy życia zachował dyscyplinę pracy – latem rano partytura wzruszającej opery „Gaspar Ruiz”, potem do mnie na kawkę z mleczkiem i radzymińskim piernikiem, kawkę, którą uwielbiał i która zawsze dobrze służyła jego sercu, potem drzemka, wieczorem granie. Nie mógł już spacerować, ale zawsze gotów był zerwać się, pobiec po grabie, nasiona, po drewka do szopki.
W 1998 roku został doktorem honoris causa Akademii Muzycznej w Warszawie. W czapce z pomponami i w todze świetnie bawił się przebraniem w średniowieczne szaty, mówił po łacinie, którą znał doskonale, bo jego pokolenie musiało odmieniać łacińskie koniugacje jak tabliczkę mnożenia. Na rok przed śmiercią Akademia Muzyczna urządziła mu wielki jubileusz na 90-lecie urodzin. Uczestniczył, przemawiał. Było to jakby wczoraj, a minęło właśnie 11 lat.
Nagrywałam jego wspomnienia na werandzie w moim ogrodzie. Kiedy opowiadał o rodzinie, lubił wyliczać, ilu osobom dał życie – dzieciom, wnukom, prawnukom. Bardzo zadowolony powiedział mi kiedyś: to byłoby już 14 osób! Dziś liczba ta sięga 20. Co pewien czas prosił, żeby wyłączyć magnetofon, i przyciszonym głosem wyjaśniał mi okoliczności czyjegoś romansu sprzed 70 czy 80 lat. Dawne dobre wychowanie - nigdy nie mówić źle o innych ludziach i dyskrecja na temat dam.
W lutym 2004 roku zmarł, przed śmiercią wypisany ze szpitala z adnotacją – „Bez schorzeń internistycznych”.
W jego życiu często pokręcone były daty. Urodził się 14 marca 1913 roku ale wg starego stylu i tę datę podają encyklopedie, naprawdę, wg naszego kalendarza, był to 27 marca. Zmarł 29 lutego 2004, co sprawia trudność w corocznym obchodzeniu tej daty. Na grobie na Powązkach jest omyłkowo wygrawerowany rok urodzenia 1919. Naprawdę urodził się w 1913.
Przeżył cały wiek XX.
 ----------------------
Wspomnienie o Ojcu, Witoldzie Rudzińskim (1913-2004), w  10 lat od Jego śmierci i w 101 lat od Jego urodzin. Kompozytor, muzykolog, człowiek kultury (krótsza wersja wygłoszona w 2013 roku na Akademii Muzycznej, podczas uroczystej Sesji naukowej pamięci Witolda Rudzińskiego)

Forum jest miejscem wymiany opinii użytkowników, myśli, informacji, komentarzy, nawiązywania kontaktów i rodzenia się inicjatyw. Dlatego eliminowane będą wszelkie wpisy wielokrotne, zawierające wulgarne słowa i wyrażenia, groźby karalne, obrzucanie się obelgami, obrażanie forumowiczów, członków redakcji i innych osób. Bezwzględnie będziemy zwalczali trollowanie, wszczynanie awantur i prowokowanie. Jeśli czyjaś opinia nie została dopuszczona, to znaczy, że zaliczona została do jednej z wymienionych kategorii. Jednocześnie podkreślamy, iż rozumiemy, że nasze środowisko chce mieć miejsce odreagowywania wielu lat poniżania i ciągłej nagonki na nas przez obóz "miłości", ale nie upoważnia to do stosowania wulgarnego języka. Dopuszczalna jest natomiast nawet najostrzejsza krytyka, ale bez wycieczek osobistych.

Komentarze

Obrazek użytkownika bolesław

16-03-2014 [01:06] - bolesław | Link:

Przeczytałem z wielkim wzruszeniem.
Dziękuję i pozdrawiam,
bolesław

Obrazek użytkownika Teresa Bochwic

16-03-2014 [11:58] - Teresa Bochwic | Link:

Bardzo dziękuję, mnie też łzy się w oku kręcą.

Obrazek użytkownika Magdalena

16-03-2014 [13:01] - Magdalena | Link:

Jako wieśniaczka z dziada pradziada zawsze tęskniłam za tym aspektem Polski. Za takimi ludźmi wyrwanymi z innej epoki, z innej kultury. W mojej okolicy takich ocaleńców było jak na lekarstwo. Moglibyśmy być zupełnie innym społeczeństwem. Bardzo wielu klocków brakuje w tej naszej układance.
Dziękuję Pani bardzo za podzielenie się, pozdrawiam.

Obrazek użytkownika Teresa Bochwic

17-03-2014 [15:38] - Teresa Bochwic | Link:

Dziękuję, kiedys myślałam, że tak jest wszędzie, potem zrozumialam, że moja rodzina to niedobitki.
Przy czym ci "piłsudczykujący" byli o wiele sympatyczniejsi od nielicznych w rodzinie endeków, bardziej demokratycznie nastawieni wobec ludzi.

Obrazek użytkownika Ryszard Surmacz

16-03-2014 [23:03] - Ryszard Surmacz | Link:

Piękny tekst. Pozdrawiam.

Obrazek użytkownika Martakk

19-02-2017 [13:33] - Martakk | Link:

Chrzestną mojego dziadka była Marianna Rudzińska spod Wilna - może to jakaś rodzina?